BIRDMAN - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

BIRDMAN – Camerimage 2014

Siłą napędową filmów Iñárritu są zwykle wielowątkowe historie, które zazębiają się w odpowiednich, najbardziej znaczących momentach. W „Birdmanie” meksykański reżyser też opowiada o splocie problemów, nieszczęść i życiowych trudności, ale – zamiast obdzielać nimi bohaterów po równo – kumuluje je w jednej postaci.




"Popularność to zdzirowata kuzynka prestiżu"




Grzegorz Fortuna
19.11.2014


1965573_745287555490125_1133607252_o

Planowałem, żeby każda część mojej relacji z Camerimage skupiała się na kilku filmach – najlepiej zupełnie różnych, by pokazać jak najszersze spektrum tytułów prezentowanych na bydgoskim festiwalu. Potem poszedłem na nowy film Alejandra Gonzáleza Iñárritu i mój plan wziął w łeb – nie tylko dlatego, że już dla samego „Birdmana” warto było przyjechać do Bydgoszczy, ale też dlatego, że po seansie majstersztyku z Michaelem Keatonem w roli głównej trudno skupić się na jakiejkolwiek innej produkcji. Wybranie „Birdmana” na film otwarcia było więc w pewnym sensie strzałem w stopę. Nowa produkcja Iñárritu teoretycznie inauguruje festiwal, ale tak naprawdę zamyka konkurs główny. Nie ma bowiem cienia szansy, by pojawiło się w nim cokolwiek lepszego.

Recenzowanie „Birdmana” to jednak – z co najmniej dwóch powodów – zadanie karkołomne. Po pierwsze, trudno nie wpaść w pretensjonalny zachwyt, który zrobiłby z tego tekstu nudną laurkę. Po drugie – ważniejsze – nie wiadomo, od czego właściwie zacząć, „Birdman” jest bowiem jednym z tych filmów, które dopięto na ostatni guzik. Strona audiowizualna idealnie pasuje tu do poruszanych tematów, a struktura opowieści została przemyślana w najmniejszym szczególe. Każdy element pasuje do pozostałych, niczym w idealnej, opracowywanej przez długie lata układance.

b1

Zacznijmy więc klasycznie, czyli od opisu fabuły. Riggan Thomson (Michael Keaton) ma sześćdziesiąt lat na karku, a o jego karierze można już mówić tylko w czasie przeszłym. Dwie dekady wcześniej plakaty jego filmów – trzech części „Birdmana”, czyli superbohaterskiego blockbustera o facecie, który w przebraniu ptaka tłucze złoczyńców – wisiały na każdym rogu, a sam Riggan był bożyszczem tłumów. Czas zrobił jednak swoje. Mięśnie zwiotczały, popularność zmalała, a kolejne role nie pomogły Rigganowi zrzucić celebryckiego pierza i obrosnąć w piórka poważanego aktora. Aby wrócić do łask – już nie jako gwiazda, ale jako artysta – Thomson postanawia wystawić na Broadwayu adaptację krótkiego opowiadania Raymonda Carvera. Nie jest to jednak łatwe, biorąc pod uwagę problemy psychologiczne Thomsona i charaktery jego współpracowników: nieprzewidywalnego aktora, Mike’a (Edward Norton), młodej kochanki (Andrea Risenborough) i córki na odwyku (Emma Stone).

Siłą napędową filmów Iñárritu są zwykle wielowątkowe historie, które zazębiają się w odpowiednich, najbardziej znaczących momentach. W „Birdmanie” meksykański reżyser też opowiada o splocie problemów, nieszczęść i życiowych trudności, ale – zamiast obdzielać nimi bohaterów po równo – kumuluje je w jednej postaci. Bohater Michaela Keatona ma w „Birdmanie” strukturę matrioszki – każda kolejna warstwa jego osobowości, każda wersja siebie odgrywana przez Thomsona na różnych etapach teatralnych zmagań dialoguje z pozostałymi jego wcieleniami. Na pozór Riggan jest ogarniaczem, który stara się załagodzić konflikty z nieobliczalnymi aktorami i rozbitą rodziną. Kiedy zostaje sam, do głosu dochodzi jego pazerne, małostkowe alter-ego – Birdman, czyli uosobienie cynicznej, pragnącej rozgłosu wersji Riggana. Z kolei Mel McGinnis, czyli postać, w którą wciela się Thomson na scenie, to borykający się z problemami rodzinnymi i psychologicznymi mężczyzna w średnim wieku – a więc kolejne odbicie tego samego bohatera, silnie oddziałujące na wyobraźnię swojego odtwórcy. Im głębiej zaglądamy do psychiki Thomsona, tym więcej analogii odnajdujemy. Ten sposób konstrukcji postaci wykracza zresztą poza sam film. Riggan, zapomniany aktor z celebrycką przeszłością, znany z roli komiksowego superbohatera, grany jest w końcu przez Michaela Keatona… zapomnianego aktora z celebrycką przeszłością, znanego z roli komiksowego superbohatera.

birdman-1resize

Keaton otrzymał zadanie ekstremalnie trudne; nie gra jednej postaci, ale trzy. Każda wymaga innej maski, innego zestawu min, innych zachowań i innych reakcji. Co więcej, poszczególne jego wcielenia nie są od siebie jasno oddzielone, nie ma pomiędzy nimi żadnych jednoznacznych cięć. Związane jest to po części ze sposobem filmowania, bowiem cięć montażowych także w „Birdmanie” nie ma – a w każdym razie ludzkie oko nie jest w stanie ich wychwycić. Niemal cały „Birdman” wygląda tak, jakby był jednym, nieprzerwanym, blisko dwugodzinnym (!!!) ujęciem – krótka sklejka montażowa pojawia się dopiero w finale. Kamera prowadzona przez Emmanuela Lubezkiego śledzi bohaterów, otacza ich i – co ważne – w żaden sposób nie oddziela wydarzeń realnych od urojonych. Jest w „Birdmanie” wspaniała, choć na pozór pretensjonalna scena, w której Riggan leci nad miastem, ląduje przed teatrem i wchodzi do środka. W tym samym momencie pod budynek podjeżdża taksówka – wybiega z niej kierowca i wścieka się, że Thomson nie zapłacił za przejazd. Majaki bohatera połączone zostały z realnością w sposób jednocześnie sugestywny, nowatorski i… diabelnie zabawny.

„Birdman” nie jest bowiem dramatem psychologicznym, ale komedią – smoliście czarną, momentami naprawdę smutną, wręcz zmuszającą do tego, by dodać jej przedrostek „tragi”, ale nadal komedią. Iñárritu stosuje się do zasady sformułowanej przez Terry’ego Gilliama, który powiedział kiedyś, że do czystego kina można się zbliżyć, kręcąc na jednym planie. Kamera nie wychodzi prawie poza teatr i jego najbliższe okolice. Efekt takiego rozwiązania jest jednocześnie fascynujący i doskonale uzasadniony na płaszczyźnie fabularnej. Pracujących w teatrze bohaterów oglądamy bowiem właśnie z perspektywy widza teatralnego, który ma tylko jedną parę oczu i nie może obejrzeć konkretnej sceny z kilku różnych perspektyw – z tą różnicą, że w „Birdmanie” nie jesteśmy uziemieni w jednym miejscu; bilet pozwala nam wejść nie tylko na widownię, ale też do garderoby, za kulisy i… do głowy Thomsona.

b2

Scenariusz „Birdmana” skupia się na zderzaniu całego szeregu przeciwieństw – popularności z prestiżem, komercji ze sztuką, egoizmu z odpowiedzialnością, szaleństwa z normalnością. Iñárritu nie ma jednak ciągot dydaktycznych, nie stara się przekonać widza, że którekolwiek z tych pojęć jest warte więcej niż drugie. Zamiast tego przekonuje, że granice między nimi są płynne i niejasne, i w przemyślany sposób obśmiewa zarówno snobizm krytyków teatralnych, jak i pozorną sławę, którą mierzy się dzisiaj w liczbie followersów na Twitterze. Jeśli wyobrazimy sobie te pary pojęć jako linie (z, na przykład, komercją na jednym końcu, a sztuką na drugim), to okaże się, że „Birdman” opleciony jest gęstą pajęczyną tematów, które reżyser porusza w nienachalny sposób, traktując je przy tym z solidną dozą ironii, która na żadnym etapie filmu nie przeradza się w cynizm.

Najważniejsi dla Iñárritu są bowiem bohaterowie: Riggan Thomson, jego rodzina i współpracownicy. Często małostkowi, histeryczni, egoistyczni, znerwicowani, czasami chciwi lub po prostu głupi, ale mimo tego ludzcy. Wszyscy oni pracują w teatrze lub jego okolicach, grają jednak nie tylko na scenie, nie tylko przed widzem teatralnym (i jednocześnie widzem kinowym), ale też między sobą. Płaczliwe wyznanie może być więc zarówno szczerą próbą poszukiwania pomocy, jak i okrutnym blefem. I choć Riggan cały czas pozostaje w centrum, to każdego bohatera reżyser traktuje z miłością, a ocenę jego zachowań pozostawia widzowi.

_AF_6405.CR2

Wszystko to powoduje, że „Birdman” jest filmem jedynym w swoim rodzaju. Piszę dla KMF-u od prawie czterech lat i nigdy jeszcze nie wystawiłem maksymalnej noty. W wypadku „Birdmana” robię to bez mrugnięcia okiem. Pozwolę więc sobie na koniec na odrobinę (trochę może patetycznej) prywaty: „Birdman” ma wszystko, czego szukam w kinie – jest fascynujący pod względem struktury narracyjnej, przerażająco inteligentny, mądry, a przy tym ironiczny i bardzo empatyczny jednocześnie. Strona audiowizualna idealnie pasuje do treści, a całość zapewnia dwie godziny znakomitej rozrywki. I chyba cieszę się, że „Birdmana” nie ma jeszcze w polskich kinach, bo chodziłbym na dwa seanse dziennie. To po prostu jeden z tych nielicznych filmów, po obejrzeniu których człowiek czuje się szczęśliwszy.

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Jakub Piwoński

    Będzie Oscar dla Keatona?

    • Grzegorz Fortuna

      Oby!

  • rany, Grzesiek, tak to napisałeś, że chyba nie ma ważniejszej premiery najbliższych miesięcy, jak tylko „Birdman” :) Już w zwiastunie wszystkie świetnie wyglądało, ale… czyżby zwiastun kłamał i jest lepiej? ;)

    • PropJoe

      Zwiastun nie kłamał, ale ja dostałem dużo więcej niż się spodziewałem. Może dlatego, że nie miałem bardzo wysokich oczekiwań. Mam nadzieję, że po tak entuzjastycznej recenzji oczekiwania ją czytających nie poszybują za wysoko i nie zadziała odwrotny mechanizm.

      Ale zgadzam się z entuzjazmem Grzegorza. Znakomity film. Poza tym, co napisał dodałbym może jeszcze to, że pomimo poruszanych tematów ten film jest zaskakująco lekki i bezpretensjonalny. To przede wszystkim zabawa kinem, formą, świetne dialogi, ciągłe zaskakiwanie widza. Tak, jak pisałem w innym miejscu – nie chodzi o twisty fabularne, ale ponieważ największą frajdę sprawiają narracyjno-inscenizacyjne niespodzianki, radzę odpuścić zwiastuny, teasery i inne klipy. Grzegorz niepotrzebnie zdradził niespodziankę z taksówkarzem! Jeden z moich ulubionych gagów w filmie. Niby szczegół, ale naprawdę warto dać się zaskoczyć.

      • Grzegorz Fortuna

        Chciałem po prostu dać przykład, jak mniej więcej działają gagi w „Birdmanie”. A jest ich przecież dużo (w tym wiele zaskakujących), więc mam nadzieję, że ten drobiazg nikomu seansu nie popsuje :)

    • Grzegorz Fortuna

      Cieszę się, że tak wyszło, bo dokładnie takie wrażenie chciałem wywrzeć – to jest idealny film :). Moim zdaniem zwiastun nie oddaje wspaniałości tego filmu, aczkolwiek jest bardzo fajnie sklecony.

  • Kamil Wa

    Nareszcie ! Film z doskonałą obsadą, świetnym reżyserem i zachęcającym trailerem który nie okazał się klapą !! Nie mogę się doczekać,

  • Kris K.

    Po czymś takim aż nie wypada nie zajść do kina :)

  • SztywnyPatyk

    Cholera, lecę w styczniu do kina! (nie oczywiście w kostiumie Birdmana;)

  • Andriej

    Niedawno ukazała się krótka recenzja tegoż filmu na YMS i tam również obsypany został pochwałami…
    Chyba nie zostaje nic innego niż seans!

  • Pingback: Camerimage - podsumowanie | FILM.ORG.PL()

  • biedrowski

    Cooooooo? Piszesz od 4 lat i nigdy nie wystawiles maksymalnej noty, ale dajesz ’10’ dla Birdman’a ??? Czy ty paliles jointa przed seansem ? Nie kompromituj sie. Birdman jest co najwyzej filmem srednim.

  • Lopez

    Byłem na przedpremierze w Warszawie. Zobaczycie ostatnia scena zniszczy wszystko o czym będziecie myśleć :D

  • Borsuk

    Powiedzcie mi, czy w drugiej połowie filmu coś się zmienia? Czy też jest mniej więcej tak samo jak w pierwszej? Pytam, gdyż podchodziłem do tego filmu już 2 razy. Za pierwszym razem, z dziewczyną, wymiękliśmy po 1 godzinie. Stwierdziłem – nie, to niemożliwe, wszyscy mówią że takie super i och, i ach.. Pewnie towarzystwo płci pięknej skutecznie nie pozwalało skupić się na filmie;) Podejście drugie – już samemu, pełna percepcja na obrazie – wymiękłem po 33 minutach.. Nie zrozumcie mnie źle – ten film FANTASTYCZNIE wygląda, aktorsko WYMIATA – Keaton, Norton, Stone – wszyscy dają czadu.. ale… mnie kompletnie nie interesuje i nie obchodzi O CZYM oni wszyscy gadają. Nie lubię oceniać filmu, którego nie obejrzałem do końca, ale z tego co udało mi się wytrwać, wyłania mi się obraz filmu ślicznego, ale zupełnie nieangażującego emocjonalnie. Ot taka zabawa formą teatru w kinie, ale nic więcej. Przypomina mi nieco kino Charliego Kaufmana – tylko on potrafił wycisnąć z tego emocje takie, że po Synecdoche New York do dziś nie mogę się otrząsnąć.. Swoją drogą ciekawe co się z gościem dzieje – nic o nim nie słychać. Wracając do Birdmana – pewnie kiedyś w końcu dociągnę do końca, bo uwielbiam Keatona i Nortona, i cieszę się że film odniósł taki sukces, bo przy okazji przypomina światu o tych dwóch znakomitych, a nieco zapomnianych aktorach. Tym niemniej – nic tu dla mnie, nic tu po mnie. A Oscara za najlepszy film IMO powinien dostać Whiplash:)

    • Decris

      O matko! Ktoś ma dokładnie takie same odczucia i doświadczenia związane z tym filmem jak i ja. Ja również opuściłam kino po godzinie, bo stwierdziłam, że ciągnące się w nieskończoność i do nikąd nie prowadzące dialogi nudzą mnie niepomiernie… Zupełnie nie wiem po co ten film miałabym oglądać. I zastanawiałam się, co ze mną jest nie tak, że tak dramatycznie inaczej oceniam coś, co wszyscy uważają za arcydzieło. Borsuk, przywróciłeś mi wiarę we własny osąd :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Choleryk z Brooklynu

Następny tekst

CAMERIMAGE 2014 - Alan Rickman i jego nowy film



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE