nowości kinowe

Chiński zodiak

Jackie Chan zapędził się w kozi róg nie tyle nowoczesną stylistyką, nijak przystającą do poprzednich części, lecz ambicjami. Zamiast postawić na bezpretensjonalną rozrywkę, chciał powiedzieć coś mądrego. Ale czy można traktować Jackiego poważnie?

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Kondor bez skrzydeł

154228764_1377788966Niepowtarzalność filmów z Jackiem Chanem nie bierze się z jego niesamowitej sprawności fizycznej, którą wykorzystuje w spektakularnych pojedynkach, lecz z lekkości opowiadanych historii oraz radosnego usposobienia aktora. Wynagradzają one często niedostatki scenariuszowe oraz przeciętną reżyserię, no bo, nie oszukujmy się, Jackiego ciężko nie lubić. Filmy sensacyjne z jego udziałem są na tyle umowne i zabawne, że nawet wysadzenie złych mnichów za pomocą dynamitu, bądź obicie przeciwnikowi mordy należy traktować w kategoriach żartu. Wydaje się to niemożliwe, ale przemoc w bogatej filmografii Chana sprawia wrażenie bez intencjonalnej. Są pojedynki i ofiary, jest krew, lecz zwłaszcza te azjatyckie produkcje unikają realizmu, psychologizowania oraz konsekwencji uproszczonego modelu świata na rzecz rozrywki wręcz dla całej rodziny. Oczywiście, nie wszystkie filmy z udziałem chińskiego aktora mają komediowy wydźwięk, lecz właśnie te są najpopularniejsze i zdecydowanie najlepsze.

Jednak Jackie nie młodnieje. W tym roku kończy 60 lat i powoli ucieka od fizycznie wymagających ról na rzecz takich, w których wykaże się swoim talentem aktorskim. Prezentem dla fanów miał być „Chiński zodiak” – przygodowe kino akcji wyraźnie nawiązujące do jego słynnej dylogii z przełomu lat 80/90-tych. Bohater „Zbroi boga” oraz „Operacji Kondor”, poszukiwacz/złodziej antycznych skarbów o pseudonimie Azjatycki Jastrząb był chińską odpowiedzią na Indianę Jonesa. Oczywiście nie udało się przebić kultowego cyklu Spielberga tak formalnie, jak i ambicjonalnie (jakościowo bliżej filmom Chana do radosnej twórczości wczesnego Petera Jacksona), ale nie to było celem. Bezpretensjonalna rozrywka z pretekstową fabułą, okraszona ładnymi widoczkami oraz licznymi wygibasami i śmiesznymi minami serwowanymi przez Jackiego – można pod tą formułkę podpiąć większość filmów z gwiazdą „Godzin szczytu”. Historia w „Chińskim zodiaku” początkowo również jest drugorzędna wobec atmosfery zabawy i możliwości podziwiania scen akcji.

Chinese-Zodiac-1

JC (praktycznie wszyscy tak się zwracają do postaci granej przez Jackiego) dostaje zadanie odnalezienia zaginionych, odlanych z brązu głów zwierząt z chińskiego zodiaku, które dawniej były ozdobą Starego Letniego Pałacu. Zrabowane w połowie XIX wieku przez cudzoziemców nadal pozostają w ukryciu, choć trzy głowy udało się już odnaleźć i sprzedać po wielomilionowych cenach. I tak JC, wynajęty przez miliardera-chama, wyrusza wraz ze swoją ekipą do Francji, gdzie ponoć znajdują się kolejne artefakty, a stamtąd na tropikalną wyspę. Jest śmiesznie, dzieje się, i nawet jeżeli Jackie częściej korzysta z nowoczesnej technologii niż swoich kończyn, jego fani nie powinni czuć się zawiedzeni. Ale potem następuje zwrot o 180 stopni. Zamiast czerpać z wypróbowanego schematu, Chan – aktor, reżyser, scenarzysta i producent – zaczyna zastanawiać się nad dwuznacznymi czynami własnego bohatera.

To nie tak, że JC jest dwulicowy, podły, pazerny na pieniądze i kłamie na potęgę. On sam tak siebie nie postrzega, a i widz nigdy by tak nie pomyślał o jakimkolwiek bohaterze odtwarzanym przez Chana. Jest to wynikiem utożsamiania aktora z granymi przez niego postaciami – na przestrzeni kilku dekad chiński aktor dał się poznać jako wiecznie uśmiechnięty wesołek z wielkim poczuciem humoru, tak na planie filmowym, jak i poza nim. Oglądając jego kolejne wcielenia nie trudno uwierzyć w to, że taki jest też w życiu prywatnym (to, czy jest tak naprawdę jest w tym momencie nieważne), zwłaszcza, że, tak jak w przypadku „Chińskiego zodiaku” i poprzednich odsłon, jego bohater ma na imię Jackie. Czy ktoś z aparycją Chana może być niegodziwy? Ale w jego ostatnim filmie pewna młoda idealistka tak go właśnie nazywa i trzeba się wobec tego ustosunkować. Nie trudno przewidzieć fabularny przebieg i fakt, że główny bohater dokona swoistego rachunku sumienia. Co ma natomiast powiedzieć widz, gdy jego ulubieniec jest oczerniany, a co więcej przyznaje się do winy? I dlaczego teraz, a nie wcześniej, przy okazji „Zbroi boga” i „Operacji Kondor”? Co się zmieniło w tym czasie?

353514.1

Łatwo zwalić wszystko na poprawność polityczną – w tamtych filmach do grzechów głównego bohatera dopisać można jeszcze seksizm i wspomniane wcześniej wysadzanie ludzi w powietrze (w „Chińskim zodiaku” o zabijaniu nie ma mowy) – ale siła Chana tkwi również w tym, że cokolwiek by jego postaci nie zrobiły, widz tego nie zauważy. Będzie spoglądał na szeroki uśmiech Jackiego i jego ekwilibrystyczne popisy, doskonale zdając sobie sprawę z jego racji. I sam będzie miał rację.

Największym grzechem najnowszego filmu nie są podrasowane sceny akcji i zawierzenie nowoczesnej technologii, wszakże można zrozumieć aktora, że mając szósty krzyżyk na karku nie jest w stanie wykonać każdego kaskaderskiego numeru. Również nie to, że na film przeznaczono grube miliony, co gryzie się z B-klasowym rodowodem, B-klasowym scenariuszem i B-klasowym wykonaniem. Zmniejszenie budżetu o ¾ i nakręcenie wszystkiego na starej taśmie tylko by pomogło temu projektowi. To, co najbardziej uderza i boli fana poprzednich części, za jakiego się uważam, to jakieś dziwne poczucie Chana, że musi rozliczyć swego bohatera z całego swego „wyrachowania” i procederu, jakim się para. Do tej pory rozrywka, przestaje nią być, a w jej miejsce pojawiają się dylematy moralne i tożsamościowe (chińskie głowy z brązu lądują w rękach prywatnych kolekcjonerów, co początkowo niespecjalnie martwi przecież chińskiego awanturnika), jakże nie pasujące do Jackiego. Wszystkie te ambicje w spotkaniu z tak lekkim i efekciarskim materiałem pasują jak pięść do nosa, a co więcej, brzmią niewiarygodnie. No bo, czy ktokolwiek potrafi i chce traktować Chana poważnie?

Chinese-Zodiac2

W finale inny poszukiwacz skarbów nazywa JC kondorem bez skrzydeł. Nie chcę już tłumaczyć, że to nigdy nie był Kondor, ale Jastrząb, o czym Chan również chyba zapomniał. Mimo to trudno o lepsze porównanie.

Ostatnio dodane