COLD COMES THE NIGHT - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Cold Comes the Night

Owszem, Bryan Cranston heisenberguje. Heisenberguje aż miło.




Oklepana historia, a cieszy...




Miłosz Drewniak
07.02.2014


Cold-Comes-the-Night-Poster-HD

Fabuła Cold Comes the Night nie powala innowacyjnością. Kręci się wokół torby wypchanej kasą, która zaginęła w akcji i wokół ludzi, którzy torby szukają. Jednak jest to jeden z tych filmów, w których fabuła potraktowana jest przez twórców pretekstowo. Jest to jeden z tych obrazów, które wabią klimatem, aktorstwem, dopracowanym szczegółem. Cold Comes the Night to po prostu przykład pierwszorzędnego rzemiosła.

Film skupia się na losach Chloe (Alice Eve) – samotnej matki, która usiłuje wychowywać córkę w niezbyt przyjaznych warunkach, bo prowadząc podejrzany motel w małej miejscowości. Chloe cierpi na niedobór dolarów. Nie może przenieść się z małą Sophią (Ursula Parker) do normalnego domu. Dlatego pomoc społeczna depcze jej po piętach i grozi zabraniem córki. Pewnej nocy w motelu Chloe pojawiają się dwaj mężczyźni. Jeden z nich zostaje zabity. Dowiadujemy się, że w zarekwirowanym przez policję wozie ofiary ukryto pieniądze. Partner zamordowanego mężczyzny – Topo (Bryan Cranston) – obmyśla plan odbicia łupu…

Atutem scenariusza nie jest sama historia, ale raczej lekkość, z jaką scenarzysta potraktował swoje postacie. To one odgrywają kluczową rolę w filmie Tze Chuna. Mamy wrażenie, że fabuła stanowi dla nich tylko mało istotne tło. Zadziwia nieprzewidywalna linia rozwoju bohaterów, którzy wydają się płynąć wraz z opowiadaną historią. Na początku możemy odnieść wrażenie, że oglądamy kliszowy thriller z papierowymi postaciami, ale szybko zwrócimy honor twórcom, którzy podczas seansu nieraz nas zaskoczą. Oprócz świetnych kreacji Eve i Cranstona brawa należą się Loganowi Marshall-Greenowi, wcielającemu się w postać Billy’ego – tzw. dirty cop, czyli nie do końca uczciwego gliniarza, który lubi pomagać własnemu szczęściu.

Mimo odgrzewanej fabuły, w filmie czuć ciągłe napięcie. Dowód na to, że historia sama w sobie nie ma monopolu na budowanie suspensu. Tze Chun trzyma nas w ryzach w inny sposób – niedopowiedzeniem. W scenie strzelaniny w samochodzie o przyciemnionych szybach nie pokazuje co dzieje się w środku. Kamera zostaje na zewnątrz. Widzimy tylko trzęsący się wóz, słyszymy strzały i obserwujemy w napięciu przybywające dziury po kulach. Niedopowiedziane są też niektóre wątki i historie z życia postaci. Dostajemy takich bohaterów, jakich zastała kamera w danej chwili. Wchodzimy w ich życia, ale nikt się nam nie tłumaczy, nikt się nie zwierza, nikt o sobie nie opowiada. Dlatego wszystko w Cold Comes the Night jest autentyczne i pozbawione przejaskrawień. Podobne wrażenie niedopowiedzenia sprawia też sama kompozycja klamrowa, oparta na inwersji czasowej – film otwiera niepokojąca scena, której wyjaśnienie poznamy dopiero na końcu. Reżyser stawia raczej na suspens montażowo-ujęciowy, niż na klasycznie fabularny, który pojawia się jednak tu i ówdzie. Twórcy grają też zaskoczeniem. Nie mam tu na myśli fabularnych plot twistów, a raczej umiejętność stworzenia odpowiednich okoliczności i klimatu danej sceny w taki sposób, by maksymalnie wstrząsnąć widzem poprzez kolejny, intrygujący ruch postaci.

cold_comes_the_night

Zasiadając do seansu Cold Comes the Night nie mogłem przestać zastanawiać się nad jedną rzeczą. Jak wypadnie Bryan Cranston, który w umysłach milionów funkcjonuje jako Walter White z bijącego rekordy popularności Breaking Bad? Odpowiedź miałem gotową po kilkunastu minutach. Owszem, Bryan Cranston heisenberguje. Heisenberguje aż miło. Z jednej strony twórcy starają się to zakamuflować jak mogą – obdarzają postać rosyjskim akcentem i innymi cechami, które różnią go od postaci z serialu. Ale to czysta kosmetyka, bo z drugiej strony wydają się bez żenady przyznawać, że doją Cranstona z resztek jego charakterystycznego emploi. Na ostatnie ujęcie Cranstona w filmie zareagowałem gromkim śmiechem. Zobaczcie. Przekonajcie się. Czy coś Wam się przypomina? A może to zwykły przypadek? Podobnie myślałem, że popadam w paranoję, gdy córka Chloe, chcąc zabawić się w dziecięcą grę „I spy”, wyrecytowała, gdy kamera spoczęła na Cranstonie: „I spy with my little eye something white”. Tak więc owszem – Bryan Cranston jest tym samym bezwzględnym skurczybykiem, którego możemy podziwiać w Breaking Bad. Tylko trochę innym… Ale czy to źle?

Cold Comes the Night to przede wszystkim dobrze napisane i zagrane postacie, trzymający w napięciu thriller i technicznie sprawne kino. Dla fanów Cranstona i Heisenberga must see.

exclusive-cold-comes-the-night-trailer-starring-bryan-cranston-watch-now-141027-a-1374680648-1000-100

Miłosz Drewniak

Miłosz Drewniak

Rocznik ’91, czyli wychował się na filmach z Indianą Jonesem i chyba dlatego nie lubi w kinie smętnego bergmanowania. Skończył polonistykę we Wrocławiu, broniąc pracy na temat słowa w filmach Quentina Tarantino. Na stałe związany jest z film.org.pl, ale publikował też na łamach portalu Noir Café i rocznika naukowego „Studia Filmoznawcze”. Top (bez szczególnego porządku): "Zezowate szczęście", "Popiół i diament", "Słodkie życie", "Osiem i pół", "Do utraty tchu", "Fargo", "Big Lebowski", "Pulp Fiction", "Złap mnie, jeśli potrafisz", "Dogville".
Miłosz Drewniak











Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Heli

Następny tekst

#115 Koneser



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE