nowości kinowe

Bez litości

„Bez litości” daje satysfakcję z dobrze opowiedzianej historii, nawet jeżeli słyszeliśmy ją tysiące razy.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Pozory mylą

132743363Oglądając „Bez litości” nie sposób oprzeć się wrażeniu, że oto film, który widziało się już milion razy, wykorzystujący każdą kliszę kina sensacyjnego. Sam polski tytuł, zwiastun, a nawet plakat sugerują mocno schematyczne widowisko, co poniekąd nie powinno dziwić, jeśli spojrzeć na nazwisko reżysera.

Antoine Fuqua jest twórcą stereotypowych, acz wybuchowych filmów akcji („Olimp w ogniu”, „Strzelec”), choć zdarzyło mu się także nakręcić znakomity, niepozbawiony ambicji „Dzień próby”. Również udział Denzela Washingtona jest tylko pozornie prestiżowy. Dwukrotny laureat Oscara dał się już bowiem poznać jako bohater kina akcji takimi filmami, jak „Człowiek w ogniu” czy „Safe House”, więc jego praca przy „Bez litości” wcale nie musi nobilitować tej produkcji. W końcu fabuła, wzięta jest z nadawanego również w Polsce serialu z lat 80-tych (na śp. kanale RTL7), a oparta na wręcz przeżutym szablonie „ostatni sprawiedliwy kontra ci źli”. Oczywiście bardzo źli, żebyśmy nie wątpili w słuszność działań naszego bohatera, nawet gdy traktuje przeciwników za pomocą wiertarki. Ale jednocześnie ta wyświechtana opowieść ma siłę i świeżość, które zaskakują. Realizacyjna sprawność to jedno, lecz samo podejście wydaje się wzięte niemal z innej epoki.

30 minut bez akcji to w kinie sensacyjnym bardzo dużo, a właśnie tyle czasu inwestuje Fuqua, aby przygotować grunt, od którego później odbije się wysoko. Przez pierwsze pół godziny obserwujemy kilka zwyczajnych dni z życia Roberta McCalla (Washington), starszawego już pracownika marketu z narzędziami i materiałami budowlanymi. Poukładany, grzeczny, pomocny, a nawet ciepły, choć czuć, że za tym idealnym obrazkiem kryje się nieciekawa przeszłość. Nocą, gdy nie może zasnąć, lubi przychodzić do pobliskiej knajpy, aby poczytać, napić się herbaty i wymienić parę zdań z nastoletnią prostytutką (Chloë Grace Moretz) marzącą o wyrwaniu się z takiego środowiska. Gdy dziewczyna zostaje brutalnie pobita przez swojego alfonsa, McCall idzie do niego, aby wynegocjować jej wycofanie się z branży. Gdy to nie przynosi skutków, nasz bohater przechodzi do argumentów siłowych. I w ciągu tych 19 sekund, podczas których McCall masakruje pięciu kryminalistów, film zmienia się w koncert przemocy, a nasz stosunek do głównego bohatera przewartościowuje się.

still-of-denzel-washington-and-chloë-grace-moretz-in-the-equalizer-(2014)-large-picture

Nie chodzi o sam fakt eliminacji tych kryminalistów, ale sposób, w jaki to czyni. Grana przez Washingtona postać to maszyna do zabijania, z analitycznym umysłem i umiejętnościami, których nie powstydziłby się Jason Bourne. Potrafi prześwietlić całe pomieszczenie, zanim dojdzie do walki, aby już podczas niej móc skorzystać ze zwykłych przedmiotów, zamieniając je w broń, nieważne, czy jest to nóż, korkociąg czy kieliszek. Tej samej nocy po powrocie z akcji, widzimy, jak po raz pierwszy zasypia bez problemu.

Fuqua wraz ze scenarzystą Richardem Wenkiem posuwają się nawet do tego, aby pokazać, jak McCall zaczyna czyścić miasto z całkiem przypadkowych szumowin, złodziei, jak i przekupnych policjantów. Ich bohater przypomina ulicznego mściciela, wziętego z kart komiksu, ewentualnie starych filmów z cyklu „Życzenie śmierci” z Charlesem Bronsonem. To przerysowanie, jakie wiąże się z ilością kryminalnych incydentów z udziałem McCalla, powinno osłabiać całą konstrukcję, lecz zamiast tego uzmysławia widzom, co tak naprawdę nim kieruje. Nie tylko sympatia do pobitej dziewczyny oraz chęć pomocy bezbronnym, lecz przede wszystkim pojęcie pewnego zadośćuczynienia i sprawiedliwości. To, z jaką odrazą mówi o zhańbionej odznace, jest wystarczająco wymowne. Dzięki temu łatwiej i widzom kibicować McCallowi – nie jest postacią mroczną, żądną zemsty czy lubującą się w przemocy. Co nie znaczy, że nie posuwa się do ekstremalnych, wręcz makabrycznych metod. 

The Equalizer - 2014

Schemat nakazuje również, abyśmy dowiedzieli się, kim jest w rzeczywistości McCall, ale moment ujawnienia nigdy nie przychodzi. Oczywiście możemy wyczytać między wierszami, czym się parał, zanim zaczął pracę w Castoramie (ponoć miał piękny pogrzeb), jednak Fuqua woli ten wątek pozostawić na uboczu. Zresztą, nie tylko z tego rezygnuje reżyser. Nastoletnia przyjaciółka McCalla służy tylko jako zapalnik uruchamiający głównego bohatera, po czym bardzo szybko znika. Żadnej ciekawszej relacji ani większej roli tutaj nie pełni. Tło dla krwawego spektaklu zamyka się na wszechobecnej korupcji, zatem naszemu mścicielowi nikt nie przychodzi z pomocą. I tak jej nie potrzebuje. Scen akcji jest wyjątkowo niewiele jak na tego typu kino. Fuqua, w przeciwieństwie do swojego poprzedniego filmu, „Olimpu w ogniu”, stawia na bardziej stonowaną historię i narrację. Rytm opowieści nadają nie kolejne strzelaniny i pojedynki, lecz spokój i opanowanie McCalla, jego chęć jak najszybszego załatwienia sprawy. Jest w tym ekonomiczny i wyjątkowo skuteczny, co nie znaczy, że reżyser oraz operator, Mauro Fiore, nie pozwalają sobie na uczynienie z niego herosa. Tych kilka przestylizowanych ujęć, które mają podkreślić jego wyjątkowość jest zupełnie niepotrzebnych.

Zdolności, jakie posiada główny bohater, powinny mówić same za siebie. To wprawia w zachwyt nie tylko widzów, ale i główny czarny charakter, wysłanego z Rosji specjalistę imieniem Teddy (Marton Csokas). Ten początkowo bawi się w detektywa, próbując ustalić, kto stoi za zabójstwem alfonsa i jego ludzi, a gdy już to odkrywa, jest wyjątkowo niechętny natychmiastowemu usunięciu McCalla. Kryje się za tym szacunek do przeciwnika, ale też i podziw. Teddy, a właściwie Nicolai, od razu rozpoznaje w postaci Washingtona zawodowca, i jeśli spojrzeć na to, w jakim towarzystwie musi się obracać, jest to dla niego miłą odmianą.

still-of-denzel-washington-and-marton-csokas-in-the-equalizer-(2014)-large-picture

Zresztą fakt, że główni bohaterowie ukrywają się za wymyślonymi imionami, wydaje się nieprzypadkowy. Jest to świat pozorów, próby nadania nazwie całkiem innego znaczenia, zmylenia przeciwnika albo samego siebie. Stąd Teddy, a nie Nicolai, bo to pierwsze imię brzmi niegroźnie, wręcz śmiesznie, jeśli wziąć pod uwagę, że nosi je rosyjski gangster. Prostytutka to Alina, choć przy klientach używa amerykańskiego imienia Teri. McCall natomiast dla swoich współpracowników jest Bobem, zaś dla nastolatki Robertem (bo jak sama twierdzi, osoba o imieniu Bob nie czyta książek). Łatwo zawyrokować, że kiedyś nazywał się jeszcze inaczej, ale to pozostaje tajemnicą.

Proszę się zatem nie sugerować również polskim tytułem filmu. „Bez litości” brzmi oklepanie i bez charakteru. W oryginale zaś „The Equalizer”, czyli ktoś, kto wprowadza równowagę, jest zwrotem trudnym do przetłumaczenia, lecz intrygującym. Podobnież film Fuquy, pozornie mało ciekawy i nieoryginalny, stanowi łakomy kąsek dla fanów kina sensacyjnego. Jest tu cała masa brutalnych, acz pomysłowych scen, a przemoc, do której ucieka się McCall, zwłaszcza w finale, może budzić u wielu obiekcje, jednak nigdy nie znika on nam jako postać całkowicie pozytywna, czy wręcz szlachetna.

Oprawa, sposób prowadzenia akcji oraz bohater nie tyle przysłaniają schematyzm opowieści, ile wynoszą ją ponad inne tytuły tego gatunku, które pojawiły się w ostatnich latach. Fuqua trochę na siłę chce uczynić z equalizera postać silniejszą niż życie, na szczęście Washington ma swą rolę pod kontrolą, nie pozwalając, aby McCall stracił swój przyziemny charakter. Również dzięki temu ich nowy film ogląda się z niekłamaną, choć może i niepokojącą rozkoszą.

Ostatnio dodane