Umarli nie potrzebują pledu - recenzja | FILM.ORG.PL

Czarno na białym – Umarli nie potrzebują pledu

Steve Martin i Rachel Ward w świecie czarnego kryminału, z którego film Carla Reinera naśmiewa się, jednocześnie oddając mu hołd.




Parodia noir




Krzysztof Walecki
04.12.2015


– Lubię cię.

– Ja siebie też.

Prawdopodobnie jedyna okazja, aby zobaczyć w jednym filmie Humphreya Bogarta, Kirka Douglasa, Burta Lancastera, Lanę Turner, Avę Gardner, Barbarę Stanwyck, Ingrid Bergman, Veronicę Lake, Bette Davis, Cary’ego Granta, Charlesa Laughtona i nie tylko. I Steve’a Martina. Tak, tego Steve’a Martina. Jeśli brzmi to niedorzecznie – postawienie obok gwiazd kina lat 40. i 50. komika, który swoją karierę rozpoczął kilka dekad później – to dobrze. Poprzednim czarno-białym filmem opisywanym w cyklu był Windą na szafot, gdzie absurd był złem, z którym główni bohaterowie zderzyli się, ale któremu nie chcieli się poddać. W komedii Carla Reinera Umarli nie potrzebują pledu (1982) absurd rządzi fabułą, napędza ją i decyduje o wyjątkowo udanym masażu przepony u widza. Witamy w świecie parodii.

Dead Men Don't Wear Plaid Quad

Historia stara jak film noir – młoda kobieta wynajmuje prywatnego detektywa, aby ten dowiedział się prawdy na temat śmierci jej ojca, wybitnego naukowca. Bohater zabiera się do zadania ochoczo, bo panna ładna, a sprawa brzydko pachnie. Ale zarówno Rigby Reardon, jak i Juliet Forrest są jednymi z nielicznych oryginalnych postaci w rzeczywistości zaludnionej przez twardych mężczyzn i dwuznaczne kobiety, których możemy kojarzyć z klasycznych filmów amerykańskich.

Film Reinera jest parodią czarnego kryminału, wykorzystującą fragmenty starych filmów, wkomponowane w fabułę tak, aby ta miała przynajmniej pozory sensu.

Rigby rozmawia zatem w jednej ze scen z bohaterem Raya Millanda ze Straconego weekendu, a w następnej z bogartowskim Marlowem z Wielkiego snu. Nietrudno dostrzec różnicę w jakości taśmy (w momencie powstania filmu jeszcze nikt nie myślał o remasterowaniu klasyków), ale nie jest to zarzut w tym przypadku. To dobrze, że rozpoznajemy, skąd pochodzi dane ujęcie; gdyby iluzja była doskonała, co dzisiaj pewnie jest już możliwe, Umarłych… można by potraktować w kategoriach eksperymentu mającego orzec, czy kino jest już na tyle samowystarczalne, że wystarczy posklejać fragmenty różnych filmów, aby powstała nowa całość. Niekoniecznie jednak jakość. Tymczasem Reinerowi chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę – z jednej strony wyśmiewa gatunkowe klisze i bawi się stylistyką, z drugiej natomiast oddaje hołd kinu noir.

dead_men_dont_wear_plaid_still1

Hołd w przypadku parodii to sprawa niełatwa. Jak stwierdzić, czy dany film oddaje oryginałowi sprawiedliwość, skoro często bezlitośnie się z niego naigrywa? Chyba najłatwiej ocenić to po jakości dowcipów – jeśli wyzyskują one niedorzeczność sytuacji, jednocześnie starając się być jak najwierniejszym parodiowanego elementu, tym lepiej. Niewolnicze wręcz trzymanie się oryginału jest w tym przypadku podstawą udanego żartu.

Humor w filmie Reinera bierze się jednak nie tylko z dostrzegania różnic między poważnym pierwowzorem i jego prześmiewczą podróbką.

Po pierwsze, nie celuje w parodiowanie żadnego konkretnego tytułu, lecz samego gatunku, jego elementów składowych, stylu, języka, postaci. Weźmy na przykład narrację głównego bohatera z offu, nieodzowny element większości czarnych kryminałów. Może być ona nafaszerowana dowcipami („Chłonęła moje instrukcje jak świnia paszę”) oraz nacechowana typową dla Rigby’ego durnotą, lecz gdy zaczyna ją słyszeć nie tylko widz, ale i jedna z postaci – ku zaskoczeniu naszego detektywa – żart nabiera jeszcze bardziej absurdalnego zabarwienia.

cadavres-ne-portent-pas-ii06-g

To samo tyczy się klasycznych figur kina noir, których cechy zostają wyolbrzymione i przejaskrawione do tego stopnia, że kobieta fatalna jest nie tylko taką z nazwy. Biedna Juliet jest molestowana, duszona, a nawet pobita, we wszystkich trzech przypadkach przez Reardona (choć na jego usprawiedliwienie należy zaznaczyć, że uderzył ją, nie zdając sobie sprawy, że to ona). Ten natomiast, dla dobra sprawy, daje się kilkakrotnie postrzelić w to samo ramię oraz przebiera się za kobietę, również nie raz, pełniąc funkcję wabika na facetów. Nie bez powodzenia. I nawet zagadkowy tytuł, tani i chwytliwy niczym tytuł książki Joe Alexa (co z tego, że przykład z polskiego podwórka), jest okazją do żartu.

Po drugie, wmontowanie fragmentów oryginalnych kryminałów do filmu i uczynienie z nich integralnej części fabuły również bawi – oglądamy przecież dwa nieprzystające do siebie plany, które nagle łączą się w całość w zaskakujący sposób. Natomiast zorientowany widz, znający pierwowzory, czerpie z tego kolażu jeszcze większą frajdę, mając w głowie te same momenty, ale w zupełnie innym kontekście. Reakcja udręczonego Burta Lancastera, który obserwuje przygotowującego swoją słynną kawę Rigby’ego, jest tym zabawniejsza, jeśli widziało się Zabójców Roberta Siodmaka. Tam zbolała mina Sweda Andersona znaczy coś zupełnie innego.

Dead-Men-Dont-Wear-Plaid-DI

Jest i trzecie źródło humoru – Steve Martin, wtedy praktycznie na początku swojej kariery, choć już po wielkim sukcesie Szajbusa (1979), pierwszego filmu, przy którym współpracował z Carlem Reinerem. Panowie zrobili jeszcze dwie komedie, parodiującego horrory fantastyczne Człowieka o dwóch mózgach (1983) oraz Dwoje we mnie (1984), gdzie pół ciała Martina należało do ducha Lili Tomlin. Komik szybko ukształtował swój wizerunek złośliwca, krętacza bądź głupca, mającego jednak serce po właściwej stronie. Nawet w Umarłych… trudno go nie lubić, nieważne, czy całuje i obmacuje nieprzytomną klientkę, czy też bezskutecznie próbuje wkupić się w łaski ojca swojej przyjaciółki, kupując mu szczeniaka. Jest to scena właściwie po nic, bez związku z intrygą, lecz idealnie odzwierciedlająca metodę Martina, który chce się przypodobać również i widzom na zasadzie „zrobiłem parę niefajnych rzeczy, ale macie psiaka na zgodę. Może być?”. Pewnie, że może.

Na detektywa z lat 40. aktor nie nadaje się wcale, co buduje jeszcze jeden poziom humoru.

Trudno bowiem stwierdzić, co śmieszy bardziej – wypowiadane przez niego dialogi, nadekspresja fizyczna czy rys twardziela, jaki stara się nadać swojemu bohaterowi. A jest w tym równie nieprzekonujący, jak w byciu kobietą. Za swoją partnerkę ma przynajmniej piękną Rachel Ward, prawdopodobnie najseksowniejszą aktorkę od ról współczesnych femmes fatales, z głosem mogącym przyprawić o palpitację serca największych brutali. Kto nie wierzy, niech obejrzy Sprawę Sharky’ego (1981), Bez szans (1984) oraz Po zmroku, kochanie (1990).

Dead-Men-Dont-Wear-Plaid-2

Od premiery filmu Reinera minęły w tym roku trzydzieści trzy lata. Praktycznie drugie tyle dzieli Umarłych… od czasu powstania kryminałów, którym oddaje swój ukłon. Kino jeszcze nie wpadło na pomysł, aby parodiować parodie, lecz znając obecny kształt i jakość tej odmiany komedii, na czele z produkcjami duetu Friedberg/Seltzer (Poznaj moich Spartan, Wampiry i świry), sądzę, że to tylko kwestia czasu.

Umarli nie potrzebują pledu, podobnie jak genialne filmy tercetu ZAZ (Czy leci z nami pilot?, Ściśle tajne, Naga broń oraz Hot Shots!) oraz prekursorskie dzieła Mela Brooksa (Płonące siodła, Młody Frankenstein, Nieme kino), udowadniają, że dowcip musi wyrastać z miłości do filmów, z których się śmieje. Współcześni twórcy są zbyt wyrachowani w swoim dążeniu do rozbawienia widza, nie dlatego, że ich żarty są kloaczne, głupie czy mało pomysłowe, lecz z powodu swojej złośliwości względem materiału źródłowego. Obecnie zapomniana już komedia Reinera przypomina nie tylko o wielkości i znaczeniu klasycznego kina noir, ale również o tym, jak powinna wyglądać wzorcowa parodia.

korekta: Kornelia Farynowska












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Duke of Burgundy. Reguły pożądania

Następny tekst

RON HOWARD. Wszystkie filmy reżysera



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE