Bez litości - recenzja | FILM.ORG.PL

Bez litości

„Bez litości” daje satysfakcję z dobrze opowiedzianej historii, nawet jeżeli słyszeliśmy ją tysiące razy.




Pozory mylą




Krzysztof Walecki
28.09.2014


132743363Oglądając „Bez litości” nie sposób oprzeć się wrażeniu, że oto film, który widziało się już milion razy, wykorzystujący każdą kliszę kina sensacyjnego. Sam polski tytuł, zwiastun, a nawet plakat sugerują mocno schematyczne widowisko, co poniekąd nie powinno dziwić, jeśli spojrzeć na nazwisko reżysera.

Antoine Fuqua jest twórcą stereotypowych, acz wybuchowych filmów akcji („Olimp w ogniu”, „Strzelec”), choć zdarzyło mu się także nakręcić znakomity, niepozbawiony ambicji „Dzień próby”. Również udział Denzela Washingtona jest tylko pozornie prestiżowy. Dwukrotny laureat Oscara dał się już bowiem poznać jako bohater kina akcji takimi filmami, jak „Człowiek w ogniu” czy „Safe House”, więc jego praca przy „Bez litości” wcale nie musi nobilitować tej produkcji. W końcu fabuła, wzięta jest z nadawanego również w Polsce serialu z lat 80-tych (na śp. kanale RTL7), a oparta na wręcz przeżutym szablonie „ostatni sprawiedliwy kontra ci źli”. Oczywiście bardzo źli, żebyśmy nie wątpili w słuszność działań naszego bohatera, nawet gdy traktuje przeciwników za pomocą wiertarki. Ale jednocześnie ta wyświechtana opowieść ma siłę i świeżość, które zaskakują. Realizacyjna sprawność to jedno, lecz samo podejście wydaje się wzięte niemal z innej epoki.

30 minut bez akcji to w kinie sensacyjnym bardzo dużo, a właśnie tyle czasu inwestuje Fuqua, aby przygotować grunt, od którego później odbije się wysoko. Przez pierwsze pół godziny obserwujemy kilka zwyczajnych dni z życia Roberta McCalla (Washington), starszawego już pracownika marketu z narzędziami i materiałami budowlanymi. Poukładany, grzeczny, pomocny, a nawet ciepły, choć czuć, że za tym idealnym obrazkiem kryje się nieciekawa przeszłość. Nocą, gdy nie może zasnąć, lubi przychodzić do pobliskiej knajpy, aby poczytać, napić się herbaty i wymienić parę zdań z nastoletnią prostytutką (Chloë Grace Moretz) marzącą o wyrwaniu się z takiego środowiska. Gdy dziewczyna zostaje brutalnie pobita przez swojego alfonsa, McCall idzie do niego, aby wynegocjować jej wycofanie się z branży. Gdy to nie przynosi skutków, nasz bohater przechodzi do argumentów siłowych. I w ciągu tych 19 sekund, podczas których McCall masakruje pięciu kryminalistów, film zmienia się w koncert przemocy, a nasz stosunek do głównego bohatera przewartościowuje się.

still-of-denzel-washington-and-chloë-grace-moretz-in-the-equalizer-(2014)-large-picture

Nie chodzi o sam fakt eliminacji tych kryminalistów, ale sposób, w jaki to czyni. Grana przez Washingtona postać to maszyna do zabijania, z analitycznym umysłem i umiejętnościami, których nie powstydziłby się Jason Bourne. Potrafi prześwietlić całe pomieszczenie, zanim dojdzie do walki, aby już podczas niej móc skorzystać ze zwykłych przedmiotów, zamieniając je w broń, nieważne, czy jest to nóż, korkociąg czy kieliszek. Tej samej nocy po powrocie z akcji, widzimy, jak po raz pierwszy zasypia bez problemu.

Fuqua wraz ze scenarzystą Richardem Wenkiem posuwają się nawet do tego, aby pokazać, jak McCall zaczyna czyścić miasto z całkiem przypadkowych szumowin, złodziei, jak i przekupnych policjantów. Ich bohater przypomina ulicznego mściciela, wziętego z kart komiksu, ewentualnie starych filmów z cyklu „Życzenie śmierci” z Charlesem Bronsonem. To przerysowanie, jakie wiąże się z ilością kryminalnych incydentów z udziałem McCalla, powinno osłabiać całą konstrukcję, lecz zamiast tego uzmysławia widzom, co tak naprawdę nim kieruje. Nie tylko sympatia do pobitej dziewczyny oraz chęć pomocy bezbronnym, lecz przede wszystkim pojęcie pewnego zadośćuczynienia i sprawiedliwości. To, z jaką odrazą mówi o zhańbionej odznace, jest wystarczająco wymowne. Dzięki temu łatwiej i widzom kibicować McCallowi – nie jest postacią mroczną, żądną zemsty czy lubującą się w przemocy. Co nie znaczy, że nie posuwa się do ekstremalnych, wręcz makabrycznych metod. 

The Equalizer - 2014

Schemat nakazuje również, abyśmy dowiedzieli się, kim jest w rzeczywistości McCall, ale moment ujawnienia nigdy nie przychodzi. Oczywiście możemy wyczytać między wierszami, czym się parał, zanim zaczął pracę w Castoramie (ponoć miał piękny pogrzeb), jednak Fuqua woli ten wątek pozostawić na uboczu. Zresztą, nie tylko z tego rezygnuje reżyser. Nastoletnia przyjaciółka McCalla służy tylko jako zapalnik uruchamiający głównego bohatera, po czym bardzo szybko znika. Żadnej ciekawszej relacji ani większej roli tutaj nie pełni. Tło dla krwawego spektaklu zamyka się na wszechobecnej korupcji, zatem naszemu mścicielowi nikt nie przychodzi z pomocą. I tak jej nie potrzebuje. Scen akcji jest wyjątkowo niewiele jak na tego typu kino. Fuqua, w przeciwieństwie do swojego poprzedniego filmu, „Olimpu w ogniu”, stawia na bardziej stonowaną historię i narrację. Rytm opowieści nadają nie kolejne strzelaniny i pojedynki, lecz spokój i opanowanie McCalla, jego chęć jak najszybszego załatwienia sprawy. Jest w tym ekonomiczny i wyjątkowo skuteczny, co nie znaczy, że reżyser oraz operator, Mauro Fiore, nie pozwalają sobie na uczynienie z niego herosa. Tych kilka przestylizowanych ujęć, które mają podkreślić jego wyjątkowość jest zupełnie niepotrzebnych.

Zdolności, jakie posiada główny bohater, powinny mówić same za siebie. To wprawia w zachwyt nie tylko widzów, ale i główny czarny charakter, wysłanego z Rosji specjalistę imieniem Teddy (Marton Csokas). Ten początkowo bawi się w detektywa, próbując ustalić, kto stoi za zabójstwem alfonsa i jego ludzi, a gdy już to odkrywa, jest wyjątkowo niechętny natychmiastowemu usunięciu McCalla. Kryje się za tym szacunek do przeciwnika, ale też i podziw. Teddy, a właściwie Nicolai, od razu rozpoznaje w postaci Washingtona zawodowca, i jeśli spojrzeć na to, w jakim towarzystwie musi się obracać, jest to dla niego miłą odmianą.

still-of-denzel-washington-and-marton-csokas-in-the-equalizer-(2014)-large-picture

Zresztą fakt, że główni bohaterowie ukrywają się za wymyślonymi imionami, wydaje się nieprzypadkowy. Jest to świat pozorów, próby nadania nazwie całkiem innego znaczenia, zmylenia przeciwnika albo samego siebie. Stąd Teddy, a nie Nicolai, bo to pierwsze imię brzmi niegroźnie, wręcz śmiesznie, jeśli wziąć pod uwagę, że nosi je rosyjski gangster. Prostytutka to Alina, choć przy klientach używa amerykańskiego imienia Teri. McCall natomiast dla swoich współpracowników jest Bobem, zaś dla nastolatki Robertem (bo jak sama twierdzi, osoba o imieniu Bob nie czyta książek). Łatwo zawyrokować, że kiedyś nazywał się jeszcze inaczej, ale to pozostaje tajemnicą.

Proszę się zatem nie sugerować również polskim tytułem filmu. „Bez litości” brzmi oklepanie i bez charakteru. W oryginale zaś „The Equalizer”, czyli ktoś, kto wprowadza równowagę, jest zwrotem trudnym do przetłumaczenia, lecz intrygującym. Podobnież film Fuquy, pozornie mało ciekawy i nieoryginalny, stanowi łakomy kąsek dla fanów kina sensacyjnego. Jest tu cała masa brutalnych, acz pomysłowych scen, a przemoc, do której ucieka się McCall, zwłaszcza w finale, może budzić u wielu obiekcje, jednak nigdy nie znika on nam jako postać całkowicie pozytywna, czy wręcz szlachetna.

