CYBERPUNK – Hardware | FILM.ORG.PL

CYBERPUNK – Hardware

Niezwykle klimatyczne sprzężenie postapokalipsy z cyberpunkiem.




Zły robot atakuje!




Jakub Piwoński
03.05.2014


hardware

Konsekwencją zapowiedzi powstania różnej maści robotów, które miałyby wyręczać człowieka w codziennej pracy, był lęk przed tym, że maszyna ta przejmie kontrolę nad człowiekiem. Dlatego też w 1942 roku Isaac Asimov, wybitny pisarz literatury science fiction, wystosował tzw. prawa robotyki. Powstały one w celu uporządkowania przyszłych stosunków ludzi z inteligentnymi maszynami. Pomijając dokładne brzmienie tych praw, przytoczę tylko płynące z nich przesłanie, gdyż to było bardzo konkretne: robot musi być człowiekowi posłuszny i w żaden sposób nie może go krzywdzić. Twórcy fantastycznonaukowych treści uznali jednak zgodnie, że ich zadaniem będzie roztaczać pesymistyczne wizje relacji robota z człowiekiem, w celu wysyłania ludzkości ostrzegawczego sygnału. I tak też bunt maszyny przeciwko swemu stwórcy stał się niezwykle popularnym motywem gatunku.

Fabuł utkanych na podstawie tego motywu powstało niezliczone ogromy. Z oczywistych względów stały się one atrakcyjne dla filmu, co twórcy skrzętnie zaczęli wykorzystywać już w bardzo wczesnych latach kina („Metropolis” z ’27 r.) czy w jego Złotej Erze („Gog” z ’54 r.). Jednak prawdziwy bum na filmowe złe roboty, wybuchł w latach 80. wieku ubiegłego, gdyż wówczas – za sprawą wyspecjalizowania się nowych metod efektów specjalnych – plastyczny potencjał wizji mógł się z jeszcze większym powodzeniem materializować na ekranie. Tymi najjaśniejszymi objawami tego trendu były z pewnością filmy „Terminator” i „Robocop”. Są to jednak tytuły kanoniczne, znane szerokiej widowni. Ja chciałbym opowiedzieć o powstałym w 1990 roku filmie „Hardware”, który może i jest znany nieco mniej, ale za sprawą swego kultowego statusu, również posiada wierną rzeszę swych fanów.

hardwarebr-02

„Hardware” jest jednym z przejawów pomysłowego połączenia dwóch podgatunków macierzystego science fiction. Postapokaliptyczna wizja przeplata się tutaj bowiem z tradycją cyberpunku. Całość podszyta jest z kolei mocno horrorowym sznytem, wzbogacającym tą i tak szeroką paletę koncepcyjnych barw o kolor grozy. Mamy zatem Amerykę dotkniętą katastrofą – nuklearną wojną – skąpaną w radioaktywnym pyle. Główny bohater, Moses, przemierza pustkowia zbierając złom, zarabiając w ten sposób na życie. Te lepsze odpadki oddaje swojej dziewczynie Jill, która zabarykadowana w swym domu, zajmuje się rzeźbieniem w metalu. Pewnego dnia „Mo” przynosi jej prawdziwy okaz – szczątki rządowego robota bojowego Mark 13. Oboje nie spodziewają się jednak tego, jakie nieszczęście na siebie zesłali.

Droid Mark 13 to z pewnością jedno z najbardziej przerażających odzwierciedleń motywu zbuntowanej maszyny. Ogarnięty niepojętą rządzą zabijania, stanowi wcielenie ślepej, niszczycielskiej siły, którą paradoksalnie, do życia powołał sam człowiek, świadomie łamiąc prawa Asimova. Jego nazwa wzięła się z trzynastego rozdziału Ewangelii św. Marka, w której Jezus roztacza pesymistyczne wizje powstania narodu przeciwko narodowi i o tym jak w wojnie tej, żadne ciało nie będzie oszczędzone. Etymologię nazwy tajemniczego znaleziska rozszyfrowuje sam bohater, dzięki czemu orientuję się, z jak wielkim zagrożeniem ma do czynienia. Niestety jest już jednak za późno, ponieważ przebudzona ze snu maszyna rozpoczęła już swój śmiercionośny pochód.

pic2-1

Ze sposobem zgładzenia robota także wiąże się ciekawa symbolika. UWAGA SPOILER Po kilku nieudanych próbach unicestwienia droida, ostateczny cios zadaje mu strumień wody, wylatujący z prysznica. Jakże paradoksalna to broń, przywodząca na myśl słynne bakterie, z którymi nie mogły poradzić sobie organizmy kosmitów z „Wojny światów” H.G. Wellsa. Po raz kolejny okazuje się bowiem, że to co dla nas pozostaje głównym źródłem egzystencji, dla mechanicznego tworu może być źródłem śmierci. Woda, będąca w naszej kulturze uniwersalnym symbolem życia, po skonfrontowaniu z obiektem najwyższego szczebla technologicznego rozwoju, staje się przyczyną zniszczenia. Wydźwięk tej sceny jest znaczący: dopóki potrafimy kontrolować siły żywiołów lub przewidywać skutki ich działalności, dopóty nie musimy bać się o przejęcie kontroli na świecie przez organizmy sztucznie wygenerowane. KONIEC SPOILERA

Scenariusz filmu powstał na podstawie opowiadania pt. „Shock”, które ukazało się swego czasu w czasopiśmie „2000 AD”. To dobry moment na to, by przybliżyć profil twórcy „Hardware”, który owe opowiadanie odnalazł i potrafił rozbudować do rozmiarów filmowej narracji. Richard Stanley jest mało znanym reżyserem, gdyż na swoim koncie posiada tylko dwie pełnometrażowe fabuły, z których jedną mam właśnie sposobność recenzować. Zaczynał jako twórca teledysków. Po swoim drugim filmie – „Diabelskim pyle” z 1992 roku ­– zajął się realizacją dokumentów oraz filmowych etiud, przez co na stałe ukrył się przed szeroką publicznością. Jednak te dwie fabuły jakie zrealizował, choć nie zapewniły mu przychylności krytyki, to wystarczyły do tego, by poprzez uzyskaną plastyczność oraz bezpretensjonalność zaskarbić serca fanów filmowej fantastyki.

screenshot-lrg-28

Co ciekawe, „Hardware” – film stanowiący dziś wizytówkę jego twórczości – nakręcił w wieku zaledwie 24 lat. Po kinowym sukcesie filmu (przy milionowym budżecie zdołał zarobić pięć razy tyle) otrzymał ofertę wyreżyserowania „Sędziego Dredda”, którą to odrzucił na rzecz realizacji autorskiego projektu (wspomnianego „Diabelskiego pyłu”). Potem przymierzany był jeszcze do „Wyspy doktora Moreau”, przy którym to filmie ostatecznie współtworzył tylko scenariusz. Jako że dziś jest w sile wieku, co jakiś czas przebąkuje się o jego rychłym powrocie do mainstreamu. Swego czasu napisał nawet scenariusz do sequela „Hardware”, który miałby się nazywać „Hardware II: Ground Zero” (skrypt jest powszechnie dostępny w internecie). Do jego realizacji jednak póki co nie doszło, ze względu na – jak łatwo się domyślić – problemy proceduralne. Prawa do pierwszej części wciąż podzielone są bowiem między kilku zainteresowanych – m.in. wytwórnią Mirmax i producentem Paulem Trijbitsem. Życzę jednak sobie i innym sympatykom gatunku, by Stanley w końcu powrócił, jeśli nie z kontynuacją hitu z przed lat, to jakąś inną oryginalną, pełnokrwistą fabułą, spełniającą najlepsze tradycje fantastyki.

Nie będę udowadniał, że „Hardware” jest filmem dobrym, gdyż zwyczajnie podlega on innym kryteriom oceny. W momencie formułowania krytyki danego filmu, należne jest poruszyć wiele aspektów jego języka, którymi porozumiewa się z widzem. Jest jednak jeden, który wyłamuje się wszelkim obiektywnym sądom, a który jest wypadkową estetycznego zamysłu twórcy. Tym ukrytym aspektem jest to, co powszechnie zwiemy „klimatem”. Okazuje się bowiem, że film może grzęznąć w fabularnej mieliźnie, może nie przekonywać aktorską grą, może straszyć formalną tandetą, ale jeśli posiada klimat, można wybaczyć mu wszystkie nieuważnie popełnione grzechy. Bo klimat moi drodzy, to coś transcendentnego, coś co potrafi oderwać się od struktury filmu i unieść jego wartość ponad poziomy. To coś oddziałującego nie tyle na sferę naszej świadomej percepcji, a podświadomego komunikatu, którego znaczenie odkrywamy częstokroć znacznie później. Po seansie takiego filmu wiemy, że obcowaliśmy z czymś nie pozbawionym wad, ale siła klimatu mimowolnie wywołuje na naszej twarzy uśmiech zadowolenia. Filmów, charakteryzujących się tą zależnością jest oczywiście mnóstwo. A jednym z podręczników ich przykładów jest z pewnością „Hardware”.

Ta historia posiada przecież wyraźne luki, przez co momentami podąża jakby bez celu. Szwy pomiędzy poszczególnymi scenami zdają się nie być połączone odpowiednio dobrą nicią. Do tego dochodzi jeszcze wyjątkowo drewniane aktorstwo (w roli Mo wystąpił Dylan McDermott, późniejsza gwiazda „Kancelarii adwokackiej”, dla którego były to dopiero początki wypracowywania aktorskiego szlifu). Ale te oczywiste minusy nie odgrywają większego znaczenia w recepcji filmu. Bo „Hardware” to jedno z tych małych dzieł, zrobionych z miłością do gatunkowych klisz, gdzie pomysłowość i entuzjazm opanowują wady i budżetowe ograniczenia. Skąpany w wyjątkowym sosie stylistycznym – bliski stylowi Dario Argento – i przyprawionym elektro-punkową ścieżką dźwiękową, roztacza wokół siebie nieodpartą aurę wyjątkowości. Wystarczy, gdy raz spojrzysz na te pustkowia pochłonięte radioaktywną czerwienią, gdy raz weźmiesz udział w tej niezwykłej paradzie kształtów, kolorów i dźwięków, ugrzęźniesz w tej wizji na dobre.HardwareRobot1

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński






  • Macc

    Ani słowa o Iggy Popie? Szkoda. Tekst mi się bardzo podoba.

    • m3Iu2yna

      I nie ma słowa o utworze Public Image Ltd. – Order of Death, który też niesamowicie rozbudowuje klimat. Fajny text, dzięki za przypomnienie o tym filmie.

  • Liart

    I ani słowa o Lemym z Motorhead (pojawia się na chwilę ale ciekawostką jest fajną), Carlu McCoyu z Fields of Nephilim ani genialnej muzie Ministry z płyty „The land of rape and honey”. Dla mnie Hardware to film absolutnie kultowy, uwielbiam do niego wracać właśnie dla klimatu o którym autor pisze. A klimat ten co najmniej w połowie tworzy reeeeewelacyjna muzyka. Ach czasy liceum….






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

New York, New York

Następny tekst

Mandarynki



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE