nowości kinowe

CICHE MIEJSCE. Horror roku?

Horror Johna Krasinskiego nieustannie trzyma w napięciu, od pierwszych do ostatnich minut. Prawdziwie wirtuozerska robota.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Jak makiem zasiał

Seans Cichego miejsca będzie cudownie ożywczym doświadczeniem, nie tylko dla fanów horroru. Oto film, który swą siłę znajduje w prostocie punktu wyjścia, ale również samego procesu opowiadania, logicznego przebiegu wydarzeń. W rękach Johna Krasinskiego, znanego do tej pory głównie z komedii – zarówno jako aktor (Jim z amerykańskiej wersji Biura), jak i reżyser (Hollarsowie) – strach jest czymś naturalnym, konsekwentnym, pierwotnym, od którego nie ma ucieczki. Jest pewną stałą dla bohaterów, bezpowrotnie związaną ze zmysłem słuchu, i na czas trwania seansu również widzowie utożsamią jedno z drugim, wzdrygając się na fotelu za każdym razem, gdy coś usłyszą.

Akcja filmu rozpoczyna się jakiś już czas po tajemniczym wydarzeniu, które doprowadziło rodzaj ludzki do życia w kompletnej ciszy. Dźwięk bowiem przyciąga potwory, niesamowicie szybkie i niebezpieczne, które z miejsca zabijają to, co usłyszą. W prologu pięcioosobowa rodzina przeszukuje sklep w małej, opuszczonej mieścinie w poszukiwaniu potrzebnych rzeczy, m.in. leków. Widzimy jak matka (znakomita Emily Blunt) sprawdza kolejne fiolki, uważając, aby nawet znajdującymi się w nich tabletkami nie hałasować. Niedługo później jesteśmy świadkami ataku, który dobitnie uzmysławia nam stopień zagrożenia i jednoznacznie potwierdza – wydasz dźwięk i giniesz. Bez ostrzeżenia, bez możliwości ucieczki lub obrony, bez szans.

Jakiekolwiek dalsze wchodzenie w fabułę byłoby nadużyciem z mojej strony. Scenariusz Bryana Woodsa, Scotta Becka i samego Krasinskiego (który film nie tylko wyreżyserował i napisał, ale również zagrał w nim rolę głowy rodziny) oparty jest na klasycznej zasadzie mówiącej, że wiszące na ścianie w pierwszym akcie strzelby muszą wypalić w akcie trzecim. Reżyser w sposób absolutnie mistrzowski panuje nad tym, co oglądamy, dbając o najmniejsze szczegóły, które w dalszej części historii odegrają znaczącą rolę. Skoro zaś dialogi ograniczone są do koniecznego minimum i najczęściej prowadzone szeptem, obraz wydaje się być nadrzędnym narzędziem narracji. Tyle że nawet on byłby niedoskonały bez ciszy, pożądanego rekwizytu niemal każdego filmu grozy.

Od pewnego momentu obserwujemy atak za atakiem, gdzie napięcie kumuluje się, przechodząc z jednej sceny do następnej i nie pozostawiając widzowi dużo miejsca na oddech.

Tutaj jest ona niemal jedną z postaci, stając się dla głównych bohaterów sojusznikiem, schronieniem, częścią ich życia, naturalnym środowiskiem. Jak na ironię, tej, która w ciszy się nie odnajduje, której cisza ciąży, jest córka postaci granych przez Blunt i Krasinskiego, osoba głuchoniema (to jednocześnie tłumaczy, w jaki sposób rodzinie udało się przeżyć przez tak długi czas – język migowy znali na długo przed „końcem świata”). Dziewczynka, rewelacyjnie zagrana przez rzeczywiście niesłyszącą Millicent Simmonds, jest zaradna i samodzielna, ale niebezpieczeństwa nie usłyszy. Do tego dochodzi również poczucie winy, każące jej myśleć, że ojciec zwyczajnie jej nie ufa. Scenariusz szuka unikatowości w niemal pozbawionej dialogów historii, ale nie byłby nawet w połowie tak dobry jak jest bez postaci, ich reakcji na zagrożenie i kolejnych prób działania, pomimo często paraliżującego strachu. Bohaterów określają dwie cechy – pierwsza niejako wyróżnia każde z nich z osobna (córka nie słyszy, jeden z jej braci panicznie boi się wychodzić z domu, matka jest w zaawansowanej ciąży itd.), druga natomiast stanowi o ich przywiązaniu i miłości do rodziny. Nawet gdy są osobno, starają się pomóc nie tylko sobie, ale i pozostałym. Momenty, w których jedno ratuje drugie, decydują o emocjonalnej sile filmu.

Najważniejszy jest tu jednak strach. Po doskonałym zawiązaniu akcji i zawieszeniu przysłowiowych strzelb w pierwszych 30 minutach reżyser pozwala im wypalać później jedna po drugiej, z finezją godną Hitchcocka. Od pewnego momentu obserwujemy atak za atakiem (tak dobrych i strasznych scen na polu kukurydzianym nie było od czasu Znaków Shyamalana), gdzie napięcie kumuluje się, przechodząc z jednej sceny do następnej i nie pozostawiając widzowi dużo miejsca na oddech. Reżysera nie interesują metafory, symbole, rozterki egzystencjalne, wymiar społeczny opowieści, jej aspekt duchowy, czyli to wszystko, co można znaleźć w modnym obecnie post-horrorze. Ciche miejsce jest historią rodziny, która zrobi wszystko, aby przeżyć – dorośli staną na głowie, aby zapewnić bezpieczeństwo swoim pociechom, a dzieci zmuszone będą przestać myśleć jak dzieci, jeśli chcą ocalić rodziców.

Film grozy Krasinskiego pozbawiony jest ambicji bardziej zasłużonych przedstawicieli tego gatunku, ale jest jednocześnie najintensywniej trzymającym w napięciu dreszczowcem od lat, dowodem, że maestria realizacyjna wespół z precyzją tekstu mogą zrodzić prawdziwie wspaniałe kino. Być może za wcześnie na taki werdykt, ale bardzo możliwe, że Ciche miejsce to nie tylko horror roku, ale i jeden z najlepiej wyreżyserowanych filmów 2018.

Ostatnio dodane