nowości kinowe

Blue is the Warmest Colour (prosto z Cannes)

Tunezyjczyk stworzył film więcej niż dobry, ale wszelkie wzmianki o arcydziele wydają mi się być grubą przesadą.

Autor: Filip Jalowski
opublikowano

Po premierze „Blue is the Warmest Colour” wielu krytyków z miejsca okrzyknęło film arcydziełem. We wszelakiego typu canneńskich rankingach nieustannie pojawia się on w czubie listy kandydatów do głównej nagrody. W trakcie konferencji odbywającej się po filmie Kechiche zauważył ten entuzjazm i prosił dziennikarzy o to, aby nie zapeszali jego szans i okryli milczeniem spekulacje na temat potencjalnego zwycięstwa. W moim osobistym odczuciu Tunezyjczyk stworzył film więcej niż dobry, ale wszelkie wzmianki o arcydziele wydają mi się być grubą przesadą. „Blue is the Warmest Colour” to z całą pewnością najodważniejsza produkcja w konkursie głównym. Czy najlepsza? Śmiem wątpić.

W trakcie trzech godzin seansu reżyser wprowadza nas do świata Adele, czyli młodej Francuzki, która właśnie wchodzi w dorosłe życie (alternatywny tytuł filmu to „Życie Adel – rozdział 1 & 2”). Wraz z końcem szkoły średniej dziewczyna zaczyna coraz bardziej skupiać się na swojej seksualności. Stosunek z jednym z kolegów okazuje się być niewypałem, który zostaje całkowicie przyćmiony przez prosty pocałunek złożony na ustach Adele przez jedną z najlepszych przyjaciółek. Od tego momentu bohaterka, z dużą nieporadnością oraz mieszanką przerażenia i niepewności w oczach, zaczyna poszukiwać partnerki, która mogłaby potwierdzić lub obalić jej fantazje dotyczące współżycia z kobietą. Bary dla lesbijek okazują się być wyprane z uczuć i delikatności, które stanowią dla Adele niezwykle ważny czynnik związku (seksualnego również). Ostatecznie, na jej drodze staje Emma (Lea Seydoux). Znajomość szybko zaczyna przeradzać się w coś więcej.

W centrum opowieści Kechiche przez cały czas znajduje się Adele. Widz obserwuje rzeczywistość z jej perspektywy. Siła filmu opiera się na zagubieniu postaci, która w ciągu trzygodzinnej projekcji przechodzi przyspieszoną lekcję z dorastania. „Blue is the Warmest Colour” nie jest jednoznaczne. Nie mamy do czynienia z sytuacją, w której Seydoux pojawia się na horyzoncie niczym anioł i staje się dla Adele nauczycielką oraz uosobieniem dóbr wszelakich. Kechiche buduje film na ambiwalencji. Uczucie łączące obie kobiety przez cały film pozostaje ciężkie do zdefiniowania. Widz nie wie czy chodzi jedynie o udany seks oraz emocjonalną więź, która jest z nim związana, o przyjaźń czy też o miłość. A może chodzi o wszystko po trochu?

A jeśli już mowa o seksie, to ten jest w filmie Tunezyjczyka pokazany niezwykle dosłownie. W opowieści o Adele nic nie dzieje się za zasłonami. Niektóre sceny stosunków są celowe przeciągane, widz jest zmuszony do patrzenia, podglądania. Adèle Exarchopoulos oraz Lea Seydoux całkowicie odkrywają się przed publicznościa i tworzą na ekranie niezwykle przekonywującą relację. Sceny ich zbliżeń aż kipią od emocji i namiętności. Aż nie chce się wierzyć, że to wszystko jest jedynie zagrane. Exarchopoulos zdecydowanie należy się nagroda dla najlepszej aktorki festiwalu.

„Blue is the Warmest Colour” nie otwiera jednak żadnych nowych dyskusji. Wydaje mi się, że to, co zostało w nim powiedziane na temat dorastania do związku z drugą osobą, homoseksualizmu, czy po prostu wkraczania w życie, nie jest niczym oryginalnym. To doskonale zrealizowana oraz zagrana historia konkretnej jednostki – tylko tyle i aż tyle. Kechiche zapowiada kolejne części „Życia Adele”. Czekam na nie z niecierpliwością. Może jeszcze przyjdzie czas na arcydzieło.

P.S.

Adèle Exarchopoulos wygląda w tym filmie przepięknie, rozkwita z każdą jego minutą. Może być zatem „Blue is the Warmest Colour” traktowany jako przeżycie czysto estetyczne!

Ostatnio dodane