nowości kinowe

Ben Hur (1959)

Wiekopomne dzieło Williama Wylera, które każdy kinoman powinien znać.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Definicja doskonałości

Jako recenzent często zastanawiam się, jakie warunki powinien spełnić film, by stać się arcydziełem. Bo sięgnięcie po status wiekopomności nie jest oczywiście łatwe. Zwykle dany twór nie powinien być nim sygnowany z dnia na dzień, pod wpływem emocji. Nie chodzi bowiem tylko o sięganie doskonałości. To raczej obiektywny sąd, będący wynikiem analizy porównawczej, czyli dostrzeżenia tego, jak dzieło na przestrzeni lat wypada na tle innych dzieł, i tego, jak wiele innym – widzom i twórcom – zdołało przekazać. Historia kinematografii zapisana została przykładami filmów, które osiągnęły taki wzorcowy szczyt. Jednym z nich jest Ben Hur z 1959. Według mnie w tym dwuwyrazowym tytule kryje się właśnie najkrótsza definicja filmowego arcydzieła.

Ceremonia rozdania Oscarów z 1960 była przełomowa i zapisała się na stałe w historii. Nominowany w dwunastu kategoriach Ben Hur zgarnął aż jedenaście statuetek złotego rycerza. Najlepszy film, reżyser, aktor pierwszoplanowy i drugoplanowy, a także najlepsza muzyka, scenografia, efekty specjalne, kostiumy, zdjęcia, dźwięk i montaż – tak wyglądał jego triumf. Obraz został doceniony w niemal każdym elemencie filmowego języka. Przez trzydzieści osiem lat żaden filmowiec nie zdołał powtórzyć tego sukcesu (zmienił to dopiero James Cameron swoim Titanikiem). Zwycięstwo prestiżowej nagrody akademii było także rezultatem sukcesu kasowego, jaki uzyskał film – przy piętnastu milionach dolarów na produkcję, udało mu się zarobić aż siedemdziesiąt pięć, co było sumami rekordowymi. Wielkość filmu przejawiała się w niemal każdym jego kadrze i tak zostało do dziś. Jednakże pechową dwunastą kategorią, w której Ben Hur nie zdołał zatriumfować w Oscarach, paradoksalnie był… scenariusz. Być może na decyzję Akademii wpłynęły zawirowania, które towarzyszyły twórcom podczas tworzenia literackiej podstawy filmu.

ben-hur1959

Scenariusz

Ben Hur z 1959 był nie tylko adaptacją prozy Lew Wallace’a z 1880 pt. Ben-Hur: A Tale of the Christ, ale także stanowił dźwiękowy remake niemego filmu z 1925 roku o tym samym tytule. Był zatem pierwszym remakiem w historii Oscarów, któremu udało się zwyciężyć w najważniejszej kategorii (drugim była dopiero Infiltracja). Ale pisanie do niego scenariusza było żmudnym procesem – skrypt wielokrotnie bowiem przerabiano. Dość powiedzieć, że przed finalną wersją powstało aż czterdzieści jego wersji, pisanych przez kilkunastu scenarzystów. Ci byli notorycznie zmieniani, na ich pracę nakładano poprawki, by w konsekwencji i tak wracać do pomysłów, które formułowano w pierwotnych wersjach tekstu. Notabene w jednej z odrzuconych przez reżysera wersji zawarte były sugestie o homoerotycznej relacji zachodzącej między dwójką głównych bohaterów.

Reżyser zrezygnował także z podtytułu oryginału, gdyż zależało mu na tym, by tworzona przez niego wizja na wstępie formułowała przekaz uniwersalny religijnie.

Film Williama Wylera opowiada o losach Judy Ben Hura. Rozgrywa się w czasach, gdy ziemie Judei były okupowane przez Imperium Rzymskie. Juda jest bogatym żydowskim księciem, cieszącym się poważaniem wśród swoich pobratymców. Gdy do Jerozolimy przybywa jego dawny przyjaciel z dzieciństwa, Messala, dzierżący stanowisko rzymskiego trybuna, główny bohater jeszcze nie wie, że wkrótce jego życie zmieni się diametralnie. Na skutek splotu niekorzystnych wydarzeń oraz niesprawiedliwych oskarżeń, Ben Hur zostaje przez Messalę zesłany na niewolniczą galerę. Od tego momentu protagonista poprzysięga zemstę oraz odkupienie win. Na jednym z etapów swoich przygód spotyka człowieka imieniem Jezus, który całkowicie odmienia go duchowo.

600600-008C._V165286849_

Realizacja

Dla Williama Wylera, twórcy Rzymskich wakacji i Wichrowych Wzgórz, tworzenie Ben Hura było pierwszym doświadczeniem z tak dużym widowiskiem. Motywacją do jego nakręcenia miała być chęć dorównania słynnym dziełom Cecila B. DeMille’a, pokroju Dziesięciorga przykazań, ale niemałe znaczenie musiała mieć także gaża. Reżyser podjął pracę za rekordowe jak na tamte czasy pieniądze – trzysta pięćdziesiąt tysięcy dolarów oraz osiem procent z wpływów. Za cel nadrzędny postawił sobie uzyskanie efektu monumentalności, wyrażonego wyjątkową oprawą wizualną. Udało się to dzięki staraniom, które dziś można określić w liczbach. Film realizowały łącznie trzy ekipy, których prace koordynował Wyler. W produkcji wzięło udział trzystu sześćdziesięciu pięciu aktorów i pięćdziesiąt tysięcy statystów. Na potrzeby filmu uszyto sto tysięcy kostiumów i wybudowano trzysta dekoracji. Nie ma jednak monumentalności bez monumentalnych scen. W Ben Hurze jest ich wiele, ale tą najbardziej pamiętną jest scena wyścigu rydwanów.

Film kosztował piętnaście milionów dolarów, a z tego aż cztery miliony przeznaczono na wyścig rydwanów. Za jego nakręcenie odpowiadał Andrew Morton, drugi reżyser. Specjalnie na potrzeby filmu wyszkolono siedemdziesiąt osiem koni. Wybudowano też osiemdziesiąt rydwanów, z czego połowa wykorzystana została do ćwiczeń. Czterdzieści tysięcy ton piasku zużyto do przygotowania stadionu, na którym odbył się wyścig. Ponadto samo kręcenie sceny trwało pięć tygodni i było nadzorowane przez specjalistów, którzy brali udział w pracach przy poprzednim Ben Hurze. Charlton Heston co prawda nauczył się prowadzić rydwan już podczas zdjęć do Dziesięciorga przykazań, ale i tak potrzebował około miesiąca na doszlifowanie swoich umiejętności. Mógł czuć się bezpiecznie, gdyż trudniejsze momenty kręcone były pod czujnym okiem Yakima Canutta, jednego z najbardziej znanych kaskaderów tamtych czasów. Wysiłek się opłacił – scena wyścigu rydwanów jest najbardziej emocjonującym momentem filmu i do dziś stanowi jego chlubną wizytówkę. To na niej wzorował się George Lucas w Mrocznym Widmie podczas kręcenia sceny wyścigu Boonta Eve Classic, a także wielu innych twórców. Jeśli nie jesteście w stanie wygospodarować ponad trzech godzin na obejrzenie filmu Wylera, warto poświęcić swój czas chociażby tej jednej, perfekcyjnie nakręconej sekwencji

Ben-Hur, 1959_0006

Aktorzy

William Wyler nie był pierwszym wyborem studia MGM na reżysera. Przymiarki do produkcji rozpoczęły się już w 1956, a za nowego Ben Hura wówczas odpowiadać miał Sidney Franklin. Podobna sytuacja miała miejsce z aktorami. Choć dziś trudno sobie wyobrazić, by w rolę Judy Ben Hura mógł wcielić się inny aktor niż Charlton Heston, to jednak warto nadmienić, iż został przez studio wybrany dopiero po rezygnacji innych kandydatów. Wśród nich byli m.in. Marlon Brando i Paul Newman. Ten drugi odmówił studiu, ponieważ twierdził, że źle prezentuje się w tunice – miał ją okazję nosić kilka lat wcześniej w Srebrnym kielichu i nie wspominał tego doświadczenia dobrze. Z roli Ben Hura zrezygnował także Burt Lancaster. Ten jednak kierował się pobudkami ideologicznymi, gdyż jako zadeklarowanemu ateiście trudno mu było utożsamić się z religijnym wydźwiękiem filmu (inna sprawa, że jako niespełna pięćdziesięciolatek był do roli wyraźnie za stary). Stanęło jednak na Hestonie. Na planie filmu Wylera, aktor stworzył największą rolę w swojej karierze.

I przemawiają za tym nie tylko oceny i odczucia, ale i fakty. Na ponad dwieście minut filmowego metrażu, Heston pojawia na ekranie niemalże przez cały film, dominując niezaprzeczalną charyzmą i tworząc tym samym najdłuższą kreację w historii nagrodzoną Oscarem.

Z ciekawostek: warto nadmienić, że zanim Stephen Boyd zgodził się zagrać Messalę, z początku przymierzany był do niej, uwaga, Leslie Nielsen. Z kolei Martha Scott, która w filmie wcieliła się w matkę głównego bohatera, powtórzyła swoją rolę z Dziesięciorga przykazań, gdzie również matkowała Hestonowi. Twórcom nie przeszkadzało, że była zaledwie dziesięć lat starsza od aktora.

600600-010C._V165286826_

Wydźwięk

Jak się okazuje, nie tylko Burt Lancaster miał problem z religijnym wydźwiękiem filmu. Pierwotnie część zdjęć na pustyni nakręcono najpierw w Libii. Ale gdy rząd zorientował się, że film będzie propagował chrześcijaństwo – zakazano dalszych zdjęć na terenie kraju. Wtedy ekipa przeniosła się do Hiszpanii, do jednej z europejskich pustyń. Należy oddać jednak filmowi, że choć odnosi się do Biblii, to jednak nie jest w swym przekazie nachalny i kreuje swoje morały w sposób znacznie uniwersalny, niż może się to wydawać. Choć, jak by nie patrzeć, wykorzystuje do tego postać kojarzącą się stricte z chrześcijaństwem.

William Wyler,  reżyser niekryjący swego żydowskiego pochodzenia, zwykł żartować, że potrzebny był Żyd, by w końcu nakręcić dobry film o Jezusie. I jest się w tym stwierdzeniu niemało prawdy. Paradoksalnie roztoczenie aury tajemnicy wokół postaci Chrystusa poprzez niepokazywanie jego twarzy (na specjalne życzenie spadkobierców autora książki) oraz umieszczenie go w filmie tylko w ramach pojedynczych epizodów towarzyszących głównemu bohaterowi sprawiło, że obecność chrześcijańskiej ikony na ekranie niezwykle intryguje i elektryzuje podczas seansu. Nie da się także odmówić wpływu, jaki tajemniczy Nazarejczyk wywiera na protagoniście, kierując jego wewnętrzną przemianą. Dzięki temu, w Judzie Ben Hurze i jego zawiłych losach dane nam jest widzieć odbicie każdego z nas, odnajdującego światło po latach trwogi i zagubienia. Przesłanie obrazu daje nadzieję, że bez względu na wszystko, pokierowani silną wiarą nigdy nie zostaniemy sami, i że zawsze jest szansa na odwrócenie złego fatum. Z tego też względu film po latach docenił także Watykan, umieszczając go na liście filmów o szczególnej wartości religijnej. Do dzisiaj jest jedynym hollywoodzkim filmem w ten sposób wyróżnionym.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane