nowości kinowe

Blood Ties (prosto z Cannes)

Film szczególnie dla tych, którzy tęsknią za dobrą, porządnie zrealizowaną i znakomicie opowiedzianą historią o rodzinie, honorze, śmierci.

Autor: Karol Baluta
opublikowano

Ameryka, lata 70.

Kino nie rozpieszcza miłośników dobrych, czystych gatunkowo dramatów gangsterskich. Guillame Canet – słynny francuski aktor a także reżyser (choćby dobre „Nie mów nikomu”) chyba doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Jego film, napisany wspólnie z Jamesem Grayem („Królowie nocy”) to prawdziwa gratka dla tych, którzy lubią dobre kino o policjantach i złodziejach.

„Blood Ties” to remake francuskiego „Les Liens du sang”, lecz trudno mi powiedzieć jak wiele pozostało z oryginału, bo film Caneta jest na wskroś amerykański: całość dzieje się w Nowym Jorku lat 70-tych, bohaterowie jeżdżą klasycznymi amerykańskimi wozami, a cała obsada to ścisła czołówka znakomitych jankeskich aktorów. No i cała historia ma posmak klasycznego kina made In USA. „Blood Ties” opowiada historię dwóch braci – Franka i Chrisa. Chris (Clive Owen) dopiero wyszedł z więzienia po wieloletniej odsiadce za morderstwo, Frank (Billy Crudup) to z kolei gliniarz z zasadami. Braci łączy skomplikowana więź, odwieczna mieszanka miłości i nienawiści (podsycanej przez jakże różny stosunek obu do zbrodni). Kiedy więc Chris – trochę z braku perspektyw, trochę z własnego pociągu do przestępczości – powoli wraca na „złą drogę”, uczucia Franka w stosunku do brata zostaną wystawione na poważną próbę.

Historia, jak widać, klasyczna jak to tylko możliwe. Dwóch braci znajduje się więc po dwóch stronach barykady, a konflikt z cyklu „rodzina a łatwa kasa” nakręca się z każdą chwilą prowadząc do udanego, choć nieco przewidywalnego finału. O wszelkich kliszach filmu zapomina się jednak szybko, bo sama opowieść jest poprowadzona sprawnie, z dbałością o realizm relacji między postaciami (Crudup i Owen jako bracia są bardzo przekonujący a ich wątek poprowadzony po mistrzowsku) i odpowiedni klimat Stanów lat 70-tych, podsycany przez dobre zdjęcia i świetny soundtrack. Wrażenie robi też obsada: oprócz wspomnianych Owena i Crudupa mamy tu Zoe Saldanę, Marion Cotillard, Milę Kunis, Jamesa Caana (w roli nestora rodu), Lili Taylor, Noah Emmericha, czy znanego z „The Wire” Domenicka Lombardozzi – same znakomite nazwiska w dobrych, charakterystycznych rolach. Szczególne wrażenie pozostawia po sobie przede wszystkim Owen – jego postać mimo trudnego charakteru i nieczystego sumienia szybko zyskuje sympatię, a aktor nie czyni z niego bezrefleksyjnego twardziela, czasem ukazując delikatniejszą stronę swojego bohatera.

Ta ponad 2-godzinna rodzinna epopeja z Nowym Jorkiem w tle nie wszystkim przypadnie do gustu. Scen akcji jest tu niewiele, ale są zrealizowane na niezłym poziomie (choć, jak zauważył Fidel, twórcy nie uniknęli potknięć: w jednej ze scen np. bohater strzela 10 razy na jednym magazynku). Canet skupia się bardziej na rodzinnych więzach, które w perspektywie przestępczej kariery Chrisa tracą na sile i stają się potężnym ciężarem dla obu braci. Uspokajam jednak, że film nigdy nie skręca w kierunku dramatu rodzinnego; Canet unika sentymentalizmu i tanich rozwiązań, a wątek gangsterskiej działalności bohatera poprowadzony jest w najlepszym stylu. Ostatecznie nie wypada więc „Blood Ties” nie polecić, szczególnie dla tych, którzy tęsknią za dobrą, porządnie zrealizowaną i znakomicie opowiedzianą historią o rodzinie, honorze, śmierci. Przyszły klasyk? Raczej nie, ale dla stęsknionych za takim kinem – zdecydowanie lektura obowiązkowa.

Ostatnio dodane