Oprawa, sposób prowadzenia akcji oraz bohater nie tyle przysłaniają schematyzm opowieści, ile wynoszą ją ponad inne tytuły tego gatunku, które pojawiły się w ostatnich latach. Fuqua trochę na siłę chce uczynić z equalizera postać silniejszą niż życie, na szczęście Washington ma swą rolę pod kontrolą, nie pozwalając, aby McCall stracił swój przyziemny charakter. Również dzięki temu ich nowy film ogląda się z niekłamaną, choć może i niepokojącą rozkoszą.

Krzysztof Walecki

Krzysztof Walecki

Lubi horrory.
Krzysztof Walecki

Latest posts by Krzysztof Walecki (see all)







  • apolinary

    Pozwolę sobie mieć całkowicie odmienne zdanie.
    Film jest dla ubogich duchem jak i umysłem. Dla ubogich duchem – bo Denzel gra Boga karzącego; dla ubogich umysłem – z powodu całokształtu.
    Denzel gra Stevena Seagala, nietykalnego, niezniszczalnego humanistę, przynajmniej do momentu, w którym ktoś go nie zmusi do powieszenia bliźniego na drucie kolczastym lub temu podobne. W filmie co i rusz czarne charaktery zadają bohaterowi, granemu przez Denzela (zazwyczaj tuż przed zgonem) pytanie: „Kim jesteś?”. Nie potrafią oni pojąć, że Denzel gra Jezusa, który przyszedł zaprowadzić ład na świecie za pomocą wiertarki, drutu kolczastego i mikrofalówki.
    Nie pojmuję dlaczego tak świetny aktor obrał tak żenującą ścieżkę kariery. Inny, podobny przypadek, to Liam Neeson, ale Nie jestem w stanie odróżnić postaci, które ostatnio gra od tych, które w latach 80 grywał wspomniany Steven Seagal – jest to jeden do jednego ten sam poziom fabuły.
    Ech.

    • Krzysztof Walecki

      Innymi słowy, zarzucasz filmowi sensacyjnemu, że jest filmem sensacyjnym. Tak, jest to kino „seagalowskie”, fabularnie proste i jednowymiarowe, choć lepiej zrealizowane i cechujące się większą kulturą opowiadania. Grany przez Washingtona McCall karze winnych w sposób brutalny, niejako tylko po to, aby zniknęli z tego łez padołu. Nie ma w tym interesu, poza własnym widzimiesię. Czy dlatego „Bez litości” jest filmem dla „ubogich umysłem”? W ten sposób można wyrzucić do kosza połowę tytułów tego gatunku, nie mówiąc o ekranizacjach komiksów z superbohaterami robiącymi dokładnie to samo, co McCall, choć używający mniej kontrowersyjnych metod.
      Też wolałbym oglądać Denzela i Liama Neesona w rolach bardziej wymagających i ciekawszych, ale nie będę ukrywał, że lubię filmy sensacyjne z ich udziałem. „Uprowadzona”, „Człowiek w ogniu”, „Non-Stop” czy właśnie „Bez litości” – zastąp ich Seagalem, Stathamem lub Schwarzeneggerem, a otrzymasz zupełnie inny film.

      • apolinary

        Są filmy sensacyjne i są filmy sensacyjne. Jest „Szklana pułapka” i jest „Bez litości”, gdzie, gdy ogląda się rozwiązania fabularne, to się człowiek zastanawia czy to na serio czy nie. W jednej scenie Denzel podrzyna gardła, a w następnej, niczym w radzieckiej czytance, poucza skorumpowanego policjanta, że ten sprzeniewierzył się odznace.
        OK, wszystko to bym wybaczył, ale, na Boga, dlaczego nie ma tu śladu próby wymyslenia czegoś nowego, czegokolwiek? Źli obrażają Denzela, Denzel zachowuje spokój, źli jeszcze bardziej obrażają Denzela, ten w nużący, tępy, płaski, przewidywalny sposób, w pojedynkę ich zatłukuje na śmierć, w stylu: bach w ryło, ten się zalał krwią, ciach kosą, koleś leży i kwiczy, a Denzel nawet nie mrugnął. Taki John McClane zanim załatwił terrorystę, to zgubił buty, spadł z wieżowca, zawisł na linie, odciął się z liny, dostał w głowę liną itp.
        Więc nie, po filmach takich jak właśnie „Szklana pułapka”, ale i „True lies” itp. filmy typu „Bez litości” nie mają racji bytu.
        A Denzel Washington powoli zmienia się w Stevena Seagala i naprawdę nie rozumiem czemu nie weźmie się za coś ambitniejszego.

        • pred895

          Nie porównuj Szklanej Pułapki i Willisa, który grał tam zwykłego detektywa – porucznika ?? Denzel w tym filmie to emerytowany agent CIA. Oni maja dizłać szybko zabijać bez pardonu , bez mrugnięcia , a nie jak Willis latać boso na szkle i walić onlinerami. Willis w każdej odsłonie zostaje wbrew własnej woli wplątany w bajzel , natomiast Denzel sam wyznacza i wpakowuje się w tarapaty z których na pewno wyjdzie cało :P

          • leszek

            Jak dla mnie film jest super. Wg mnie ten film ma kilka dwuznaczności i może być uznany jako wiadomość dla Puszkina (czytaj Putina) :-)

        • Krzysztof Walecki

          Ależ wziął się – wystarczyła jedna rola w „Locie”, aby Washington znów nas pozytywnie zaskoczył, dodatkowo zgarniając kolejną, całkiem zasłużoną nominację do Oscara. Rozwiązania fabularne w „Bez litości” są proste, miejscami aż szokująco proste, stąd też piszę o schematyźmie. Ale film Fuquy odznacza się tak wyśmienitą realizacją, że porównywanie go do filmów z Seagalem wydaje się nie do końca sprawiedliwe. Jest to bajka, którą słyszeliśmy wiele razy, z bohaterem sympatycznym, przyziemnym, acz gdy przychodzi do akcji – niezniszczalnym. Czy to zarzut, że nie jest Johnem McClanem? Gdyby był też byśmy mówili o powielaniu schematów. Poza tym postać McCalla to swoisty archetyp, który widzieliśmy w niezliczonej ilości filmów sensacyjnych, a wcześniej westernów – samotny mściciel walczący o uciśnionych, a posługujący się metodami swoich wrogów. Nie czyńmy z tego zarzutu.

          • apolinary

            Nie chodzi o Johna McClane’a, chodzi o coś znacznie prostszego – po prostu przy „Szklanej pułapce” scenarzysta wysilił szare komórki, nie poszedł po linii najmniejszego oporu. „Bez litości” jest, żeby zacytować nieśmiertelną kwestię Ala Pacino z „Bezsenności”, przewidywalne jak sracz dla hydraulika.
            Porównywanie tego filmu do dokonań Seagala jest nie do końca sprawiedliwe? Czym różni się zarówno bohater, jak i fabula od przeciętnego filmu ze Steve’m? Twardziel z przeszłością, który zawsze ma rację, każdemu dowali, nawet się przy tym nie pocąc, i najważniejsze – który nie ma godnego siebie przeciwnika, do tego stopnia, że podczas żadnego starcia Denzel nie dostaje nawet jednego ciosu po mordzie (SOILER – ok, dostaje, nawet dostaje kulkę, ale 3 dni później jedzie do Rosji i tam likwiduje dużą liczbę Rosjan- KONIEC SPOJLERA). Bohater ów nie napotyka żadnych przeszkód, po prostu jest najlepszy, kto z nim zadziera zaraz ginie, plus zamilowanie do brutalnej, dosadnej, krawej przemocy połączone z kaznodziejstwem godnym szkółki niedzielnej.
            Przykro mi, ale w moim odbiorze jest to tak przewidywalne i umysłowo miałkie, że nawet ja, który wyobraźnią nie grzeszę, jestem w stanie obmyśleć pięć takich fabuł do jutra, a za tydzień przyniosę gotowy scenariusz:).
            Dlatego uważam, że jeśli ktoś szuka w kinie choćby cienia próby udawania, że realizatorzy się starali, to wydanie pieniędzy na bilet na seans „Bez litości” jest błędem.
            PS: podobało mi się „Non-stop” z Neesonem.

          • Krzysztof Walecki

            Ale ja się zgadzam, że fabularnie „Bez litości” nie jest niczym oryginalnym, bohater również. Jednak realizacyjnie, porównując film Fuquy do seagalowskich „klasyków”, to niebo, a ziemia. Przy czym nie daję tak wysokiej oceny tylko dlatego, że „Bez litości” wygląda lepiej. Powaga (dla Ciebie kaznodziejstwo), tempo, nawet konstrukcja pozwalająca na te wręcz zupełnie niepotrzebne epizody, które budują jednak dosyć konsekwentną wizję świata. Nawet dialogi ma lepsze niż w standardowym filmie sensacyjnym („Wszystko w tym człowieku jest nie tak”, podsumowuje McCalla Teddy po ich pierwszej rozmowie). I ja, wychowany na Seagalu, Stallonie czy Van Damme, widzę, że z jednej strony „Bez litości” jest spadkobiercą tamtego kina, ale z drugiej chce uniknąć tej rozrywkowości przełomu lat 80/90-tych, która cechowała choćby „Olimp w ogniu”.

          • apolinary

            To może w końcu powiem do końca o co mi chodzi. Nie chciałem tego robić, żeby nikogo nie obrazić.
            Film jest głupi.
            Mało tego – jest głupi jak but.

            Wszystko co dotyczy tego filmu jest na poziomie wyobrażeń 15-latka.
            Uzasadnienie: film nie ma żadnego oparcia w rzeczywistości. Żadnego. Tak świat wyobraża sobie widz filmów właśnie ze Stevenem S. Zaludniają go a) twardziele o gołębim sercu, b) tzw. normalni ludzie (tzn. tacy, którzy nie umieją zabić gołymi rękoma) oraz c) źli, przy czym źli są źli, tzn. źli. Bardzo źli. Mają podły wyraz twarzy i każdym uczynkiem potwierdzają swoje przenaczenie, którym jest powieszenie na drucie kolczastym. Mało tego – są w dodatku głupi – lekceważą Denzela, w wyniku czego ten likwiduje ich w ciągu 19 sekund, więc tym bardziej zasługują na swój los.
            Fabuły nie ma. Fabułę wymyślił 13-letni chłopczyk po obejrzeniu końcowego fragmentu filmu z Sylvestrem Stallone (na początek się spóźnił, bo jeszcze świeciło słóńce). Oto fabuła: źli robią złe rzeczy. Dobry chwilę się waha, ale potem wiesza złych na drucie kolczastym.
            „Zaleta” w postaci „znakomitej realizacji” jest, dla mnie przynajmniej, żadna zaletą. Co do „znakomitej realizacji” to – przepraszam – finałowa rozwałka w rytm jakiejś piosenki hard-rockowej to ma być ta realizacja?! Jest to pomysł na miarę 15-latka, który uważa, że ma „porachunki ze światem”. Zresztą, jak ona wygląda? jest to Kevin sam w hipermarkecie. A to sławetne profesjonale wykonanie, to tak wygląda: zaprawiony w bojach żołnierz widzi, że jego kompan wisi na drucie, więc idzie w tamtym kierunku (!), po czym Denzel przebija mu kark jakimś narzędziem ogrodniczym (!!). Szczytem wszystkiego jest jak bohater Denzela wywierca kolesiowi dziurę wiertarką. Z trudem wyobrażam sobie, że do tego momentu można było traktować ten film poważnie (?), ale po czymś takim?

            Denzel jedzie do Rosji i tam likwiduje glównego złego? (dlaczego nie pojechał na Kreml?) Dlaczego w ogóle nie wysłac go do ISIS? Dlaczego, mimo jego działalności, na świecie wciąż panuje zło?

            Którego fragmentu tego, co opisałem nie wymyśliłby 15-letni młody-gniewny? (przy czym nie mówimy o 15-letnim Mozarcie filmu, tylko raczej o 15-letnim miłośniku kina, ale u którego pragnienia przekraczają możliwości)?
            Przepraszam, jeśli mnie poniosło, ale tak odbieram ten film.
            Szanuję inne punkty widzenia.

          • Krzysztof Walecki

            Bez obaw, nie obrażasz mnie, tylko dlatego, że nazywasz film głupim. Ja sam ostatnio miałem podobne zdanie o „Sabotażu” ze Schwarzeneggerem. Tyle, że wszystkie te idiotyzmy, które znalazłeś w „Bez litości”, ja nazywam schematami i uproszczeniami. Fuqua nie udaje, że opowiada historię „tu i teraz” – jest to bajka, krwawa i brutalna, pełna znajomych motywów, postaci i rozwiązań, na które trzeba wyrazić zgodę, aby dobrze się bawić. Nie traktuję tego filmu tak poważnie jak Ty, być może dlatego nasz odbiór jest diametralnie różny.

  • Andriej

    Tylko nie Chloe Moretz…

  • borat

    ten film to marna podróba człowieka w ogniu,wygląda na to że denzel nam się skończył ze zagrał w takim gniocie 3/10






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

RASPUTIN

Następny tekst

SZEREGOWIEC RYAN - II Wojna Światowa wg KMF



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE