Behind the Candelabra - dyskusja o filmie | FILM.ORG.PL

Behind the Candelabra (dyskusja prosto z Cannes)

Soderbergh nie popada tu w ani jedną fałszywą nutę, a cała opowieść od początku do końca sprawia wrażenie bardzo przemyślanej i konsekwentnej. Genialna rola Michaela Douglasa!




Jeden z najlepszych filmów Soderbergha




23.05.2013


F: Jak już kilka razy sygnalizowałem, liczę na na to, że nagroda dla najlepszego aktora festiwalu powędruje do rąk Benicio Del Toro za rolę tytułową w filmie „Jimmy P.”. Michael Douglas wraz ze swoim Liberace nie pozostawia chyba żadnych szans konkurencji. Rola faktycznie bardzo dobra. Nie mogę pozbyć się jednak wrażenia, że Douglas miał zdecydowanie ułatwione zadanie. Zmanierowany do granic możliwości Liberace był sam w sobie postacią tak mocno charakterystyczną, że Douglasowi wystarczyło „wykuć” się jego zachowań na pamięć. Nagroda aktorska w Cannes prawie pewna, USA też prawdopodobnie oszaleje na punkcie tej kreacji. Co myślisz o Douglasie paradującym w pawich piórach i cekinach? No i czy podstarzały detektyw Nick Curran pasuje do wypacykowanego Matta Damona?

K: Ha, zdecydowanie. Widząc ich umizgi aż trudno uwierzyć, że na ekranie oglądamy odtwórców ról Gordona Gekko i Jasona Bourne’a. Między obydwoma panami panuje tu wyraźna chemia, zaskakująca aktorska swoboda i brak hamulców: żaden z nich nie boi się o swój wizerunek. Prawdą jest jednak, że Douglas miał tu zdecydowanie ułatwione zadanie, choć nie umniejsza to znakomitości jego kreacji (będzie Złoty Glob jak nic). Wciąż jednak liczę na zwycięstwo Del Toro, bo facet stworzył postać „od zera”, no i zdecydowanie bardziej skomplikowaną niż ta przedstawiona przez Douglasa. Jednak wracając do filmu Soderbergha, jego prawdziwym zaskoczeniem była dla mnie rola Damona, którego postać jest tu przecież centralna dla fabuły. Matt gra Scotta – młodego geja marzącego o karierze weterynarza, który szybko ulega jednak urokowi Liberace i powoli staje się jego własnością. Damon gra rewelacyjnie; jest w nim delikatność, poddańczość, czasami złość i zazdrość, nie raz drwi ze swojego dotychczasowego macho-wizerunku, co reżyser wykorzystuje bez żadnych oporów.

F: W ogóle, trzeba to powiedzieć jasno i wyraźnie – „Behind the Candelabra” to zdecydowanie jeden z najlepszych filmów Stevena Soderbergha. Historia jest tutaj dosyć prosta, ponieważ mamy do czynienia z klasycznym scenariuszem, w którym dwójka ludzi spotyka się, zaczyna wieść szczęśliwe życie. Jeden bogaty, drugi biedny jak mysz kościelna. Na początku raj, z upływem czasu coraz bliżej do piekła. Nie o to jednak chodzi. Sodherberg jest bowiem doskonały warsztatowo. Z prostej konwencji, wyciska dosłownie wszystko, co mógłby z niej uzyskać. W tym filmie nie ma żadnych realizatorskich potknięć. Wszystkie dopięte jest na ostatni guzik – tak, jak sceniczne występy samego Liberace.

K: Soderbergh nie popada tu w ani jedną fałszywą nutę, a cała opowieść od początku do końca sprawia wrażenie bardzo przemyślanej i konsekwentnej. Wspaniała robota i być może Palma za reżyserię, zresztą byłaby ona w pełni zasłużona. Pomaga też bardzo dobry scenariusz, który nie popełnia wielu błędów filmów biograficznych; postaci są napisane fantastycznie, ich interakcje przekonujące, a proces powolnego przeistaczania się udanego związku w toksyczną, wyniszczającą relację poprowadzony z wielkim wyczuciem. Nie jest to – na szczęście – opowieść o karierze Liberace widziana z perspektywy jego ukochanego. To historia Scotta, który powoli staje się własnością słynnego muzyka, jego zabawką, którą ten może odrzucić gdy tylko znajdzie się odpowiedni ku temu pretekst.

F: Soderberghowi wyraźnie zależy na tym, aby zakomunikować widzom, że nie chce stawiać nikomu pomników. Zresztą, sam tytuł – „Za świecznikami”, czyli za tym, o czym mówią media oraz napisane pod publiczkę monografie. Liberace jest w oczach Scotta zupełnie inną postacią niż ta, która wieczorami pojawia się na scenie wraz ze swoim pianinem oraz kiczowatymi rekwizytami. To człowiek z jednej strony uzależniony od sławy oraz poklasku, a z drugiej mocno nimi zmęczony. Można by z tego filmu zrobić dramat odbywający się w grobowej atmosferze. Soderbergh wybiera na szczęście zupełnie inną drogę. „Behind the Candelabra”, mimo gorzkich konkluzji na temat showbiznesu oraz gorączki sławy, pełne jest humoru. Pojawia się on na wszystkich poziomach opowieści. Śmieszą rekwizyty oraz stroje Liberace, operacje plastyczne bohaterów (oraz lekarz, który je wykonuje – genialnie napisana postać), dialogi. Soderbergh naprawdę się popisał. Jeśli tak miałoby wygladać jego pożegnanie z kinem, to muszę przyznać, że schodziłby ze sceny z podniesionymi rękawicami (mimo wielu knock-downów po drodze).

K: Swoją drogą cały film, mimo że jest produkcją telewizyjną, w swojej realizacji i rozmachu jest bardzo „kinowy”. Udowadnia to świetnie, że Soderbergh tak naprawdę nie żegna się z kinem, po prostu zamienia je na mniejsze, te domowe. Nie widać twórczego zmęczenia, a raczej nową niespodziewaną reżyserską energię, przenikliwość której brakowało kilku jego ostatnim wielkim projektom i jakąś większą realizacyjną odwagę. Wygląda na to, że nagła decyzja Soderberga może mu wyjść na dobre i odnaleźć nowy, donośniejszy i drapieżniejszy głos.

F: Ciekawy jestem czy „Behind the Candelabra” ostatecznie trafi do kinowej dystrybucji, czy HBO faktycznie zachowa ją dla swoich odbiorców. Rewelacyjne recenzje w Cannes, niemal pewna nagroda dla Douglasa, jeden z najciekawszych aktorskich duetów od lat – jeśli film faktycznie powędruje prost do dystrybucji telewizyjnej będzie to pewnego rodzaju przełom. Niemniej, gdyby Sodherbergh miał tworzyć w telewizji filmy na takim poziomie, to niech nigdy nie wraca już do kina.

K: „Behind the Candellabra” bez wątpienia zapowiada się na duże telewizyjne wydarzenie, a twórców czeka prawdziwy deszcz zasłużonych nagród. Soderbergh po kilku kinówkach stworzonych rzutem na taśmę przechodzi do telewizji w wielkim stylu no i słusznie, niech już tu zostanie. Jeśli zaś chodzi o szanse na festiwalowe nagrody: nie ukrywam, że po pierwszym pojawieniu się Douglasa w filmie z moich ust wydobyło się krótkie „nosz k*rwa!”, bo zdałem sobie sprawę, że to niemal murowany zwycięzca: autentyczna postać, aktor łamiący tabu i bawiący się wizerunkiem, a do tego wracający na ekran po wymęczającej chorobie. Wciąż trzymam kciuki (do białości!) za del Toro, po cichu licząc na nagrodę dla Soderbergha.












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Cannes, dzień 7: Czasem słońce, czasem deszcz

Następny tekst

Hotel Transylwania na blu-ray (CinemaFrankenstein)



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE