CAFÉ SOCIETY. Życie jest komedią napisaną przez epigona #Cannes2016 | FILM.ORG.PL

CAFÉ SOCIETY. Życie jest komedią napisaną przez epigona #Cannes2016

Ciężko wybronić ten film i znaleźć argumenty przekonujące o tym, że świat go potrzebował. Café Society opiera się na banałach, a wieńczy go mało odkrywcza teza.




Życie jest komedią napisaną przez epigona




Miłosz Drewniak
12.05.2016


Lubię Allena, choć jego ostatnie dokonania sprawiły, że przestałem mu ufać. Mimo faktu, że charakter pisma tego reżysera zawsze był rozpoznawalny we wszystkich jego filmach, każdy z nich był dla mnie przeżyciem innego rodzaju, poruszał we mnie przeróżne emocjonalne struny (Annie Hall, Wszystko gra) lub zabawiał mnie swoją nietypową, często pastiszową formą (Zelig, Cienie we mgle). Niestety, twórczość Allena z ostatnich kilku lat zlewa mi się w jeden kolorowy obrazek, na którym widnieje ta sama para bohaterów. Zmieniają się tylko ich oblicza w zależności od gaży, którą trzeba zapłacić aktorom, i pstrokate tło obrazka, często zależne tylko od tytułu filmu (Vicky Cristina Barcelona, O północy w Paryżu, Zakochani w Rzymie).

Nowe dzieło Woody’ego Allena jest niestety kolejnym dowodem na to, że autorski idiom, który winien być dumą każdego reżysera, bardzo łatwo może zmienić się w autoepigonię. Dopiero niedawno odrobiłem seans wcześniejszego dzieła Nowojorczyka. Bardzo cenię Nieracjonalnego mężczyznę, gdy jednak zacząłem analizować ten film i zadawać sobie pytanie, dlaczego przypadł mi do gustu, doszedłem do ciekawych wniosków. Otóż Woody Allen po raz pierwszy od ośmiu lat (od czasu Snu Kasandry) zrobił kryminał. I to wystarczyło. Otrzymałem coś, czego dawno nie widziałem: romansowy kryminał od Allena, bez krzykliwej maniery. Ten karłowaty Nowojorczyk zdecydowanie za często karmi swoją widownię – myślałem sobie – i to jeszcze tą samą paszą. Wczoraj w Cannes zrobił to ponownie.

cafe-society

Café Society – wybrany jako film otwarcia festiwalu – opowiada historię Jamesa (Jesse Eisenberg), chłopca z Bronxu, który w latach 30. przybywa do Los Angeles w poszukiwaniu pracy. Wkrótce zakochuje się w sekretarce swojego wujka – hollywoodzkiego magnata (Steve Carell) – który zatrudnia go jako chłopca na posyłki. Okazuje się, że wspomniana sekretarka (Kristen Steward) jest nie tylko jego sekretarką (if ju noł łat aj min). Żaden z adoratorów nie ma pojęcia o tym drugim, natomiast dziewucha ma zagwozdkę, bo kocha obu.

Ciężko wybronić ten film i znaleźć argumenty przekonujące o tym, że świat go potrzebował. Café Society opiera się na banałach, a wieńczy go mało odkrywcza teza, że niektóre uczucia się nie zmieniają. Co się stało z Allenem, pytam się, który na tak skomplikowane tematy jak relacje kobiet z mężczyznami wypowiada się w sposób równie błyskotliwy, co zabawny, posługując się przy tym pomysłowymi konceptami (jak w scenie z Annie Hall, w której zaczepia parę szczęśliwych pustaków i pyta o sekret dobrego związku). W Café Society w relacjach damsko-męskich nie ma nic skomplikowanego, nawet dla tak aspołecznego (choć to może zbyt mocne określenie) bohatera jak James, a jedyny konflikt scenariuszowy zamyka się w haśle pod tytułem „ona ma innego”, wyjętym żywcem z podręcznika dla domorosłych scenarzystów. I choć wszystkie molierowskie z ducha sytuacje qui pro quo (w których James odnosi się do chłopaka Theresy nie wiedząc, że to w rzeczywistości jego wujek i vice versa) są naprawdę zabawne, a zwroty akcji angażujące i świetnie wykalkulowane, scenariusz cierpi na brak wyrazistego rozwiązania. Nie tyle mocnej puenty, co puenty w ogóle. W Café Society koniec wcale nie wieńczy dzieła, co akurat w tym przypadku stanowi ogromny minus.

