BODY/CIAŁO - recenzja | FILM.ORG.PL

BODY/CIAŁO

Wyszukana strona formalna nie zasłoni czarno-białego rysunku postaci.




Kalkulacja i artyzm




Maciej Niedźwiedzki
07.03.2015


Bezimienny prokurator śledczy (Janusz Gajos) to radykalny materialista. Dla niego istnieje tylko świat fizyczny ten, który da się racjonalnie wytłumaczyć. Wszystko odbiera i interpretuje wyłącznie na tej płaszczyźnie. W życiu tyle doświadczył, że przestał mieć wątpliwości co do istoty rzeczy i ludzi. Śmierć to umieranie ciała. Z drugim człowiekiem nie wiążemy się za sprawą potrzeby ducha, ale potrzebą dotyku. To jedyna wymierna wartość. Buduje ona i scala ten świat. Gdy kogoś tracimy, to brakuje nam fizycznej obecności tej osoby. Obracamy się jedynie wśród materii, która nas definiuje i ustanawia granice. Człowiek to obiekt-przedmiot jak każdy inny. Trochę bardziej skomplikowany, ale wciąż mechanizm napędzany trybikami i kołami obrotowymi. Przed kilkoma laty prokuratorowi zmarła żona, jego córka – Olga (Justyna Suwała) – zaczęła wtedy poważnie chorować na anoreksję – chorobę objawiającą się przecież w gwałtownej metamorfozie ciała. Jej reakcja na stratę matki jest w oczach prokuratora wytłumaczalna. To biologiczny i fizyczny bunt, próba wyparcia wydarzeń sprzed lat.

Olga uczęszcza na rehabilitacyjne zajęcia dla anorektyczek prowadzone przez Annę (Maja Ostaszewska) – spirytualistkę, po godzinach pracy spełniającą się jako medium. Anna żyje jedynie duchem, jej zdaniem świat przenika metafizyka. Zmarli pozostają przy nas, ich obecności nie można lekceważyć. Nawet więcej, należy się z nimi komunikować i śledzić ich ingerencję w nasze doczesne życie. Anna chowa swoje ciało pod warstwami ubrań, by stłumić swoją cielesność. W Body/Ciało ta trójka bohaterów będzie się ze sobą zderzać, kłócić i konfrontować.

b

Tytuł filmu od razu podpowiada, że reżyserka będzie przeprowadzać obserwację behawioralną. Szumowska stara się opowiedzieć o człowieku przez pryzmat przemian ciała. Ulokować je w względem otaczających nas prozaicznych przedmiotów oraz dominującej miejskiej przestrzeni. W ten sposób swoją egzystencję odbiera prokurator. Od tej wizji ze wszystkich sił stara się uciec Anna. Body/Ciało opiera się niestety na zero-jedynkowym podziale charakterów. Bohaterowie mają ukształtowane światopoglądy i niechętni są je zmieniać. Chwilami delikatnie eksperymentują, ale głównie po to, by utwierdzić się we własnym przekonaniu. Innym razem, by udowodnić drugiej stronie, jak bardzo się myli. Prokurator i Anna oddani są swoim hierarchiom wartości. Są ponad to niezwykle sceptycznymi wobec aktualizacji i zmian. Szumowska urozmaica portrety psychologiczne bohaterów za sprawą ich niekonsekwencji w postępowaniu. Purytanka – Anna zatrzyma się na chwilę, by podejrzeć całującą się namiętnie parę. Sama nie doświadcza tego w życiu, więc zobaczy, jak robią to inni. Prokurator zawiesi niewiarę i zweryfikuje, czy mistycyzm ma sens. To dość proste rysunki postaci. Reprezentują postawy ideologicznie odległe od siebie w stopniu tak dużym, że z filmu uchodzi dramatyczny ciężar, a pojawia się farsa – miejscami niewątpliwie trafiona. Zajadły konflikt dwóch wykluczających się dyskursów zastępuje pyskówka i rzucanie pojedynczymi hasłami.

Anna i prokurator wydają się stać po dwóch stronach przepastnego kanionu. Krzyczą coś do siebie, ale mocno wiejący wiatr nie pozwala im dosłyszeć argumentów. Mam wątpliwości, czy taki był plan Szumowskiej. Ten cynizm względem obu stron mógł wkraść się niepostrzeżenie w materię filmu. Poważne i ambitne Body/Ciało reżyserka czasami przeplata dowcipem. Zaznacza tym samym swój dystans do tematu, spuszcza powietrze z wysublimowanej (nawet „artystowskiej”) strony formalnej. Szumowska wystawia rachunek bezwzględnemu materialiście i uduchowionej spirytualistce. Jednak moim zdaniem zachodnia kultura wyczerpująco rozliczyła się z jedną i drugą postawą. Ostatnio Ulrich Seidl w trylogii cnót zmierzył się z tą samą tematyką w znacznie prawdziwszy i boleśniejszy sposób. Z zajadłością i ogromną energią Paul Thomas Anderson zderzył ze sobą podobnie skontrastowane postaci w Aż poleje się krew. U Szumowskiej panuje chłód. Odczujemy go w relacjach między bohaterami, jak również w stosunku reżyserki do przedstawionego świata. Oglądamy więc jej film jak przez filtr, który tłumi bijące w postaciach serca, spowalnia tętno i gasi w ich oczach życie.

b

W Body/Ciało widzę za dużo udawania: sztucznego podnoszenia dramatyzmu i rozładowywanie go niepotrzebnym bądź nietrafionym cynizmem. Fałszywa jest dla mnie również strona realizacyjna. Jest ona na siłę Europejska, Artystyczna, Ambitna, Ascetyczna, Niehollywoodzka, Lakoniczna i Statyczna. Rozumiem, że kino starego kontynentu bardzo chce się odróżnić od produkcji napływających do nas z Ameryki. Stara się być więc osobne  proponuje innego rodzaju doświadczenie estetyczne. Temu dyktatowi poddała się Szumowska kręcąc festiwalowy film w festiwalowy sposób. Oczywiście nie pierwszy raz. Jednak w 33 scenach z życia czy w W imię… wierzyłem w szczerość jej intencji. Był to dla mnie wciąż jej styl, w ten sposób wyrażała swoją autorską kreskę. Tym razem jest za dużo wyrachowania.

Wyszukana strona formalna ma zasłonić czarno-biały rysunek postaci. Zdjęcia maskują banalność tekstu, kamera oddalona od postaci ma nadać im aurę nieokreśloności, ale jedynie maskuje ich jednowymiarowość. Lakoniczne dialogi nie zagłuszają pustosłowia i rozmów donikąd. Dokładnie te same zastrzeżenia mam względem Idy. W obu filmach niebanalna forma ma nas zmylić i odwrócić uwagę od sensu opowieści, od pozostałych części składowych. Łatwo się na to nabrać i wyjść z kina z przeświadczeniem obcowania z sacrum. Body/Ciało jest dla mnie filmem wykalkulowanym i podejrzanym, ale prowokującym jednak do kreatywnej dyskusji dotyczącej jego natury. Pozostaje więc krępujące pytanie: czy przypadkiem nie tego oczekujemy od kina?

korekta: Kornelia Farynowska

Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki

W KMF od 2013 roku. Uwielbiam filmy Martina Scorsese i animacje Pixara. Interesują mnie europejskie filmy festiwalowe, animacje z całego świata i oczywiście wysokobudżetowe filmy amerykańskie (wyłączając produkcje Marvela, których nie lubię i nie rozumiem). Trzy najlepsze filmy w historii kina to "Ojciec Chrzestny II", "Brokeback Mountain" i "Wściekły byk".
Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • ken

    A podobno najlepszy film Szumowskiej i film który może osiągnąć sukces Idy. Ostatni akapit mówi wszystko co trzeba :)

  • steppenwolf1982

    „Body” jeszcze nie widziałem, ale co do „Idy” to rzeczywiście można się zgodzić – mój podstawowy zarzut wobec tego filmu to jego powierzchowność w potraktowaniu tematu i portretowaniu ludzi – artystyczne zdjęcia i wykalkulowany formalizm mają stwarzać pozory szlachetnej prostoty, a tak naprawdę wydaje mi się to mało wyrafinowanym asekuranctwem, brakiem zdecydowania o czym chce się opowiedzieć.

    A przecież mieliśmy niedawno choćby takiego „Foxcatchera” – film minimalistyczny, niemal pozbawiony słów, a który zachwyca reżyserską perfekcją, konsekwencją i świadomością użytych środków.

    • wiesz. Podobnie jak Ty myślałem o „Foxcatcherze” pisząc tą recenzję. Zgadzam się całkowicie z Tobą. To film rzeczywiście „film minimalistyczny, niemal pozbawiony słów, a który zachwyca reżyserską perfekcją, konsekwencją i świadomością użytych środków.” :) Zastanawiałem się, czy nie porównać go w kontrze do „Body/Ciało”, ale już powołałem się na Seidla i na Andersona i uznałem, że wystarczy. Wolę punktować film za to jakim jest, a nie za to, czego w nim brakuje.

  • Kazik

    Wspaniała, rzeczowa recenzja. Jedna z lepszych jakie czytałem w ogóle. Nie tylko w tym serwisie. Super.

  • Wzruszony

    Byłem jednym z krytyków Maćka, ale naprawdę WIDAĆ pozytywną zmianę w stylu, jakości przemyśleń itp. Tak trzymać! W życiu bym się tego nie spodziewał, a ta recenzja to dowód czarno na białym, że nie warto nikogo skreślać zbyt wcześnie ;P

  • Mefisto

    [sugerowany nowy akapit] rulez :)

  • megalopsychos

    Piszesz pod koniec: „W obu filmach niebanalna forma ma
    nas zmylić i odwrócić uwagę od sensu opowieści, od pozostałych części
    składowych. Łatwo się na to nabrać i wyjść z kina z przeświadczeniem obcowania
    z sacrum.”

    Rozumiem, co masz na myśli, piszesz to dość jasno, nie mogę
    jednak zgodzić się z perspektywą Twojego poznania. Chodzi o ukryte założenia –
    że się tak przesadnie wyrażę – epistemologiczne. W słowach „zmylić” i
    „odwrócić” zawarta jest nie tylko ocenia filmu, ale pewne ustalenia
    dotyczące „prawdziwej” warstwy filmu. Otóż, nie ma żadnej
    „prawdziwej” warstwy, lepszej bądź gorszej. Wszelkie formy – zdjęcia,
    światło, montaż – nie służą ukrywaniu „treści”, lecz jej wydobywaniu, ale to
    słowo też jest złe, gdyż nie ma treści do wydobycia, bez tych form. To one
    niejako budują treść. Mogłoby się oczywiście wydawać odwrotnie, bo przecież
    wcześniej istnieje scenariusz, a w nim opis scen i dialogi, a jednak – to tylko
    scenariusz, jeszcze nie film, i w pewnym zakresie nie ma znaczenia, co tam jest
    napisane. Z tego względu właśnie zupełnie odwrotnie oceniam Idę: nie próbuję w
    ogóle oddzielać treści od formy – to jest po prostu bez sensu. Można przecież
    pokazać złożoną prawdę „jedynie” za pomocą sugestywnych światło-cieni. W Idzie
    na przykład jest jedna, dla mnie, genialna scena, w której bohaterka-sędzina, w
    trakcie rozprawy, na czarnym tle z lodowatą miną przechyla na bok głowę.
    Przecież nic nie mówi, scena trawa trzy-cztery sekundy, a jednak daje wiele do
    zrozumienia. Błąd może „co najwyżej” polegać na tym, że złe formy oddalają od
    siebie uwagę, nie są wiarygodne tak mocno, że każą szukać gdzie indziej, czyli
    w imaginowanej treści. Ciekawe jest to, że w przypadku dobrego filmu dzieje się
    jak gdyby to samo: dobre formy także zwracają ku treści, ale inaczej. W obu
    jednak przypadkach teść jest czymś nierozerwalnym z formą, dobrze to widać za
    każdym razem, gdy sobie opowiadamy (załóżmy, że doskonale) jakiś film albo
    czytamy bryk zamiast lektury: za każdym razem poruszamy się tylko po
    powierzchni niewiele wiedząc bez przeczytania lub obejrzenia.

    Napisałeś, że „łatwo się nabrać” – toż to właśnie na tym
    polega, by się nabrać, bez tego nie ma filmu! Bez nabierania się nie ma sztuki! Ja się na Idzie z przyjemnością „nabrałem”, szczególnie dzięki subtelnemu przekazowi, prostocie i oszczędności „wyjaśnień”.
    Co do „sacrum”: o wiele bliżej do niego bez wyczerpujących opisów i dialogów i
    to reżyser Idy doskonale zrozumiał. Sacrum i prostota idą w parze. Gdy tylko
    komplikujemy przekaz stajemy się dokumentalistami naturalizmu – zaprzeczenia sacrum.

    • hej, dzięki za tak wyczerpujący komentarz :). Masz rację, że oddzielanie od siebie formy od treści jest trochę bezzasadne, bo jedno oddziałuje na drugie, obie są równoprawnymi nośnikami informacji. Jednak mimo wszystko „Ida” jak mało który film rozpadł mi się na te dwa kawałki. Z jednej strony w pamięci pozostały mi wspaniałe, wręcz nowatorskie, warte wszystkich nagród świata zdjęcia, a z drugiej nie potrafiłem zaakceptować jaskrawości tych postaci, tego banalnego kontrastu.

      Ah, mi też została w głowie jedna scena. Ta, gdy Kulesza wstawiona leży na łóżku i porównuje siebie do Marii Magdaleny. Tak, by widz nie miał żadnych wątpliwości, że obcujemy z grzesznicą. By złapał to, jakże mało wyszukane, porównanie. By nawet nie zastanawiał się nad czymkolwiek innym. W banalny, wręcz prostacki sposób Pawlikowski sugeruje mi co mam myśleć. Ten film operuje nieznośną dla mnie retoryką i skrótami.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Druga szansa

Następny tekst

CO ROBIMY W UKRYCIU



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE