Code Blue | FILM.ORG.PL

Code Blue

Recenzje filmów, publicystyka filmowa polska, nowości kinowe / 01/01/2012








Klara Kukowska
01.01.2012


(fot. Ł. Gawroński, nh-portrety.blogspot.com)
 

Trudno mi pisać o festiwalu (nie tylko filmowym), abstrahując od niego jako doświadczenia bardzo fizycznego, właściwie najpierw fizycznego, a potem intelektualnego. Raz, bo festiwal jest transem; dwa, uświadamia najdobitniej, że nie ma czegoś takiego jak oglądanie samo w sobie, że zawsze jest jakiś (mój) fotel, jakieś (moje) spojówki, jakieś (moje, klejące) powieki, jakaś (zmienna) temperatura (na dworze, w sali). We wstępie do wydanego na dziesiątą edycję Nowych Horyzontów numeru „Ha!artu”, Kuba Mikurda pisał bardzo ładnie o spotkaniu wzroku i dotyku, „wzroku w trybie dotyku”, o „kinie, które dotyka”. Także przez bardzo fizyczne doświadczenie seansu filmowego. Podobno na którejś z wcześniejszych edycji rozdawano festiwalowiczom krople do oczu.

Jednak drugiego dnia jedenastej edycji gutkowego festiwalu nie potrzebowałam jeszcze kropli do oczu, potrzebowałam natomiast ciepłego łóżka i gorącej herbaty. Koło południa miała miejsce awaria prądu, tramwaj porzucił mnie dwa-trzy (?) kilometry od kina, co samo w sobie byłoby okej, gdyby nie deszcz; przed trzecim seansem z kaptura mojej bluzy nie ściekała już woda, wyciekała za to ze mnie festiwalowa ekscytacja, kapitulująca wobec gorączki i bólu głowy. Zaczynałam oglądać „Code Blue”, sporządzając w głowie listę zakupów w aptece. Wyszłam tuż po napisach, chociaż spotkanie z reżyserką Urszulą Antoniak zapowiadało się ciekawie. Wyszłam z poczuciem rozczarowania i rozgoryczenia, wyszłam z poczuciem, że obejrzałam zły film, który jednakowoż bardzo dobrze rozumiem, co nie świadczy chyba dobrze ani o mnie, ani o pani reżyser.

Ale film, jak na złość, został gdzieś z tyłu głowy, został, ropiejąc jak najlepsze festiwalowe odkrycia i bezczelnie nabierając znaczeń. Nie uważam już „Code Blue” za zły film. Może dlatego, że pewne manieryzmy, które bolały mnie podczas projekcji, wyparowały z pamięci. A może dlatego, że niektóre filmy zaczyna się lubić po czasie – chociaż „lubić” kino Antoniak jest raczej trudno. Nawet z „Nic osobistego” nie było mi łatwo: najpierw zachwyt aktorstwem (wspaniały Stephen Rea i odkrycie fenomenalnej, nagrodzonej w Locarno Lotte Verbeek; w „Code Blue” ekran zawłaszcza aktorka teatralna Blen de Moor), pewne pretensje do formy. Potem oświecenie, ekscytacja: przecież to tempo jest idealne, zdjęcia fantastyczne. Ekran zaczął pachnieć. Oba filmy, „Nothing personal” i „Code Blue”, są bardzo cielesne: nie każdy umie filmować nagość, Antoniak zdaje się mieć to we krwi. Ale są też przecież: wilgotna ziemia, cudownie mlaskająca pod łopatą (aż czuje się jej woń), ogródek, szczypiorek, cebula, trawa, i powietrze po deszczu, gdy Martin i Ty wracają o świcie z pubu. W „Code Blue” mamy szpital, który też pachnie, a raczej śmierdzi; mamy mieszkanie bohaterki, które w niczym nie przypomina przytulnej samotni Martina. Obrzydliwe osiedle obrzydliwych bloków. Bardzo dużo myślenia przestrzenią, zakotwiczania bohaterów w miejscach, które mimo swojej mocno symbolicznej funkcji pozostają bardzo konkretne, fizyczne, dotykalne.

Porównuję, bo te dwa filmy cały czas rozmawiają ze sobą w mojej głowie. „Code Blue” rzuca nowe światło na „Nic osobistego”. Niby filmy różne – ale przecież pokrewne. (To się chyba właśnie nazywa „stylem autorskim”). Urszula Antoniak mówi gazecie festiwalowej „Na horyzoncie”: jej postać narodziła się z odkrycia, którego dokonałam w moim prywatnym życiu. Nie ma większej intymności niż z osobą, która umiera. Jeśli asystujesz komuś, kto idzie w stronę śmierci, to rozwija się między wami intymność kompletnie nieporównywalna z niczym innym w życiu. Pomyślałam: co by było, gdyby pojawiła się osoba, która chce tylko takiej intymności? Te słowa odnoszą się do Marian, pielęgniarki z „Code Blue”, ale kwestia specyficznej bliskości z umierającym stanowi dla mnie raczej komentarz do „Nic osobistego”. Miałam wątpliwości co do śmierci w tym filmie; miałam wrażenie, że kradnie pewną uniwersalność. W szerszym kontekście – kontekście „Code Blue” – nie mam już takiego wrażenia. Oczywiście i tutaj różnią się bohaterki dwóch filmów: jedna o nic nie prosi, druga chwilami wydaje się kostuchą we własnej osobie (!).

Brutalność filmu jest nie do zaprzeczenia – jeśli jeszcze ktoś wychodzi z sali, bo eutanazja, bo gwałt, bo trudno patrzeć, to chyba dobrze? To znaczy, że jeszcze coś nas przejmuje. Ja nie wychodzę, widziałam dużo pełnych przemocy obraz(k)ów, ale przecież film przeraża. Przeraża właśnie tą „nieproszoną intymnością” (znowu pożyczam sobie słowa pani Antoniak). W obu filmach samotność da się czytać jako wybór, próbę kontroli nad własnym życiem. I to rzecz jasna nie wychodzi, pęka, pęka pod naporem spotkania drugiej osoby. W „Nic osobistego” efektem jest historia miłości, historia miłosna (nie wiem, jak inaczej to określić, relacje jednoznacznie romantyczno-erotyczne zawłaszczyły sobie to pojęcie, a mi chodzi o miłość w szerszym znaczeniu, nie wymazując rzecz jasna z relacji Martin-Ty pewnej fizyczności; ach, język się potyka…). W „Code Blue” – i tu może się wstrzymam, bo chyba za dużo już zdradzam – w „Code Blue” może być całkiem podobnie albo zupełnie na odwrót, zależy od interpretacji. Ja sama się jeszcze nie zdecydowałam; jest takie brzydkie pojęcie „filmu wielokrotnego użytku”, filmu wielokrotnego oglądania, i skoro „Nic osobistego” okazało się takim filmem, to i „Code Blue” prawdopodobnie takim będzie.

Po czasie widzę „Code Blue” jako jeden ze swoich najlepszych seansów ostatnich Nowych Horyzontów. W wywiadzie dla stopklatki (skądinąd przeprowadzanym przez Darka „Beowulfa” Kuźmę, który dwa lata temu na Warszawskim Festiwalu Filmowym zwrócił mi uwagę na „Nic osobistego”…) Antoniak określa swój debiut jako zrobiony od serca, natomiast „Code Blue” -from the guts (z trzewi, flaków). Więc bardzo się cieszę, że było mi na nim niedobrze i mdło, bo tak właśnie być powinno; geneza złego samopoczucia przestaje mieć znaczenie, liczy się stan. Esencja festiwalu: przestajesz dokonywać rozróżnienia między tym, jak działają na ciebie obrazy, a jak wiatr, deszcz i skoki temperatury. Bo działają razem, razem odpalają w twojej głowie ładunki wybuchowe. Kino nie jest ucieczką od rzeczywistości. Kino jest rzeczywistością.

Co do spotkania z drugim człowiekiem: trzeci film Antoniak ma być from the intelect, ouwodzeniu jako grze w szachy (!). Boję się. I czekam!

Latest posts by Artemis (see all)












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Hot Fuzz: Ostre Psy

Następny tekst

Krzyk kamienia



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE