nowości kinowe

BIRDMAN – Camerimage 2014

Siłą napędową filmów Iñárritu są zwykle wielowątkowe historie, które zazębiają się w odpowiednich, najbardziej znaczących momentach. W „Birdmanie” meksykański reżyser też opowiada o splocie problemów, nieszczęść i życiowych trudności, ale – zamiast obdzielać nimi bohaterów po równo – kumuluje je w jednej postaci.

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

1965573_745287555490125_1133607252_o

Planowałem, żeby każda część mojej relacji z Camerimage skupiała się na kilku filmach – najlepiej zupełnie różnych, by pokazać jak najszersze spektrum tytułów prezentowanych na bydgoskim festiwalu. Potem poszedłem na nowy film Alejandra Gonzáleza Iñárritu i mój plan wziął w łeb – nie tylko dlatego, że już dla samego „Birdmana” warto było przyjechać do Bydgoszczy, ale też dlatego, że po seansie majstersztyku z Michaelem Keatonem w roli głównej trudno skupić się na jakiejkolwiek innej produkcji. Wybranie „Birdmana” na film otwarcia było więc w pewnym sensie strzałem w stopę. Nowa produkcja Iñárritu teoretycznie inauguruje festiwal, ale tak naprawdę zamyka konkurs główny. Nie ma bowiem cienia szansy, by pojawiło się w nim cokolwiek lepszego.

Recenzowanie „Birdmana” to jednak – z co najmniej dwóch powodów – zadanie karkołomne. Po pierwsze, trudno nie wpaść w pretensjonalny zachwyt, który zrobiłby z tego tekstu nudną laurkę. Po drugie – ważniejsze – nie wiadomo, od czego właściwie zacząć, „Birdman” jest bowiem jednym z tych filmów, które dopięto na ostatni guzik. Strona audiowizualna idealnie pasuje tu do poruszanych tematów, a struktura opowieści została przemyślana w najmniejszym szczególe. Każdy element pasuje do pozostałych, niczym w idealnej, opracowywanej przez długie lata układance.

b1

Zacznijmy więc klasycznie, czyli od opisu fabuły. Riggan Thomson (Michael Keaton) ma sześćdziesiąt lat na karku, a o jego karierze można już mówić tylko w czasie przeszłym. Dwie dekady wcześniej plakaty jego filmów – trzech części „Birdmana”, czyli superbohaterskiego blockbustera o facecie, który w przebraniu ptaka tłucze złoczyńców – wisiały na każdym rogu, a sam Riggan był bożyszczem tłumów. Czas zrobił jednak swoje. Mięśnie zwiotczały, popularność zmalała, a kolejne role nie pomogły Rigganowi zrzucić celebryckiego pierza i obrosnąć w piórka poważanego aktora. Aby wrócić do łask – już nie jako gwiazda, ale jako artysta – Thomson postanawia wystawić na Broadwayu adaptację krótkiego opowiadania Raymonda Carvera. Nie jest to jednak łatwe, biorąc pod uwagę problemy psychologiczne Thomsona i charaktery jego współpracowników: nieprzewidywalnego aktora, Mike’a (Edward Norton), młodej kochanki (Andrea Risenborough) i córki na odwyku (Emma Stone).

Siłą napędową filmów Iñárritu są zwykle wielowątkowe historie, które zazębiają się w odpowiednich, najbardziej znaczących momentach. W „Birdmanie” meksykański reżyser też opowiada o splocie problemów, nieszczęść i życiowych trudności, ale – zamiast obdzielać nimi bohaterów po równo – kumuluje je w jednej postaci. Bohater Michaela Keatona ma w „Birdmanie” strukturę matrioszki – każda kolejna warstwa jego osobowości, każda wersja siebie odgrywana przez Thomsona na różnych etapach teatralnych zmagań dialoguje z pozostałymi jego wcieleniami. Na pozór Riggan jest ogarniaczem, który stara się załagodzić konflikty z nieobliczalnymi aktorami i rozbitą rodziną. Kiedy zostaje sam, do głosu dochodzi jego pazerne, małostkowe alter-ego – Birdman, czyli uosobienie cynicznej, pragnącej rozgłosu wersji Riggana. Z kolei Mel McGinnis, czyli postać, w którą wciela się Thomson na scenie, to borykający się z problemami rodzinnymi i psychologicznymi mężczyzna w średnim wieku – a więc kolejne odbicie tego samego bohatera, silnie oddziałujące na wyobraźnię swojego odtwórcy. Im głębiej zaglądamy do psychiki Thomsona, tym więcej analogii odnajdujemy. Ten sposób konstrukcji postaci wykracza zresztą poza sam film. Riggan, zapomniany aktor z celebrycką przeszłością, znany z roli komiksowego superbohatera, grany jest w końcu przez Michaela Keatona… zapomnianego aktora z celebrycką przeszłością, znanego z roli komiksowego superbohatera.

birdman-1resize

Keaton otrzymał zadanie ekstremalnie trudne; nie gra jednej postaci, ale trzy. Każda wymaga innej maski, innego zestawu min, innych zachowań i innych reakcji. Co więcej, poszczególne jego wcielenia nie są od siebie jasno oddzielone, nie ma pomiędzy nimi żadnych jednoznacznych cięć. Związane jest to po części ze sposobem filmowania, bowiem cięć montażowych także w „Birdmanie” nie ma – a w każdym razie ludzkie oko nie jest w stanie ich wychwycić. Niemal cały „Birdman” wygląda tak, jakby był jednym, nieprzerwanym, blisko dwugodzinnym (!!!) ujęciem – krótka sklejka montażowa pojawia się dopiero w finale. Kamera prowadzona przez Emmanuela Lubezkiego śledzi bohaterów, otacza ich i – co ważne – w żaden sposób nie oddziela wydarzeń realnych od urojonych. Jest w „Birdmanie” wspaniała, choć na pozór pretensjonalna scena, w której Riggan leci nad miastem, ląduje przed teatrem i wchodzi do środka. W tym samym momencie pod budynek podjeżdża taksówka – wybiega z niej kierowca i wścieka się, że Thomson nie zapłacił za przejazd. Majaki bohatera połączone zostały z realnością w sposób jednocześnie sugestywny, nowatorski i… diabelnie zabawny.

„Birdman” nie jest bowiem dramatem psychologicznym, ale komedią – smoliście czarną, momentami naprawdę smutną, wręcz zmuszającą do tego, by dodać jej przedrostek „tragi”, ale nadal komedią. Iñárritu stosuje się do zasady sformułowanej przez Terry’ego Gilliama, który powiedział kiedyś, że do czystego kina można się zbliżyć, kręcąc na jednym planie. Kamera nie wychodzi prawie poza teatr i jego najbliższe okolice. Efekt takiego rozwiązania jest jednocześnie fascynujący i doskonale uzasadniony na płaszczyźnie fabularnej. Pracujących w teatrze bohaterów oglądamy bowiem właśnie z perspektywy widza teatralnego, który ma tylko jedną parę oczu i nie może obejrzeć konkretnej sceny z kilku różnych perspektyw – z tą różnicą, że w „Birdmanie” nie jesteśmy uziemieni w jednym miejscu; bilet pozwala nam wejść nie tylko na widownię, ale też do garderoby, za kulisy i… do głowy Thomsona.

b2

Scenariusz „Birdmana” skupia się na zderzaniu całego szeregu przeciwieństw – popularności z prestiżem, komercji ze sztuką, egoizmu z odpowiedzialnością, szaleństwa z normalnością. Iñárritu nie ma jednak ciągot dydaktycznych, nie stara się przekonać widza, że którekolwiek z tych pojęć jest warte więcej niż drugie. Zamiast tego przekonuje, że granice między nimi są płynne i niejasne, i w przemyślany sposób obśmiewa zarówno snobizm krytyków teatralnych, jak i pozorną sławę, którą mierzy się dzisiaj w liczbie followersów na Twitterze. Jeśli wyobrazimy sobie te pary pojęć jako linie (z, na przykład, komercją na jednym końcu, a sztuką na drugim), to okaże się, że „Birdman” opleciony jest gęstą pajęczyną tematów, które reżyser porusza w nienachalny sposób, traktując je przy tym z solidną dozą ironii, która na żadnym etapie filmu nie przeradza się w cynizm.

Najważniejsi dla Iñárritu są bowiem bohaterowie: Riggan Thomson, jego rodzina i współpracownicy. Często małostkowi, histeryczni, egoistyczni, znerwicowani, czasami chciwi lub po prostu głupi, ale mimo tego ludzcy. Wszyscy oni pracują w teatrze lub jego okolicach, grają jednak nie tylko na scenie, nie tylko przed widzem teatralnym (i jednocześnie widzem kinowym), ale też między sobą. Płaczliwe wyznanie może być więc zarówno szczerą próbą poszukiwania pomocy, jak i okrutnym blefem. I choć Riggan cały czas pozostaje w centrum, to każdego bohatera reżyser traktuje z miłością, a ocenę jego zachowań pozostawia widzowi.

_AF_6405.CR2

Wszystko to powoduje, że „Birdman” jest filmem jedynym w swoim rodzaju. Piszę dla KMF-u od prawie czterech lat i nigdy jeszcze nie wystawiłem maksymalnej noty. W wypadku „Birdmana” robię to bez mrugnięcia okiem. Pozwolę więc sobie na koniec na odrobinę (trochę może patetycznej) prywaty: „Birdman” ma wszystko, czego szukam w kinie – jest fascynujący pod względem struktury narracyjnej, przerażająco inteligentny, mądry, a przy tym ironiczny i bardzo empatyczny jednocześnie. Strona audiowizualna idealnie pasuje do treści, a całość zapewnia dwie godziny znakomitej rozrywki. I chyba cieszę się, że „Birdmana” nie ma jeszcze w polskich kinach, bo chodziłbym na dwa seanse dziennie. To po prostu jeden z tych nielicznych filmów, po obejrzeniu których człowiek czuje się szczęśliwszy.

Ostatnio dodane