nowości kinowe

CASABLANCA. Nieśmiertelna i ponadczasowa

Niezapomniane arcydzieło.

Autor: Iwona Kusion
opublikowano

Tekst z archiwum film.org (2005)

Są filmy, które nigdy nie przeminą, niezależnie od gustów, dekady, upływających lat. Są filmy idealne, którym trudno cokolwiek zarzucić, począwszy od rewelacyjnych kreacji aktorskich, na perfekcyjnych dialogach skończywszy. Są filmy tworzące Magię Kina, nigdy do końca uchwytną, do których chce się wciąż wracać, dając się za każdym razem porwać temu pięknu, perfekcyjności i urokowi. Takim filmem jest jeden ze szlagierów wszech czasów – Casablanca Michaela Curtiza, z niezapomnianą parą: Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman. Sukces, jaki osiągnął ten film, zaskoczył samych twórców. Raczej przewidywano, że utonie w podobnych mu produkcjach. Tak jednak się nie stało…

casablanca_poster

Trudno powiedzieć, czy jest sens opowiadać tę historię, jak również ostrzegać przed spojlerami. W końcu Casablancę zna każdy, bez względu na to, czy ją widział, czy też nie. Czy można bowiem nie mieć pojęcia o jednej z ostatnich scen, czy kiedykolwiek nie usłyszeć sławnych kwestii, chociażby: „Play it once, Sam”, czy dramatycznego użalania się nad kieliszkiem: „Of all the gin joints in all the towns in all the world… … she walks into mine”, czy też samo zakończenie: „I think this is the beginning of a beautiful friendship”, kiedy to miłość życia naszego bohatera odlatuje z mężem samolotem, a on z innym mężczyzną odchodzi … i spowija ich mgła. Są to sceny powielane w wielu późniejszych dziełach, takie, do których twórcy filmowi wciąż powracają, odwołują się, inspirują nimi czy też w kółko je parodiują.

Tak czy inaczej od czegoś należy zacząć, zatem może tak: Trwa druga wojna światowa. Casablanca stanowi azyl. Jest rajem dla przemytników, złodziei, jest nadzieją dla tych, którzy chcą kupić wolność czy swą przyszłość. To tu spotykają się wszyscy – od tych, którzy chcą łatwo zarobić, po tych, którzy za odpowiednią cenę dadzą się łatwo sprzedać. Każdego można przekupić, zagwarantować opiekę policji nad domem nielegalnego hazardu, łatwo stracić życie, czy zademonstrować niechęć względem faszyzmu. Wszyscy są tu równi, a bycie równiejszym zależy tylko od odpowiednich kontaktów i sprytu…

– Poprosisz Ricka, by się z nami napił?
– Madame, on nigdy nie pija z klientami. Nigdy.
– Czemu wszyscy restauratorzy to snoby?
– Może pan mu powiedzieć, że prowadzę drugi co do wielkości bank w Amsterdamie.
– Drugi? To nie zrobi na Ricku wrażenia. Właściciel pierwszego jest cukiernikiem w naszej kuchni…

Łatwiej tu dotrzeć, aniżeli się wydostać. To tu idealnie odnalazł się niejaki Rick, na którym mało co robi wrażenie. Cynik, o przeszłości patrioty, obecnie twierdzący, że walczy już tylko o siebie, przybył tutaj, aby uciec przed przeszłością…

– Zastanawiam się, czemu nie wracasz do Ameryki. Ukradłeś kościelne fundusze?
Uciekłeś z żoną senatora? A może kogoś zabiłeś… To romantyczne.
– Wszystkiego po trochu.
– Co u licha przywiodło cię tutaj?
– Zdrowie. Przyjechałem do Casablanki do wód.
– Do wód? Jakich wód? Przecież jesteśmy na pustyni.
– Wprowadzono mnie w błąd.

…uciec przed kobietą, która jego sercem wytarła sobie obuwie, zostawiając go w deszczu, na dworcu. Nawet na takim jak on cyniku, traktującym kobiety z pewną dozą lekkości, nie wplątującym się w związki, musiało wywrzeć to ogromne wrażenie…

– Gdzie byłeś w nocy?
– To już tak dawno, nie pamiętam.
– Przyjdziesz do mnie dziś wieczorem?
– Nie mam aż tak dalekich planów.

Rick idealnie wpasował się w tę rzeczywistość, zyskał przyjaźń szefa policji, nieźle opłacaną, a dzięki temu opłacalną, prowadzi własny bar, w którym znajduje się wejście do jaskini hazardu, gdzie wygrywają tylko ci, którym na to pozwoli i odstępstwa od tej reguły raczej się nie zdarzają.

– Przepraszam, monsieur Rick… ale… pewien pan właśnie wygrał 20.000 franków. Kasjer prosi o pieniądze.
– Wyjmę z sejfu.
– Jestem tak przygnębiony…
– Daj spokój, Emilu. Błędy się zdarzają.
– Bardzo mi przykro…

Jest sam sobie wszystkim, nie wychyla się… aż pewnego razu do baru wchodzi jego dawna miłość. Jedyna kobieta, którą tak kochał i która tak mocno go zraniła. Przybywa ze swym mężem i dla obojga jedynym ratunkiem jest Rick…

Historia wydawałoby się banalna – ot, trójkąt miłosny, wpleciony w tragedię wojenną, o którym opowieść będzie się toczyła w mieście pełnym zakłamania, nadziei, śmierci, korupcji, szlachetnych ludzi udających tchórzy i wszechwładnych faszystów, którzy tutaj nie znaczą tak wiele i łatwo mogą zginąć, jeżeli to dla kogoś będzie opłacalne. Nikt też za takie zabójstwo nie musi ponosić odpowiedzialności… o ile kupił sobie właściwe przyjaźnie.

– Zatrzymajcie podejrzanych. Tych, co zwykle.

casablanca3

Historia o egoizmie …

– Proszę. Posłuchaj mnie. Gdybyś wiedział, co naprawdę się stało…
– I tak bym ci nie uwierzył, cokolwiek byś nie powiedziała,
nie ma takiej rzeczy, która by pomogła ci osiągnąć cel.
– Użalasz się nad sobą? Przy takiej stawce, liczą się dla ciebie tylko twoje odczucia.
Jedna kobieta cię zraniła, a ty mścisz się na całym świecie. Jesteś tchórzem i mięczakiem!

… ale także poświęceniu i umiejętności zrezygnowania z tego, co najważniejsze, jednym szlachetnym geście, który zmienia przyszłość trójki istot…

– Jeśli ten samolot wystartuje bez ciebie, zaczniesz żałować.
– Nie…!
– Może nie dziś, nie jutro, ale wkrótce, i to na całe życie.
– A co z nami?
– Zawsze będziemy mieli Paryż. Straciliśmy go, zanim przyjechałaś do Casablanki. Wczoraj go odzyskaliśmy.
– Gdy mówiłam, że cię nie opuszczę…
– I nie opuścisz mnie nigdy. Ale i ja mam coś do zrobienia. Gdy wyjadę, nie możesz jechać ze mną.
Nie możesz pomóc mi w pracy. Nie jestem szlachetny. Ale problemy trojga osób są niczym wobec ogromu
cierpień tego świata. Kiedyś to zrozumiesz.

Zatem mamy świetne dialogi, sceny, postaci… ale to wszystko było w prawie każdym filmie tamtej dekady. Ba – były dzieła znacznie trafniejsze, mniej sentymentalne, z równie niezapomnianymi kreacjami aktorskimi. Co zatem zadecydowało o sukcesie Casablanki i co sprawiło, że nie starzeje się ona, mimo upływu lat? Odpowiedź jest prosta – jej uniwersalność. Jest to bowiem film dla każdego. Dla tych rozmiłowanych w romantyzmie i dla tych, którzy lubią nieczułych facetów, niepewność co do losu poszczególnych bohaterów i brak żalu, gdy nagle któryś z nich ginie. Można płakać i śmiać się, doceniać owe rewelacyjne kreacje aktorskie i niezapomniane dialogi. Film jest tak skonstruowany, że fabuła nie zamyka się wyłącznie wokół trójkąta miłosnego, nie ma w tym obrazie także zbędnej słodyczy. Gdy bowiem dialogi popadają w sentymentalizm i dane nam jest usłyszeć prawdy ogólne, to bohaterowie nadal trzymają fason. Nie ma tu histerii, rozpaczy, cokolwiek się dzieje, oni grają – pozostają zimni, niedostępni, dystansują się do całej sytuacji. Jednocześnie widzimy, co czują, wiemy, co w danej chwili dzieje się z nimi w środku, a to, że owe emocje nie zostają rzucone w widza, sprawia, że film zachowuje styl i klasę, niedostępną dla większości współczesnych obrazków. Widz obecnie może płakać, bowiem bohaterowie wylewają potoki łez, mając przy tym oczy czerwone jak u królika (gdzie tu klasa?), krzyczą, cierpią tak mocno, wymuszają na odbiorcy empatię.

Casablanca poszła zupełnie inną drogą. Rick w wydaniu Bogarta to nie typ werterowski, a i Ilsa, w kreacji Bergman, nie jest naiwną, słodką dziewczynką. Są to postaci mające za sobą bolesną przeszłość, posiadające zobowiązania, postaci silne, fascynujące, bowiem nie dające się ostatecznie rozszyfrować. Aktorzy spisali się wyśmienicie. Bogart potrafi szereg emocji oddać jednym gestem, mimicznym grymasem. Rewelacyjna scena, gdy nie jest pewny co do tego, czy zostanie aresztowany, jedno porozumiewawcze spojrzenie, chwila grozy… uspokojenie… i powrót cynicznego uśmiechu. Wszystko to zamknięte w obrębie kilku sekund, a przedstawione z takim wyczuciem, że nic już nie trzeba dopowiadać. Kto dziś potrafi tak zagrać? Podobnie scena, gdy mówi swej kobiecie, że nie ma tak odległych planów, jak przyjście do niej w nocy – stoi odwrócony do niej plecami, zajmując się zupełnie czymś innym. Odprawia ją w sposób nad wyraz dżentelmeński, odsyłając do domu z prywatnym szoferem, osobiście urzeczonym tą kobietą, ale związanym bliżej ze swym pracodawcą…

casablanca4

– Kocham ciebie, ale on mi płaci.

Rick jest postacią, obok której nie można przejść obojętnie. Ostentacyjnie okazujący swe znudzenie, neutralność, kreuje swój wizerunek… a i tak każdy wie, jaki jest naprawdę.

– Cóż, Rick, nie tylko jesteś sentymentalny, ale stałeś się patriotą.

Ma szacunek zarówno wrogów, jak i przyjaciół. Wydaje się, że nie zależy mu ani na jednych, ani na drugich… i może dlatego im zależy na nim…

– Gardzisz mną?
– Gdybym cię w ogóle zauważył – pewno bym gardził…
(…)
– Wiesz, Rick, mam tu wielu przyjaciół, ale ponieważ ty mną pogardzasz… więc ufam tylko tobie.

Następne kreacje Bogarta nie były ani lepsze, ani gorsze. Powielał tę postać w kolejnych swoich filmach. Już na zawsze pozostał facetem, który fascynuje, bowiem dopuszcza do siebie tylko wybranych… a i tych łatwo potrafi później odtrącić, czy to z pobudek altruistycznych, czy egoistycznych. Jest oczywiście i Ilsa. Kobieta, która straciwszy męża, wdała się w paryski romans. Świetlaną przyszłość z Rickiem przekreślił fakt, że mąż powrócił. Zostawiła więc kochanka bez słowa… jest to kobieta silna i delikatna jednocześnie. Ciepła i urocza, w desperacji potrafiąca jednak odwołać się do argumentu w postaci pistoletu, wymierzonego w ukochanego… Warto zwrócić także uwagę na inne dwie postaci, z którymi Bogart spotkał się już chociażby w Sokole maltańskim – Sydney Greenstreet oraz Peter Lorre. Szefa policji zagrał natomiast niejaki Claude Rains, zawsze zwracający na siebie uwagę charyzmą, potrafiący wzbudzić zainteresowanie widza. Tu gra bohatera dość luźno traktującego swoje obowiązki, nadużywającego władzy… a jednak trudno nie darzyć go sympatią. Może wynika ona z faktu, że świetnie dogaduje się z Rickiem, w dziwny sposób bardzo wysoko ceni sobie jego przyjaźń…

Bohaterowie nie są jednoznaczni, charakteryzują ich wszelkie odcienie szarości, skrywają uczucia, poglądy, oszukują samych siebie. Na tle tej mozaiki ciekawie wypada Victor Laszlo, mąż Ilsy, grany przez Paula Henreida. Znacznie mocniej w mojej świadomości ten aktor zapisał się innym dziełem, z tego samego roku, mianowicie Trzema kameliami. W Casablance bowiem pełni w dużej mierze rolę statysty. Odcina się od reszty poprzez to, kim jest. A jest postacią czystą, człowiekiem honorowym, do końca oddającym się sprawie, w którą wierzy. Nie pasuje do Casablanki, miejsca, w którym tacy ludzie jak on nie mogą żyć. Symbolizuje to, co w ludziach najlepsze, ukazuje, że nadzieja nie umiera, że człowiek ma siłę, aby walczyć za to, co dla niego jest najważniejsze. Niknie gdzieś w tle i stanowi promyczek nadziei dla tych, którzy z tamtymi realiami musieli się zmierzyć…

Film się nie starzeje, jak już wspomniałam, ale nie można także próbować patrzeć na niego, oceniając go wyłącznie kryteriami współczesnymi. Chociażby przemowa Ricka, którą wyżej przytoczyłam, może wydawać się naiwna, patetyczna. Owszem, ale tylko wówczas, kiedy popełni się podstawowy błąd – zapomni, w jakich czasach Casablanca powstała. Odwołanie do cierpień świata przestaje być banalne, kiedy uświadomimy sobie, że w tym zawiera się holocaust, zawiera fakt, że właśnie na frontach ginęło wielu młodych ludzi, że wszystko dookoła było ruiną, a człowiek ulegał ostatecznemu odhumanizowaniu. Film Curtiza uciekł od propagandy, skoncentrował się na ludziach, trudno jednak byłoby umieszczając ich w konkretnej rzeczywistości, całkowicie odizolować od niej… Mimo to film Michaela Curtiza unika ukazywania wojny, na tyle, na ile to możliwe. Unika taniego sentymentalizmu i moralizatorstwa. Ludzie w barze Ricka funkcjonują w innym świecie. Dane jest im przez chwilę żyć normalnie, mogą być wdzięczni za problemy, jakie mają, za wszystko, co przegrają w ruletkę, za to, że mogą się upić i mieć pretensje do drugiej osoby. Tu ludzie są piękni, wspaniale ubrani, delektujący się dymem papierosowym. Rick ma rację – niczym są ich problemy wobec cierpień tych, którym wojna odebrała prawo do przeciętnego życia. Bohater rezygnuje z miłości swego życia, w tym jednak geście zawiera się więcej aniżeli poświęcenie.

Paradoksalnie, w ten sposób ocala to uczucie, ostatecznie rezygnując z egoizmu. Ona nie jest jedynie żoną innego mężczyzny. Jest żoną człowieka zasłużonego w walce z faszyzmem, jego wsparciem i przyjacielem. Wybór Ricka nie ma zatem wyłącznie konsekwencji osobistych. Stanowi jego mały wkład w walkę o wolność. Jest to doprawdy piękny gest, w czasach, w których idee osiągnęły dno, w których ludzie dokonali czynów, odbierających im prawo do nazywania się człowiekiem. Warto na ten gest spojrzeć właśnie przez pryzmat tamtej rzeczywistości. Wówczas nie odczuwamy żalu, a podziw. Coś zostaje uchronione, uratowane, mamy świadomość, że ta historia nie mogła skończyć się inaczej. Oni ocalili wspomnienia, które wcześniej przywoływały wyłącznie ból. Widz natomiast dowiaduje się, że miłość nie zawsze jest sprawą wyłącznie dwóch osób i poza tym uczuciem nic się nie liczy. To, co jest poza, właśnie je tworzy i sprawia, że zyskuje ono ponadczasowość i zapisuje się w sercach i umysłach kolejnych pokoleń.

Bądźmy szczerzy – ile to rozstań faktycznie pamiętamy? Ile jest filmów, które po obejrzeniu po prostu przemijają i za chwilę nie pamiętamy już o łzach bohaterów czy motywach, jakie nimi kierowały. Casablance udało się natomiast przetrwać, stać się dziełem kultowym, wyznaczającym kierunek dla wielu późniejszych filmów, które jednak stanowiły już tylko przeciętne kopie niezapomnianego arcydzieła …

Ostatnio dodane