Wszystko to sprawia, że nawet głupoty, takie jak stylowa czcionka allenowskiej czołówki, albo płynący przez film charakterystyczny jazzik, zaczynają wkurzać nawet wiernych wyznawców Woody’ego Allena.

„Życie jest komedią napisaną przez sadystę” – mówi w filmie jeden z bohaterów. Pamiętając, że sam reżyser pełni tutaj funkcję werbalnego narratora, możemy spokojnie założyć, że kwestia ta ma charakter autotematyczny – mówi o demiurgu, którego teksty nie są bardziej szalone od prawdziwego życia. Czy będę bardzo złośliwy, jeśli stwierdzę, że banał codzienności wkrada się Woody’emu na karty niektórych scenariuszy jako efekt uboczny?

I choć mówiło się niegdyś o Woodym Allenie, że robi kino ważne, o tak zwanych ważnych rzeczach, nawet mimo faktu, że przypięto mu łatkę reżysera komediowego, jego późna twórczość z biegiem lat zdaje się zmierzać donikąd. Café Society można by opatrzyć jednym przymiotnikiem, który mówi o nim właściwie wszystko: sympatyczny. Nowy film autora Manhattanu jest sympatyczną komedyjką, choć pewnie bardzo chciałby – znając ambicje reżysera – uchodzić za coś więcej.

Miłosz Drewniak

Miłosz Drewniak

Rocznik ’91, czyli wychował się na filmach z Indianą Jonesem i chyba dlatego nie lubi w kinie smętnego bergmanowania. Skończył polonistykę we Wrocławiu, broniąc pracy na temat słowa w filmach Quentina Tarantino. Na stałe związany jest z film.org.pl, ale publikował też na łamach portalu Noir Café i rocznika naukowego „Studia Filmoznawcze”. Top (bez szczególnego porządku): "Zezowate szczęście", "Popiół i diament", "Słodkie życie", "Osiem i pół", "Do utraty tchu", "Fargo", "Big Lebowski", "Pulp Fiction", "Złap mnie, jeśli potrafisz", "Dogville".
Miłosz Drewniak






  • Jeszcze 10 lat temu Allena uwielbiałem bezkrytycznie. Nawet obniżenie lotów w postaci „Melinda i Melinda”, „Anything Else” nie mogło wpłynąć na to, że to były po prostu dobre filmy. Kłopot chyba w tym, że oczekujemy głośnych arcydzieł, a na to Allena już nie stać, a przynajmniej nie stać go na regularność. Od końca lat 90. jedynie co 3-4 film jego autorstwa przebija się bardziej, znaczy więcej, pachnie lepiej – Słodki drań – Match Point – Vicky – Paryż – Blue Jasmine. A pomiędzy nimi 12 filmów, które nie znaczą prawie nic. Są dobre, są typowo allenowskie, więc kto lubi, ten ma pociechę, choć to bardziej na zasadzie smaku dobrze znanego kotleta niż zaskoczenia zaserwowanym daniem. Biorąc pod uwagę tendencję to na 2017 rok Allen przygotuje coś lepszego niż 3 ostatnie obrazy :)

    • Dawid Myśliwiec

      A ja to w sumie życzyłbym sobie, żeby więcej reżyserów tak „obniżało loty” – żadnym z filmów Allena tak naprawdę się nie zawiodłem, a „Poznasz przystojnego bruneta” albo czy zwłaszcza „Co nas kręci, co nas podnieca” uważam za wysoce niedocenione dzieła, dużo lepsze niż np. moim zdaniem trochę przereklamowane „Vicky Cristina Barcelona”. Tyle że po prostu Woody kręci tych filmów bardzo dużo – od 1982 r. regularnie co mniej więcej 12 miesięcy mamy premierę nowego Allena. Dla jednych to zbyt wiele, dla mnie w sam raz, bo moim zdanie składa się to na pewnie korpus jego dzieł i pewnie wkrótce zaczną pojawiać się prace analizujące podobieństwa pomiędzy np. „Magią w blasku księżyca” a „Purpurową różą z Kairu”. Rzekłem :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

4 [kino rosyjskie]

Następny tekst

SIERANEVADA. Nowy film Puiu #Cannes2016



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE