nowości kinowe

Bone Tomahawk

Gdyby Cormac McCarthy był reżyserem… Rewelacyjny debiut S. Craiga Zahlera, w sposób zaskakujący łączący western z horrorem.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Czterech jeźdźców

Kurt Russell wrócił! Właściwie to nigdy nie odszedł, po prostu grał coraz rzadziej, w produkcjach niekoniecznie trafionych. Zeszły rok jednak może uznać za jeden ze swoich najlepszych. Pojawił się w kolejnej odsłonie przebojowych Szybkich i wściekłych, a na ekrany kin właśnie trafia Nienawistna ósemka Quentina Tarantino, który to film, już z samego faktu, kto jest jego reżyserem, zainteresuje kinomanów na całym świecie. Ale największym sukcesem aktora może być jego udział w produkcji tak niszowej, że nie zahaczyła ona o większość kin na całym świecie. Bone Tomahawk to brutalny western o niezbyt skomplikowanej fabule, za to z finałem, który zadowoli zwłaszcza fanów krwawych horrorów. Debiut S. Craiga Zahlera łączy te dwa gatunki w sposób zaskakujący, ale bardziej od efektownego ukazania krwawej jatki interesuje go kontemplacja nad brutalnością i pytanie o jej zasadność.

W prologu widzimy dwóch morderców i złodziei, którzy po jednej ze swoich akcji, zaniepokojeni odgłosami zbliżających się ludzi, salwują się ucieczką. Trafiają na coś, co wygląda jak cmentarzysko Indian i zamiast je ominąć, postanawiają skrócić sobie drogę, przechodząc przez nie. Dla jednego z nich kończy się to śmiercią, gdy po chwili w jego krtań wbija się strzała. Drugiemu udaje się zbiec. Po kilku dniach trafia do niewielkiego miasteczka, ale swoich dziwnym zachowaniem niepokoi szeryfa Hunta, który przestrzeliwuje mu nogę. Do rannego zostaje wezwana pani doktor, lecz oboje, wraz z zastępcą szeryfa, zostają wkrótce porwani przez plemię Indian – kanibali. Mąż kobiety, Hunt, jego rezerwowy zastępca oraz zawodowy zabójca czerwonoskórych formują zespół, który postanawia odbić uprowadzonych.

Bone-Tomahawk-kurt-russell

Oto film, w którym szczegóły mają znaczenie i dlatego też starałem się opisać punkt wyjścia jak najdokładniej. Piszę „punkt wyjścia”, choć w momencie, gdy mężczyźni wyruszają na ratunek, mija dobre czterdzieści minut filmu.

[quote]Reżyser nie spieszy się z akcją, woli wpierw poobserwować swoich bohaterów, tak abyśmy wyrobili sobie o nich zdanie, zanim wsiądą na siodło i pojadą w nieznane.[/quote]

Arthura O’Dwyera (świetny Patrick Wilson, choć w najmniej efektownej roli z całego aktorskiego kwartetu) pcha determinacja, aby uratować żonę, pomimo faktu, że ma on złamaną nogę. Szeryf Hunt (oczywiście Russell) charakteryzuje się spokojem i mądrością. Chicory nie należy do najbardziej lotnych ludzi, wielki z niego gaduła, ale poczuwa się do obowiązku wzięcia udziału w pościgu jako rezerwowy zastępca. Gra go Richard Jenkins i jest to chyba najbardziej wyważona kreacja w filmie, zważywszy na prostotę jego bohatera. No i John Brooder (najlepsza rola Matthew Foxa w karierze), wyniosły elegant i zimny profesjonalista, który strzela najszybciej i najcelniej.

Przyznam, że Bone Tomahawk zaskoczył mnie właśnie sylwetkami bohaterów oraz tym, jak dużo czasu reżyser i scenarzysta poświęca, abyśmy zobaczyli w nich dużo bardziej skomplikowane postaci niż początkowo sądzimy. Właściwie to cały film jest tylko o nich; o wyprawie, która tych ludzi nie tyle łączy, ile sprawia, że dostrzegają różnice między sobą. A te przejawiają się nie tylko w ubiorze oraz sposobie wysławiania się, ale i zasadach, jakie wyznają, oraz całkiem innym rozumieniu moralności. Zderzenie ich charakterów wydaje się równie fascynujące co misja, jakiej się podejmują. Gdyby tylko wiedzieli, co czeka ich na końcu tej drogi.

Bone-Tomahawk-Trio

[quote]Oglądanie filmu Zahlera jest dziwnym doświadczeniem. Ma się wrażenie, jakby twórca cofnął się w czasie, aby zarejestrować autentyczną wyprawę tych ludzi.[/quote]

Brak tu zbędnych ozdobników, muzyka jest praktycznie nieobecna (choć pieśń na napisach końcowych jest warta każdych nagród), a podczas pościgu częściej widzimy bohaterów, gdy siedzą przy ognisku, niż gdy jadą. Tempo może zniechęcić niektórych widzów do kontynuowania seansu, lecz reżyser wydaje się tym nie przejmować. Jest konsekwentny w swojej wizji i stylistyce. I to działa, na podobnej zasadzie co książki Cormaca McCarthy’ego – dzięki swojej surowości zmuszają czytelnika do skupienia, jednocześnie urzekając minimalizmem stylu, który jeszcze bardziej przybliża nas do okrucieństwa, jakim charakteryzują się bohaterowie. Zehler jest równie blisko niekończących się rozmów między bohaterami, co rozrywaniu ciała na pół. W obu przypadkach testuje tolerancję widza, choć ten już po pierwszej scenie, gdy bohater grany przez Davida Arquette’a próbuje poderżnąć gardło ofiary tępym nożem, powinien wiedzieć, czego może się spodziewać.

Nie jest to film dla ludzi słabych nerwach i żołądkach, choć reżyser nasyca go sporą dawką humoru. Ponownie bierze się on przede wszystkim z różnic charakterów głównych bohaterów. Śmieszy zwłaszcza Chicory w swoich staraniach, aby wyjść na mądrzejszego, niż jest w rzeczywistości. Natomiast nonszalancja, z jaką obnosi się Brooder, jest aż nadto zauważalna – nawet jego koń wygląda lepiej niż wierzchowce innych. Burmistrz ich miasteczka jest figurantem, którego żona w rzeczywistości sprawuje władzę. Pianista w barze męczy się po dwóch zagranych utworach, domagając się za trzeci więcej pieniędzy i whisky na zachętę. Do tego dochodzą wspaniale rozpisane dialogi, jakby żywcem przepisane z życia. Jestem zbyt próżny, by być kaleką – i po takiej kwestii wiemy o bohaterze wszystko, co powinniśmy, a przy okazji urasta on w naszych oczach za tę samoświadomość.

Bone-Tomahawk-Patrick-Wilson

Debiut Zehlera można traktować w dwojaki sposób. Jako pochwałę ludzkiej bezinteresowności, która sprawia, że czterech różnych mężczyzn łączy siły, aby ocalić żonę jednego z nich. Ale także jako obraz męskiej głupoty, pchającej ich do samego piekła – nieprzypadkowo taki oto zarzut słyszymy w samym finale. Reżyser duma nad przemocą obecną w ich życiu, pyta, czy jest ona zasadna, czy nie. O’Dwyer i Chicory stoją na straży moralności, krytykując co bardziej krańcowe decyzje swoich towarzyszy. Hunt nie jest orędownikiem brutalności, choć nieobce jest mu załatwianie sporów, strzelając podejrzanym w nogę. Być może gdyby inaczej postąpił z nieznajomym na początku filmu, nie doszłoby do żadnego porwania. Brooder uznaje tylko prawo rewolweru, ale często to właśnie on wydaje się mieć rację. Twórca usprawiedliwia nawet najgorsze czyny swoich bohaterów, bo i tak bledną one przy nieludzkim okrucieństwie tych, z którymi mają się zmierzyć. Ale jest to przyzwolenie tymczasowe, co potwierdza końcowy gest wyrzucenia kamienia przez jednego z bohaterów.

Jest to western niezwykły. Ma w sobie zrozumienie bohaterów jak u Johna Forda, ascetyzm charakterystyczny dla prozy Cormaca McCarthy oraz brutalność rodem z włoskich horrorów o kanibalach. A przy okazji nie można odmówić Bone Tomahawk liryzmu. Bierze się on przede wszystkim ze zrozumienia swoich bohaterów i epoki, w której przyszło im żyć, czyli czegoś, na co wielu współczesnych twórców w ogóle nie zwraca uwagi. Dzięki tej cesze nie mogę się doczekać kolejnego filmu Zahlera, bez względu na to, czy będzie to western czy nie.

BoneToma2-1024×576

Jeszcze słowo o Russellu. Oczywiście to on jest gwiazdą filmu, a jego postać przywodzi oczywiste skojarzenia z granym przez niego w Tombstone szeryfem Wyattem Earpem. Na twarzy aktora widać wiek – zmarszczki, jeszcze bardziej przymrużone oczy niż zwykle – ale to nadal ten sam człowiek, który dawno temu zagrał Snake’a Plisskena, potem walczył ze zmiennokształtnym kosmitą na Antarktydzie, był najodważniejszym ze wszystkich strażaków, jakich widziało kino i jako jeden z niewielu (a może i nawet jedyny) przeżył Stevena Seagala. Również w Bone Tomahawk staje na wysokości zadanie. Tak, jest starszy, mniej szalony i nie tak żwawy jak dawniej, ale gdy przychodzi się zmierzyć z plemieniem zwyrodnialców, to właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Ostatnio dodane