Chciwość | FILM.ORG.PL

Chciwość

Recenzje filmów, publicystyka filmowa polska, nowości kinowe / 29/12/2011








Maciek Poleszak
29.12.2011


Recenzja pojawiła się wcześniej w serwisie Paradoks

Kryzys finansowy. Napisano o nim już tyle, że czego bym w tym miejscu nie przytoczył, to niemal ze stuprocentową pewnością nie napisałbym nic nowego. Hasło to pojawia się we wszelkich mediach już od dawna i zapewne nadal będzie pojawiać się często w przyszłości, nie jest ważne, czy to przy okazji piętnowania odpowiedzilnych za jego wybuch, czy w kontekście czysto historycznym. Tak, jak w przypadku wszystkich istotnych wydarzeń mających miejsce na naszym globie, nie trzeba było czekać długo na pierwsze efekty pracy filmowców starających się podjąć gorący temat. Rok temu Oscara za najlepszy pełnometrażowy dokument otrzymał „Inside Job”, a w tym roku HBO wypuściło spod swoich skrzydeł film „Too Big to Fail”.

Wspomniane produkcje skupiały się na szerokim spojrzeniu na problem i ukazaniu działania rządu USA po wybuchu kryzysu. Nieco inaczej do sprawy podchodzi recenzowany w tym miejscu film „Margin Call”, który od polskiego dystrybutora otrzymał jakże chwytliwy tytuł „Chciwość”. Akcja filmu obejmuje dwa dni i jedną noc, w czasie których pewien pracownik wielkiego banku inwestycyjnego zauważa, że „liczby przestają się sumować” i istnienie tej instutucji w najbliższej przyszłości stanęło pod znakiem zapytania. Następnie zwołana zostaje seria zebrań z udziałem przedstawicieli coraz to wyższego kierownictwa, które mają ustalić plan działania. I w zasadzie to tyle, akcja tak naprawdę ogranicza się do kilku pomieszczeń i niewielkiej garstki postaci, które przez prawie dwie godziny rozmawiają, kłócą się, dyskutują i z przerażeniem patrzą w niezbyt optymistyczne raporty przygotowane przez analityków. Mimo wszystko film potrafi „zahaczyć” widza od samego początku i trzymać w napięciu przez większość seansu.

Duża w tym zasługa świetnie skompletowanej obsady, z której przede wszystkim wyróźnia się grający najbardziej niejednoznaczną postać Kevin Spacey. Zarówno on jak i reszta aktorów są bardzo solidni, jednak nikt nie daje popisu życia i nie odtwarza roli, o której będzie pamiętać się latami (ani nawet miesiącami).

Dużą zaletą filmu jest to, że nie stara się iść na łatwiznę wskazując kierownictwo banku jako jedynych i wyłącznych odpowiedzialnych za wywołanie krachu. Oczywiście nie obyło się bez scen ukazujących rozpasany tryb życia elity finansowej z wypunktowaniem co do dolara wydatków jednego z bohaterów na alkohol i dziwki na czele, ale wysuwane są tu również trochę mniej popularne argumenty obarczające częścią winy samo społeczeństwo, które nie mogło oprzeć się pokusie życia ponad stan i na kredyt. I, o dziwo, muszę w tym miejscu przyznać, że polski tytuł pasuje do treści filmu całkiem nieźle. Chciwość jest tym, co napędza działanie wszystkich ludzi, tyle tylko, że nie wszyscy są gotowi się do tego przyznać. Gordon Gekko w słynnym monologu w „Wall Street” wysnuł wniosek, że „chciwość,z braku lepszego słowa, jest dobra”. W „Margin Call” chciwość jest… normalna – fakt, że człowiek chce mieć więcej niż ma w chwili obecnej jest oczywisty i ma zastosowanie dla wszystkich. Bez wyjątku.

Skoro tak, można więc przyjąć, że ludzie będą podejmować swoje decyzje w sposób racjonalny, czyli egoistyczny. Bank w tym przypadku zachowuje się jak żywy organizm, który z całych sił walczy o przetrwanie za wszelką cenę. Nie ma w tym nic dziwnego. Nie da się przedstawić motywacji w prostszy i bardziej przejrzysty sposób, a takie podejście pozwala spojrzeć na całą sytuację z zepełnie innej perspektywy. Film nie zagłębia się w faktyczne przyczyny leżące u podstaw kryzysu, ale wyraźnie sugeruje, że nawet racjonalne działania prowadzą do katastrofy, jeśli są oparte na błędnych założeniach.

Film jest dobry, ale zdecydowanie mógłby być jeszcze lepszy. Pomimo wyważenia przez większą część seansu, od czasu do czasu w scenariuszu zdarzają się czerstwe dialogi typu „spójrz na tych wszystkich, niczego nieświadomych ludzi” i tanie sceny mające na celu zrazić widza do postaci granej przez Jeremy’ego Ironsa. W jednej z nich jego bohater, w dniu wybuchu kryzysu, spożywa w spokoju wykwintny posiłek i usprawiedliwia swoje działania tym, że obecny krach nie jest pierwszym i z pewnością nie będzie ostatnim takim wydarzeniem w historii. Chociaż tak naprawdę żadne to usprawiedliwienie, to z drugiej strony z częścią jego wypowiedzi trudno się nie zgodzić. I właśnie za to „…ale z drugiej strony” film ten jest wart polecenia.

7/10












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

W oczekiwaniu na Prometeusza: moja przygoda z sagą Obcy

Następny tekst

Pretensjonalne banialuki zapracowanego Malicka



Tagi:

OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE