DZIWNE DNI - recenzja | FILM.ORG.PL

DZIWNE DNI. Czysta forma cyberpunku

Cyberpunkowy kryminał, a jednocześnie drapieżne kino akcji z ambicjami – „Dziwne dni” Kathryn Bigelow pozostają filmem, którego futurystyczny aspekt służy nie tylko zabawie, ale i refleksji nad siłą obrazu.




Happy New Year!




Krzysztof Walecki
27.11.2016


strange-days-posterOglądanie po latach filmów fantastycznych, których akcja dzieje się w tak niedalekiej przyszłości, że ta już miała miejsce, jest ryzykowne. Widząc te wszystkie nowoczesne wynalazki oraz pesymistyczne wizje świata orientujemy się, jak bardzo nasza cywilizacja się nie zmieniła; śmieszy ówczesne postrzeganie przyszłości, bo prorokuje ono albo cofnięcie się do bardziej prymitywnej rzeczywistości opartej na sile mięśni („Ucieczka z Nowego Jorku”, „Mad Max”), bądź zmiany technologiczne i socjologiczne, tak daleko idące, że i za 100 lat będą one domeną kina i literatury science fiction („Nieśmiertelny 2 ze swoją powstałą w 1999 roku tarczą przeciwozonową czy seria „Terminator”, gdzie maszyny już od kilku ładnych lat prowadzą z ludźmi wojnę). A już o futurystycznej modzie można prace doktoranckie pisać. Najwyraźniej nie ma co liczyć na spokojne życie w przyszłości, co wydaje się zakrawać na ironię – wolimy wierzyć, że jutro niesie dla nas same nieszczęścia niż nadzieję na zmiany na lepsze.

Cyberpunk natomiast ucieka od zbyt jednoznacznej oceny. Zmiany są nieuniknione, można się nim opierać, lecz pójście z duchem czasu (i technologii) leży raczej w interesie nas wszystkich. Bohater „Dziwnych dni”, Lenny Nero (zaskakująco luzacki Ralph Fiennes), akceptuje rzeczywistość, w której żyje, a nawet świetnie się w niej odnajduje. Ten były policjant sprzedaje zakazany owoc, jakim są nagrania SQUID – wydobywany z kory mózgowej zapis wspomnień i emocji. Dzięki temu wynalazkowi każdy, kto założy na głowę tzw. pierścień, jest w stanie znaleźć się w centrum wydarzeń, czy to jako złodziej podczas rabunku i ucieczki przed policją, czy to w ciele nastolatki biorącej prysznic. Widzi, słyszy, czuje to samo, co osoba wcześniej nagrywająca, ale niczym nie ryzykuje. Co nie znaczy, że nie można się uzależnić. Sam Lenny wie o tym najlepiej, nie potrafiąc zapomnieć o uczuciu łączącym go dawniej z Faith (pyskata i wyzywająca Juliette Lewis). Ładuje swoje nagrania, aby na nowo przeżywać ulubione chwile ze swoją byłą dziewczyną.

strange3

Tymczasem świat, a dokładnie Los Angeles w przededniu Sylwestra 1999, wygląda jak strefa wojny. Wojsko i policja kontrolują porządek na ulicach, lecz w większości dzielnic rozboje i napaści są na porządku dziennym. Raper, a zarazem głos ludu, Jeriko One (Glenn Plummer), nawołuje do jawnej walki z ciemiężcą, jakim są siły policyjne L.A. Gdy zatem ginie zastrzelony, rzekomo przez członków gangu, wielu ludzi ogarnia rezygnacja, a innych szał. Gdyby społeczeństwo dowiedziało się, kto naprawdę stoi za jego egzekucją, krwawym zamieszkom nie byłoby końca. Sam Lenny niespecjalnie się przejmuje tą sytuacją, ale grunt zaczyna palić mu się pod nogami, gdy staje się celem ataku dwóch wściekłych policjantów (Vincent D’Onofrio i William Fichtner) oraz zamaskowanego psychopaty rejestrującego swoje morderstwa.

Film Kathryn Bigelow, laureatki dwóch Oscarów za „The Hurt Locker: w pułapce wojny”, jest jednym z najczystszych i najlepszych filmów cyberpunkowych, jakie powstały. Akcja dzieje się w bardzo niedalekiej przyszłości (film powstał w 1995 roku), a futurystycznym elementem jest technologia SQUID, dzięki czemu świat w nim przedstawiony wydaje się bliski i odległy jednocześnie. Los Angeles jest jednym wielkim śmietnikiem, w którym, jak się wydaje, nie ma miejsca dla wszystkich. Nastroje społeczne są kiepskie, brutalność policji daje się we znaki, o robotę trudno, a nad wszystkim unosi się wręcz apokaliptyczna atmosfera oczekiwania na ten nowy, inny 2000 rok. Są tacy, którzy przewidują zagładę, i tacy, których przełom wieków niespecjalnie obchodzi. Dla Bigelow ten moment służy nie tylko ilustracji. To raczej podsumowanie tego, co XX wiek i lata 90. w szczególności zostawiły po sobie – świadomość końca, niekoniecznie również nowego początku.

strange1

Nic więc dziwnego, że i bohaterowie historii wydają się zupełnie nie zainteresowani przyszłością. W przypadku Lenny’ego SQUID pozwala mu żyć przeszłością, nadal w związku z Faith, nawet jeżeli ta już od dłuższego czasu mówi mu, że wszystko skończone. Dziewczyna woli koncentrować się na swojej karierze muzycznej pod skrzydłami producenta Philo Ganta (jak zwykle oślizgły Michael Wincott), który jeszcze bardziej niż Nero uzależnił się od zakazanej technologii, co popchnęło go na skraj paranoi. Kumpel Lenny’ego, Max (jednowymiarowy Tom Sizemore), również eks-glina, wygląda jak lump, ale dorabia jako prywatny detektyw – śledzi ludzi, bo tylko to potrafi. Jest i Mace (posągowa Angela Bassett), oddana przyjaciółka głównego bohatera i jedyna osoba w tym szalonym świecie, która ma za dużo do stracenia, aby chcieć upaść tak nisko jak oni. Razem z Lennym tworzą mocno niedobrany duet – on wpada w kłopoty, tylko po to, aby ona go z nich wyciągnęła.

Scenariusz Jamesa Camerona i Jaya Cocksa obok zagadki kryminalnej i refleksji nad końcem XX wieku dotyka czegoś jeszcze, pewnej prawdy o sile obrazu. SQUID jest reklamowany jako wynalazek, dzięki któremu można przeżyć to, co przeżyła osoba nagrywająca (ładna scena, gdy Lenny daje swojemu sparaliżowanemu znajomemu nagranie biegnącego plażą mężczyzny). Voyeurystyczne zapędy to jedno, ale świadomość pozostania bezkarnym przypomina bardzo inny wynalazek – kino. Oglądając film nie poczujemy tego, co bohaterowie, ale same obraz i dźwięk spełniają swoją rolę. Futuryzm „Dziwnych dni” bierze się zatem z prognozy, że kolejnym krokiem ku pełniejszemu odbieraniu dzieła filmowego, jak i każdego innego audio-wizualnego, będzie zaangażowanie innych zmysłów, nie tylko wzroku i słuchu. Kina 4D i 5D już mamy. Co dalej?

strange-days-1995-05-g

Ale Bigelow jest zbyt świadomym reżyserem, aby zawierzać przyszłości. Dlatego „Dziwne dni” można poczuć i bez dodatkowych bajerów – jest to realizacyjny popis najwyższej próby, już od otwierającej film sekwencji napadu na sklep, podczas której obserwujemy nieudany skok z perspektywy jednego ze złodziei. Jesteśmy w środku wydarzeń, nie tylko podczas szalonych scen akcji, ale również, gdy oczami psychopatycznego mordercy zaczajamy się na ofiarę, którą później mordujemy. Piszę w liczbie mnogiej pierwszej osoby, aby dać do zrozumienia, że twórczyni „Na fali” nie boi się pokazać zagrożeń wynikających również z kina, które ona sama tworzy. Jesteśmy uczestnikami historii przez samą czynność patrzenia, nawet jeżeli nie mamy możliwości działania, jak Lenny Nero.

Bigelow nie bez powodu jest uznawana za autorkę męskiego kina, efektownego i bardzo brutalnego. „Dziwne dni” dają energetycznego kopa dzięki szybkiemu montażowi – przy którym palce maczał sam Cameron – oraz rewelacyjnej pracy kamery, ale i dlatego, że pani reżyser wyciska ze scenerii i bohaterów co tylko się da. Świetnie panuje nad tłumem, który jest dziki, gdy walczy i gdy się bawi. Jeszcze lepiej inscenizuje sceny akcji, zarówno te z perspektywy pierwszej osoby, jak i „tradycyjne”. Nawet muzyka jej pomaga – score napisany przez Graeme Revella jest mocny i wyrazisty, ale to piosenki, stanowiące esencję lat 90-tych (dużo gitarowego grania, grunge, rap, ambient), idealnie przylegają do wykreowanego świata, nie pozwalając nawet po seansie o nich zapomnieć.

strange-days-1995-11-g

Ekran jednak należy do Fiennesa i Bassett. Jego Lenny sprawia wrażenie osoby mocniejszej niż jest w rzeczywistości, budząc współczucie, ale i podziw – jest w jego postawie coś z rycerza, który zapomniał, o co walczy. Po „Wichrowych wzgórzach”, „Liście Schindlera” i „Quiz Show” dobrze było zobaczyć innego Fiennesa, żywszego i bohaterskiego. Mace natomiast to wojowniczka, której sprawność fizyczna oraz radzenie sobie w krańcowych sytuacjach stawiają ją wyżej w łańcuchu pokarmowym. A patrząc na Angelę Bassett nietrudno uwierzyć w jej siłę i determinację. Typowo cameronowska bohaterka, w duchu Sary Connor z „Terminatora 2” oraz Ripley z „Obcych”. Jednak i ona nosi w sobie więcej bólu i żalu, niż chciałaby się do tego przyznać. Obok intrygi kryminalnej oboje mają własną historię do opowiedzenia.

Obecnie uważane za dzieło kultowe (choć nadal uważam, że stosunkowo nieznane) „Dziwne dni” w dniu premiery przepadły. Film okazał się klapą finansową, a krytycy byli w rozkroku między sugestywną wizją niedalekiej przyszłości oraz perfekcją realizacji, a wyższością brutalnego kina sensacyjnego nad ambitnym punktem wyjścia. Ale pytania, które Cameron, Cocks i Bigelow zadali nadal czają się w filmie, bez względu na nadanie całości bardziej rozrywkowego charakteru. Rok 2000 minął już jakiś czas temu, lecz wydaje się jakbyś nadali niewiele posunęli się od tego, co było w 1995. Na świat z dzieła Bigelow wciąż możemy patrzeć jak na coś, co dopiero ma nadejść.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Krzysztof Walecki

Krzysztof Walecki

Lubi horrory.
Krzysztof Walecki

Latest posts by Krzysztof Walecki (see all)







  • Mefisto

    Świetny tekst i bardzo dobry film (choć może nie na 9/10 aż).
    Swoją drogą – Revell bez e na końcu, a więc i bez apostrofu :)

    • romeck

      Krzysiu w formie, co Jacku? :)

  • John Wayne

    Bardzo dobry tekst o bardzo dobrym filmie!

  • John Wayne

    Bardzo dobry tekst o bardzo dobrym filmie!

  • mrq

    Nie wiedzieć czemu czytając pierwsze akapity przypomniał mi się film Nirvana bodajże z ’97.

  • Artur Gralla

    the doors

  • janko

    Film ma tak gęsty klimat, że można go kroić nożem, zdecydowanie warto!






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

EGZAMIN. Rumuńskie kino niepokoju

Następny tekst

WEJŚCIE SMOKA. Pierwszy i najlepszy



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE