nowości kinowe

Battleship: Bitwa o Ziemię

Najdroższa reklama amerykańskiego wojska od czasu pierwszej części "Transformers". Za długa, zbyt nijaka i niepotrzebnie napuszona. A film Michaela Baya miał dużo lepsze sceny akcji.

Autor: Maciek Poleszak
opublikowano

Recenzja pojawiła się wcześniej w serwisie Paradoks.

Co ciekawego można jeszcze powiedzieć w temacie "obcy przylatują na Ziemię i chcą nam zrobić kuku", skoro od czasu "Dnia niepodległości" u standardowych przedstawicieli gatunku zmienia się tylko scenografia? Można próbować leciutko odchodzić od klimatu globalnej zagłady na rzecz węższego ujęcia i poprowadzenia akcji z perspektywy tylko grupy bohaterów, można by też w końcu nakręcić film, w którym obcy zwyciężają, koniec, kropka. Można też (tak jak producenci "Battleship") poświęcić takim rozważaniom jeszcze mniej czasu niż ja i po prostu wysłać reżysera z całą resztą ekipy filmowej na plan zdjęciowy, ustalając zawczasu deadline, datę premiery kinowej oraz prognozę wpływów z biletów, ujętą w budżecie na kolejny rok.

"Nakręćmy film na podstawie gry w statki". Wszystko wskazuje na to, że to jakby wyciągnięte z suchego dowcipu zdanie musiało gdzieś kiedyś najwyraźniej paść, bo plakaty nowego filmu Petera Berga porozwieszane przed kinami to raczej nie moje halucynacje. Ale nic to, złośliwy nie będę, bo materiał do żartów z tego powodu jest tak obszerny i oczywisty, że każdy jest w stanie sklecić coś we własnym zakresie i nie zamierzam nikomu tej przyjemności odbierać. A wszystko zaczęło się najprawdopodobniej od tego, że jakiś oficer amerykańskiej Marynarki Wojennej obejrzał arcydrogą reklamę US Army pod tytułem "Transformers" i stwierdził, że US Navy gorsze być nie może.

Jako kampania marketingowa "Battleship" spełnia swoje zadanie w stu procentach. Czego możemy dowiedzieć się z filmu? Po pierwsze w US Navy czekają Cię niemal nieograniczone perspektywy rozwoju. Nieważne czy, podobnie jak główny bohater, odznaczasz się tzw. "trudnym charakterem", a twój urok osobisty sprawia, że każda nowo poznana osoba ma ochotę zdzielić cię w twarz przy pierwszej nadarzającej się okazji. Jeśli masz w sobie głęboko ukryty potencjał, czasem jesteś błyskotliwy i potrafisz recytować dzieła Homera z pamięci – gratulacje. Od momentu zaciągnięcia do dosłużenia się stopnia kapitana dzielą cię tylko dwa cięcia montażowe i ekran tytułowy. Po drugie, na każdego rannego w działaniach wojennych marynarza czeka bogate zaplecze szpitalno – rehabilitacyjne z siłownią i psychologiem już w opcji standard. Protezy twoich kończyn będziesz sobie chwalił lepiej niż oryginały! Po trzecie, jeśli już odsłużysz swoje, to dożyjesz sędziwego wieku zdrowy i sprawny, tak, aby w odpowiedniej chwili wrócić do czynnej służby w celu skopania paru wrogich tyłków. I po czwarte, sprzęt US Navy jest tak samo długowieczny jak jej marynarze, dzięki czemu przemieniony w muzeum pancernik z okresu II Wojny Światowej w parę minut odzyskuje pełną sprawność bojową. Ech, tyle możliwości. Aż szkoda, że za służbę w obcej armii grozi u nas więzienie.        

Jako zwykły film "Battleship" sprawdza się już trochę gorzej. Już nawet nie chodzi o to, że scenariusz można skomentować jedynie wzruszeniem ramion, połowa wątków niczemu nie służy i jest do wyrzucenia, całość trwa stanowczo za długo a żadnej postaci nie da się polubić, bo każda z nich jest zupełnie nijaka (przez chwilę wydawało się, że Rihanna będzie próbowała udawać Vasquez z "Aliens", co mogłoby być całkiem zabawne, ale szybko wróciła do normy). Bardziej boli fakt, że w filmie, którego atutem miały był wysokobudżetowe, bombastyczne efekty specjalne, nie bardzo jest na czym zawiesić oko. Wspomnianemu wcześniej "Transformers" trudno odmówić dopiętych na ostatni guzik scen akcji, wykonanych mistrzowsko zarówno na poziomie koncepcyjnym jak i realizacyjnym. Samo przywiązanie do szczegółów w każdym calu świadczące o kreatywności reżysera i ekipy odpowiedzialnej za efekty specjalne tworzyło już jakąś wartość. W "Battleship" na bite 130 minut seansu w dosłownie kilku scenach akcji dzieje się cokolwiek wyróżniającego się ponad średnią. A parę razy efektom udaje się wypaść zwyczajnie brzydko, szczególnie gdy wklejone na ekran postaci nijak nie chcą pasować do komputerowego tła.

Jednak największym problemem nowego filmu Berga jest to, że nie bardzo wiadomo jak go odbierać. Niby chciałby być na poważnie, ale patos i powaga są w nim nadmuchane do karykaturalnego poziomu, tak, że człowiek zaczyna się zastanawiać jak w końcu miało być. Czy ten film jest zabawny w swoim nadęciu przez przypadek, czy taki był plan? Czy oddział dziadków – weteranów pojawiających się w pewnym momencie na ekranie w rytm podniosłej muzyki to żart, którego nie zrozumiałem, czy głupota, którą przeoczył reżyser? Kompletna dezorientacja.     

Pomarudziłem i mógłbym marudzić dalej, ale wchodząc na grunt "szukamy plusów na siłę" muszę wspomnieć o dwóch rzeczach, które całkiem mi się spodobały. O dziwo scenariusz całkiem zgrabnie tłumaczy dlaczego obcy nie przylatują po krótkim rekonesansie w pełnej sile i nie robią powtórki z "Dnia niepodległości". Otóż flota zwiadowcza podczas wchodzenia w atmosferę Ziemi traci w wyniku zderzenia z satelitą swój statek – nadajnik dalekiego zasięgu, przez co kosmici zostają odcięci od wsparcia. Niby nic wielkiego, ale lepsze to niż patetyczne tłumaczenie, że zjednoczona ludzkość jest w stanie, dzięki swojemu uporowi i woli walki, pokonać każdego przeciwnika niezależnie od jego przewagi. Całkiem nieźle prezentują się też projekty pojazdów obcych, które wyposażone są w dużą ilość ruchomych elementów i poruszają się "skacząc" po powierzchni morza. Głupie to, ale całkiem malowniczo wygląda.      

PS. Swego czasu James Cameron przełamał na pół wielki statek na ekranie, a Peter Berg chyba nie chciał być gorszy. Zapragnął on nawet przelicytować Króla Świata i w swoim filmie przełamał statek… wzdłuż kadłuba, nie w poprzek.

Ostatnio dodane