Chiński zodiak - recenzja | FILM.ORG.PL

Chiński zodiak

Jackie Chan zapędził się w kozi róg nie tyle nowoczesną stylistyką, nijak przystającą do poprzednich części, lecz ambicjami. Zamiast postawić na bezpretensjonalną rozrywkę, chciał powiedzieć coś mądrego. Ale czy można traktować Jackiego poważnie?




Kondor bez skrzydeł




Krzysztof Walecki
31.03.2014


154228764_1377788966Niepowtarzalność filmów z Jackiem Chanem nie bierze się z jego niesamowitej sprawności fizycznej, którą wykorzystuje w spektakularnych pojedynkach, lecz z lekkości opowiadanych historii oraz radosnego usposobienia aktora. Wynagradzają one często niedostatki scenariuszowe oraz przeciętną reżyserię, no bo, nie oszukujmy się, Jackiego ciężko nie lubić. Filmy sensacyjne z jego udziałem są na tyle umowne i zabawne, że nawet wysadzenie złych mnichów za pomocą dynamitu, bądź obicie przeciwnikowi mordy należy traktować w kategoriach żartu. Wydaje się to niemożliwe, ale przemoc w bogatej filmografii Chana sprawia wrażenie bez intencjonalnej. Są pojedynki i ofiary, jest krew, lecz zwłaszcza te azjatyckie produkcje unikają realizmu, psychologizowania oraz konsekwencji uproszczonego modelu świata na rzecz rozrywki wręcz dla całej rodziny. Oczywiście, nie wszystkie filmy z udziałem chińskiego aktora mają komediowy wydźwięk, lecz właśnie te są najpopularniejsze i zdecydowanie najlepsze.

Jednak Jackie nie młodnieje. W tym roku kończy 60 lat i powoli ucieka od fizycznie wymagających ról na rzecz takich, w których wykaże się swoim talentem aktorskim. Prezentem dla fanów miał być „Chiński zodiak” – przygodowe kino akcji wyraźnie nawiązujące do jego słynnej dylogii z przełomu lat 80/90-tych. Bohater „Zbroi boga” oraz „Operacji Kondor”, poszukiwacz/złodziej antycznych skarbów o pseudonimie Azjatycki Jastrząb był chińską odpowiedzią na Indianę Jonesa. Oczywiście nie udało się przebić kultowego cyklu Spielberga tak formalnie, jak i ambicjonalnie (jakościowo bliżej filmom Chana do radosnej twórczości wczesnego Petera Jacksona), ale nie to było celem. Bezpretensjonalna rozrywka z pretekstową fabułą, okraszona ładnymi widoczkami oraz licznymi wygibasami i śmiesznymi minami serwowanymi przez Jackiego – można pod tą formułkę podpiąć większość filmów z gwiazdą „Godzin szczytu”. Historia w „Chińskim zodiaku” początkowo również jest drugorzędna wobec atmosfery zabawy i możliwości podziwiania scen akcji.

Chinese-Zodiac-1

JC (praktycznie wszyscy tak się zwracają do postaci granej przez Jackiego) dostaje zadanie odnalezienia zaginionych, odlanych z brązu głów zwierząt z chińskiego zodiaku, które dawniej były ozdobą Starego Letniego Pałacu. Zrabowane w połowie XIX wieku przez cudzoziemców nadal pozostają w ukryciu, choć trzy głowy udało się już odnaleźć i sprzedać po wielomilionowych cenach. I tak JC, wynajęty przez miliardera-chama, wyrusza wraz ze swoją ekipą do Francji, gdzie ponoć znajdują się kolejne artefakty, a stamtąd na tropikalną wyspę. Jest śmiesznie, dzieje się, i nawet jeżeli Jackie częściej korzysta z nowoczesnej technologii niż swoich kończyn, jego fani nie powinni czuć się zawiedzeni. Ale potem następuje zwrot o 180 stopni. Zamiast czerpać z wypróbowanego schematu, Chan – aktor, reżyser, scenarzysta i producent – zaczyna zastanawiać się nad dwuznacznymi czynami własnego bohatera.

To nie tak, że JC jest dwulicowy, podły, pazerny na pieniądze i kłamie na potęgę. On sam tak siebie nie postrzega, a i widz nigdy by tak nie pomyślał o jakimkolwiek bohaterze odtwarzanym przez Chana. Jest to wynikiem utożsamiania aktora z granymi przez niego postaciami – na przestrzeni kilku dekad chiński aktor dał się poznać jako wiecznie uśmiechnięty wesołek z wielkim poczuciem humoru, tak na planie filmowym, jak i poza nim. Oglądając jego kolejne wcielenia nie trudno uwierzyć w to, że taki jest też w życiu prywatnym (to, czy jest tak naprawdę jest w tym momencie nieważne), zwłaszcza, że, tak jak w przypadku „Chińskiego zodiaku” i poprzednich odsłon, jego bohater ma na imię Jackie. Czy ktoś z aparycją Chana może być niegodziwy? Ale w jego ostatnim filmie pewna młoda idealistka tak go właśnie nazywa i trzeba się wobec tego ustosunkować. Nie trudno przewidzieć fabularny przebieg i fakt, że główny bohater dokona swoistego rachunku sumienia. Co ma natomiast powiedzieć widz, gdy jego ulubieniec jest oczerniany, a co więcej przyznaje się do winy? I dlaczego teraz, a nie wcześniej, przy okazji „Zbroi boga” i „Operacji Kondor”? Co się zmieniło w tym czasie?

353514.1

Łatwo zwalić wszystko na poprawność polityczną – w tamtych filmach do grzechów głównego bohatera dopisać można jeszcze seksizm i wspomniane wcześniej wysadzanie ludzi w powietrze (w „Chińskim zodiaku” o zabijaniu nie ma mowy) – ale siła Chana tkwi również w tym, że cokolwiek by jego postaci nie zrobiły, widz tego nie zauważy. Będzie spoglądał na szeroki uśmiech Jackiego i jego ekwilibrystyczne popisy, doskonale zdając sobie sprawę z jego racji. I sam będzie miał rację.

Największym grzechem najnowszego filmu nie są podrasowane sceny akcji i zawierzenie nowoczesnej technologii, wszakże można zrozumieć aktora, że mając szósty krzyżyk na karku nie jest w stanie wykonać każdego kaskaderskiego numeru. Również nie to, że na film przeznaczono grube miliony, co gryzie się z B-klasowym rodowodem, B-klasowym scenariuszem i B-klasowym wykonaniem. Zmniejszenie budżetu o ¾ i nakręcenie wszystkiego na starej taśmie tylko by pomogło temu projektowi. To, co najbardziej uderza i boli fana poprzednich części, za jakiego się uważam, to jakieś dziwne poczucie Chana, że musi rozliczyć swego bohatera z całego swego „wyrachowania” i procederu, jakim się para. Do tej pory rozrywka, przestaje nią być, a w jej miejsce pojawiają się dylematy moralne i tożsamościowe (chińskie głowy z brązu lądują w rękach prywatnych kolekcjonerów, co początkowo niespecjalnie martwi przecież chińskiego awanturnika), jakże nie pasujące do Jackiego. Wszystkie te ambicje w spotkaniu z tak lekkim i efekciarskim materiałem pasują jak pięść do nosa, a co więcej, brzmią niewiarygodnie. No bo, czy ktokolwiek potrafi i chce traktować Chana poważnie?

Chinese-Zodiac2

W finale inny poszukiwacz skarbów nazywa JC kondorem bez skrzydeł. Nie chcę już tłumaczyć, że to nigdy nie był Kondor, ale Jastrząb, o czym Chan również chyba zapomniał. Mimo to trudno o lepsze porównanie.












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Begin Again - zwiastun fajnej komedii romantycznej?

Następny tekst

W poszukiwaniu "straconego" czasu



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE