Ben-Hur – recenzja Blu-Ray | FILM.ORG.PL

Ben-Hur – Blu-Ray








Jacek Lubiński
21.02.2013


 FILM

W 1960 r. „Ben-Hur” podbił ówczesną kinematografię, zgarniając 90 zielonych baniek w box office i aż 11 Oscarów (na 12 nominacji – poległ jedynie w kategorii scenariuszowej, gdzie pokonało go „Miejsce na górze”, o którym mało kto dziś pamięta) – rekord wyrównany dopiero przez „Titanica” (który miał nominacji aż 14), a następnie przez „Powrót Króla” (bynajmniej nie chodzi znowu o Camerona), który jednakoż zamienił wszystkie swoje nominacje na statuetki. Od tego sukcesu wiele wody w Mississipi upłynęło, a w kinie zmieniło się jeszcze więcej, lecz „Ben-Hur” pozostał żywym klasykiem, o którym słyszał właściwie każdy, nawet niezbyt rozgarnięty kinoman (i przypuszczalnie widział także podczas jakiegoś obiadku z rodziną, gdyż TVP lubuje się w puszczaniu go w okresach świątecznych).

Dziś co prawda film nie robi aż takiego wrażenia, jak w dniu premiery, a i z łatwością da się wskazać w nim kilka elementów trącących już myszką, ale to wciąż wielkie, epickie widowisko, zrobione ‘po bożemu’, jakich dziś właściwie się nie spotyka. Całość broni się zresztą mocno nie tyle pod względem widowiskowości (choć z legendarnym wyścigiem rydwanów wciąż mało co może się równać!), ale fabuły, która poprowadzona jest pierwszorzędnie, i której emocjonalnej siły pozazdrościć może wielu współczesnych twórców. I tam, gdzie oni dosłownie wychodzą z siebie by zdobyć sobie widza, „Ben-Hur” czyni to bez większego problemu. Abstrahując już od takich rzeczy, jak lekko ‘na siłę’ dopięty do całości wątek Jezusa, który dziś z pewnością wiele osób przyjmie w zupełnie inny sposób, jak i prawdziwie monumentalną długość tego fresku, która odstraszyć może nawet fanów wspomnianego finału „Władcy Pierścieni” (oba filmy są zbliżone czasowo, ale na „Ben-Hura” trzeba jednak poświęcić tę jedną przerwę na siku więcej), to po prostu piekielnie dobry film. Może nie absolutny top topów (na dzień dzisiejszy to nr. 171 w IMDb Top 250), ale z pewnością, choćby w minimalnym stopniu, jest to arcydzieło.

I jak każde arcydzieło, tak i „Ben-Hur” doczekał się przez lata całej wuchty wydań na różnorodnych nośnikach. Pomińmy może jednak wszelkie ‘relikty’ przeszłości i skupmy się na teraźniejszości – zwłaszcza, że nie tak dawno film doczekał się wydania Blu-ray na 50-tą rocznicę istnienia. I przez te kilka lat jakie od tejże rocznicy minęło rozbija się po świecie w różnych, kwadratowych i podłużnych edycjach. Przykładowo w królestwie angielskim można go nabyć w steelbooku, na którym znajduje się także UV Digital Copy, a ‘żabojady’ proponują nam tzw. metalpak w środku którego znajdziemy aż trzy nośniki: BD, DVD i CD. W większości Europy, także i w Polsce film doczekał się natomiast albo standardowej edycji w amarayu (okazjonalnie wpakowanym jeszcze w tekturkę) albo w digipacku dla wybrednych.

Literki tej recenzji, jak i moje kciuki wędrują jednak w stronę amerykańskiego wydania kolekcjonerskiego, oznaczonego dumną nazwą „Ultimate Collector’s Edition” – będącego de facto edycją podłużną (szczegóły wymiarów niżej) i wypasioną, która zawstydziła resztę globu. Przy czym miło jest mi oznajmić, iż owo wydanko jest nie tylko pozbawione blokad regionalnych, ale jest także ‘polish friendly’. Tym bardziej dziwi więc, że nie zdecydowano się go wypuścić w kraju nad Wisłą. Ale cóż zrobić…

 OBRAZ    

Film umieszczono na dwóch płytach 50 gb (oczywista pozostałość po czasach, gdzie wielkie widowiska dzielono na pół, z muzyczną przerwą w środku) – z druga jest jednowarstwowa – i zapisano w niemalże oryginalnym formacie 2.76:1, jako MPEG-4 AVC (27.84 Mbps), rzecz jasna w 1080p. Sam film zarejestrowany został za pomocą tzw. Camera 65, która była ‘dzieckiem’ studia MGM. Kamera ta filmowała w formacie 70mm, rezerwując 65mm na zapis obrazu i dodatkowe 5mm dla magnetycznego zapisu dźwięku. Całość była mocno zbliżona do (i przez wielu wręcz mylona z) Ultra Panavision 70, ale różniła się formatem wyświetlania. Nie będę tu jednak wdawać się w historyczne technikalia (osobom zainteresowanym tematem polecam google ;) i przejdę od razu do jakości obrazu, w HD oczywiście.

WOW! To było pierwsze wypowiedziane przeze mnie słowo, tuż po tym, jak otrząsnąłem się z wrażenia. Warner odwalił kawał wspaniałej roboty i sprawił, że film wygląda po prostu znakomicie pod każdym względem. Zachwycają kolory, w które tchnięto nowe życie, ilość szczegółów i detali (zwłaszcza w scenach zbiorowych – a tych przecież dużo) oraz faktura obrazu. Wrażenie jest tym większe, kiedy jesteśmy w stanie przywołać w pamięci seanse na dvd, czy właśnie w telewizji, a być może nawet i w kinie (co prawda nie wiem jak w dniu premiery, ale dzisiejsze istniejące kopie, na które można się od święta załapać w kinach studyjnych raczej nie wyglądają zbyt pięknie).

Oczywiście tu i ówdzie daje o sobie znać wiek filmu, ale bardziej na zasadzie charakterystycznej aury i sposobu, w jaki został nakręcony, aniżeli ubytków w obrazie, który śmiało może konkurować na tym polu ze współczesnymi blockbusterami. Zwłaszcza, że od pierwszej do ostatniej sekundy nie uświadczymy tu problemów z zabrudzeniami lub uszkodzeniami ‘taśmy’, a i nie odnotowałem obecności artefaktów komputerowych, na siłę udoskonalających film. Ziarno jest więc naturalne, kompresja nie stanowi problemu, a ewentualne, okazjonalne utraty ostrości wynikają tylko i wyłącznie z pracy operatora filmu, Roberta L. Surteesa (który nakręcił także „Quo Vadis”, „Żądło” czy „Absolwenta”). Słowem jest to fenomenalna rekonstrukcja, w której nawet na siłę trudno się czegokolwiek doczepić. Absolutna rewelacja!

 

DŹWIĘK

Do wyboru mamy aż 9 różnych ścieżek dźwiękowych – oryginalną DTS-HD Master Audio 5.1 (48kHz, 24-bit) oraz francuską, hiszpańską, niemiecką, włoską i, jak wspomniałem wcześniej, polską w formacie Dolby Digital 5.1 (czyta: Stanisław Olejniczak), a także Dolby Digital Mono dla języka czeskiego, portugalskiego i węgierskiego.

Z kolei proponowane napisy to: angielski i niemiecki dla niesłyszących, chorwacki, czeski, duński, fiński, francuski, grecki, hebrajski, hiszpański, holenderski, islandzki, koreański, norweski, portugalski, rosyjski, rumuński, szwedzki, tajski, węgierski, włoski i, rzecz jasna, polski. I od razu piszę, iż w kontekście tłumaczenia wszystko jest cacy – większość kwestii została oddana poprawnie i brzmi naturalnie, a ponieważ film pozbawiony jest bluzgów oraz drażliwych tematów pokroju dragów i seksu, to i odpada problem z ugrzecznianiem tłumaczenia.

Sam dźwięk w wersji oryginalnej to natomiast kolejny triumf godny Olimpu. „Ben-Hur” na błękitnym krążku brzmi zwyczajnie obłędnie. I nieważne, czy oglądamy akurat wymianę zdań między Judą i Messalą, morską bitwę czy wspomniany wyścig – dialogi słychać dobrze i tam, gdzie powinny mieć wzmożoną siłę, tam ją otrzymują; fale cudnie robijają się o burty statków, miecze dźwięczą o siebie z odpowiednią agresją, a tętęt kopyt i zgrzytanie kół gwarantuje sąsiadom noc pełną wrażeń – nawet jeśli nie oglądają z nami filmu. Wszystkie te elementy są idealnie rozmieszczone pomiędzy głośnikami i nie czuć żadnych niedoróbek, wpadek, ani też kiksów między efektami/przejściami. A genialna ilustracja Miklósa Rózsy, spowijająca wszystkie te wydarzenia, jeszcze nigdy nie niosła się z taką mocą – coś pięknego!

Oczywiście także i tutaj niekiedy daje o sobie znać wiek filmu, lecz pod względem dźwięku został on odnowiony równie wspaniale, co obraz i nie sądzę, aby to wydanie jakkolwiek ustępowało choćby nolanowskim Batmanom. Raz jeszcze maksymalna nota.

 

 DODATKI SPECJALNE  

Tych jest dosyć sporo i rozłożone na trzech płytach prezentują się następująco:

Dysk 1 i 2:

komentarz historyka filmu, T. Gene Hatchera i Charltona Hestona nie jest to absolutne novum w historii wydawnictw tego filmu (wszak Heston zmarł w 2008 r.), ale dobrze, że o nim nie zapomniano. Jest to komentarz o tyle ciekawy, że prezentuje dwa różne podejścia do tematu. Z jednej strony mamy Hatchera, który posiada sporą wiedzę i jest niezłym gawędziarzem, ale często pozwala sobie na mało obiektywne spostrzeżenia i nie jest osobą bezpośrednio związaną z filmem. Tu właśnie wkracza Heston (aczkolwiek panowie nie spotkali się z tej okazji – są to dwa odrębne, zgrabnie zmontowane w jeden komentarze), który przede wszystkim dostarcza informacji ‘wprost z planu’, trochę osobistych historyjek oraz wgląd w ówczesną sytuację studia MGM. Często są to zaskakująco dokładne opisy (zważywszy na wiek filmu/aktora), a przy tym pozbawione częstego we wspominkach sentymentalizmu.

wyodrębniona ścieżka muzycza Mikosa Rózsy  dodatek bardziej dla melomanów, lecz z pewnością równie wartościowy. Ta potężna muzyka, opus magnum węgierskiego kompozytora zaprezentowana jest w nieco rozczarowującym, ale spełniającym swe zadanie Dolby Digital 2.0 i, podobnie jak komentarz, jej dalszy ciąg znajdziemy na płycie drugiej.

trailery – pięć różnych zapowiedzi filmu: począwszy od teasera, a na zwiastunie na 10. rocznicę, przy ponownym wejściu do kin skończywszy; całość trwa circa 14 min. i jest w standardowej roździelczości.

Dysk 3:

Charlton Heston and Ben-Hur: A Personal Journey – prawie 80-minutowy dokument w HD o aktorze i jego swoistym związku z „Ben-Hurem”. Hestona wspomina m.in. jego żona, syn i córka, jak i cała masa współpracowników i przyjaciół. W wypowiedzi wmontowano archiwalne filmiki, także z życia prywatnego, co tym bardziej czyni go cennym, nawet jeśli nie ustrzega się on niewielkich wpadek pokroju wypowiedzi osób, które nigdy się z nim bezpośrednio nie zetknęły.

Ben-Hur, niema wersja z 1925 r. – jeśli ktoś chce zobaczyć, jak wyglądała pierwsza ekranizacja, oto okazja. Niemal dwu i pół godzinny film, choć zdecydowanie przegrywa ze swym remakiem, sprawia całkiem niezłe wrażenie także dziś, a jedynym mankamentem tego dodatku może być fakt, iż nie doczekał się on tu HD, choć jest to jego odnowiona wersja.

Ben-Hur: The Epic That Changed Cinema – niemal godzinny dokument (i tak, ponownie w SD) o wpływie filmu na dany gatunek i kino w ogóle. Wśród wypowiadających się na ten temat jest m.in. George Lucas. Całość, acz niesie ze sobą nowe aspekty poznawcze, zdecydowanie trąci myszką i jest aż nadto przesłodzona (brakuje jedynie informacji o tym, że „Ben-Hur” leczy raka).

figurka z edycji Best Buy

Ben-Hur: The Making of an Epic – typowy i w standardowym formacie making of. Podczas najbliższej godziny odwiedzimy plan zdjęciowy, dowiemy się nieco o całym przedsięwzięciu, jak i książce, na której zostało ono oparte, a wszystko ubarwione wywiadami z twórcami.

Ben-Hur: A Journey Through Pictures – pięciominutowy kolaż zdjęć i storyboardów pod muzykę z filmu; SD.

Screen Tests – czyli nic innego, jak testy zdjęciowe z castingu do filmu. Warto zerknąć, gdyż pojawiają sie tu takie sławy, jak Leslie Nielsen i George Baker. Całość zamyka się w pół godzinie i też jest w standardowym formacie.

Highlights from the 1960 Academy Awards Telecast – migawki z 32. ceremonii wręczenia Oscarów, niecałe 10 minut materiału w SD.

Newsreels – swoista kronika filmowa utkana z materiałów z różnych premier i promocji filmu, czyli sympatyczne ponad 9 minut w standardowej definicji.

 

   WYDANIE   

Godne klasyka! Ostateczna Edycja Kolekcjonerska zaprawdy zasługuje także i pod tym względem na swoją nazwę, gdyż trudno wyobrazić sobie, iż coś można by tu było jeszcze dodać – może jedynie replikę rydwanu… Aczkolwiek, o ironio!, amerykańska sieć sklepów Best Buy wydała też swoją wersję UCE, z dodaną do całości figurką rzymskiego legionisty (jej foto wyżej), którą można dostać także ponoć i na rynku niemieckim, lecz w nieco innym zestawie.

 

Książka posiada 64 przepięknie ilustrowane strony, błyszczący papier i sporo świetnych zdjęć z produkcji, biografie oraz liczne materiały prasowe, w tym także popremierowe reakcje krytyków. Natomiast dziennik, już mniejszych rozmiarów, acz też w twardej okładce z upiększeniami i nakładką, jest wierną, 128-stronicową repliką zapisków aktora z planu – mamy więc swoisty kalendarz zdjęciowy wypełniony prywatnymi przemyśleniami, okazjonalnymi szkicami i wlepionymi weń bonusami w rodzaju zdjęć i biletów. Coś wspaniałego.

 

Całość włożono dodatkowo w całkiem solidną tekturkę z wizerunkiem Hestona, tytułem filmu, a na odwrocie specyfikacjami wydania. Spełnia ona jednak nie tylko informacyjną rolę, lecz także i ochronną. Radziłbym więc zachować ją, choćby i po to, by postawiony pionowo box zwyczajnie się nie otworzył, a przy okazji także nie uległ przypadkowym zabrudzeniom i… kurzowi.

 

PODSUMOWANIE  

To wydanie warto polecić nie tylko fanom danej produkcji, lecz kinomanom w ogóle, gdyż prezentuje sobą ważny urywek historii X-muzy i jedno z jej najpotężniejszych dzieł. A jeśli ktoś zbiera filmy, jest to pozycja bezwzględnie obowiązkowa, która już samą swoją obecnością na półce znacząco podnosi prestiż kolekcji. Dodatkowym atutem jest także dostępność – w przeciwieństwie do wielu innych limitowanych edycji specjalnych, „Ben-Hura” wciąż można nabyć bez większych problemów, przeważnie w miarę tanio (na chwilę obecną jest to wydatek ok. 100 – 150 zł w zależności od sklepu, a i często zdarzają się promocje, warto też obserwować serwisy aukcyjne). To bezsprzecznie jedna z tych pozycji, dla której opłaca się przegłodzić raz żonę albo pozbawić syna nowych spodni, byleby tylko móc położyć nań swe łapy. Kupować!*

* – I nie, Warner mi nie zapłacił za autoreklamę!

 

Jacek Lubiński

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.
Jacek Lubiński






  • kazik

    Doceniam staranność wydania, wszystkie dodatki, ale zwyczajnie nie mogę już oglądać tego typu filmów. Męczy mnie ta nadreprezentacja szerokich planów, teatralność gestów,czy może raczej pewna groteskowość, te nieszczęsne rozmycia kobiecych twarzy… no i dopowiadające absolutnie wszystko dialogi. Warto też napisać o równie imponującej liczbie koni, która straciła życie podczas realizacji sceny pościgu rydwanów. Ciekawe czy odnotowano ten fakt w owej pięknej, kolorowej książeczce?

    • Adam Misiura

      Mam to samo odczucie, kiedy oglądam Quo Vadis z 1951 roku. Ale w sumie fajnie jest obejrzeć film powstały w złotych latach hollywoodu, kiedy to powstawały takie kolosy.

  • Wezyr

    Ben Hur jest genialny. Wciska w fotel i po wielokroć przebija realizacyjnie wiele późniejszych filmów. Kto nie lubi starego kina, ten wiele traci.

  • Pingback: Szybka Piątka #26 – Największe filmowe zaległości (ha, przyznać się!) | FILM.ORG.PL()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Kto zgarnie Oscara? Część 3 - reżyserzy i scenariusze

Następny tekst

Sugar Man



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE