nowości kinowe

Bad Country

Wszystko byłoby ok, łącznie z szablonami i grą aktorską, gdyby tylko film pochodził z ostatniej dekady ubiegłego wieku

Autor: Miłosz Drewniak
opublikowano

Kopalnia banałów

260720504_1399834181Niestety zmuszony jestem złamać starożytną zasadę de mortuis aut bene, aut nihil, pisząc o debiutanckim, a zarazem ostatnim filmie Chrisa Brinkera – producenta Świętych z Bostonu, który zmarł na tętniaka aorty przeszło rok temu. Jego Bad Country w żadnym punkcie nie grzeszy oryginalnością, a wręcz przeciwnie – serwuje nam kliszowe, naiwne kino, pretendujące do miana parodii gatunku filmu policyjnego (oczywiście, niezamierzonej).

Bohaterem dziełka Brinkera jest Bud Carter (Willem Dafoe), luizjański Brudny Harry, który usiłuje rozpracować organizację przestępczą, działającą na jego podwórku. Ma też złego ojca, który umiera na raka (postać-pretekst, bo przecież filmowy glina musi borykać się z egzystencjalnymi gównami). Na tym kończy się niestety głębia tej postaci. Mamy też rewers Cartera – bad assa Jesse’ego Weilanda (Matt Dillon), czyli bezwględnego bandziora, który postanawia zostać policyjnym informatorem, bo jako głowa rodziny musi chronić żonkę (Amy Smart) i małego synka. Carterowi w pracy przeszkadza (a jakże!) federalny pod krawatem i z mlecznymi wąsami – Fitch (Chris Marquette), przysłany do złej Luizjany prosto ze stolicy.

Można by siedzieć i wyliczać zabawne nielogiczności Bad Country, ale szkoda czasu. Wystarczy wspomnieć scenę otwarcia, w której porucznik Bud Carter, działając pod przykrywką, ubija interes z gangsterami. Nikomu jednak nie przyszło do głowy, że bandziory oglądają telewizję, w której głośno o procesie niejakiego Gary’ego Planta, aresztowanego przez Cartera. W środku akcji porucznik zostaje zdemaskowany, bo – jak się okazuje – bandziory mają telewizor i zaczyna się strzelanina (uff… w końcu, po tylu dialogach).

8eb92f287c50c6cd5e71eabe0a047a70

Psychologia postaci jest płytka, niczym światopogląd Trypsona i wtórna jak odpady. Dirty cop, gangster-informator (miękki w środku, twardy na zewnątrz) i jego żona (miękka w środku i miękka na zewnątrz) – wcielenie skrzywdzonej niewinności, pełniąca w fabule rolę czysto przedmiotową i stanowiąca tło dla poczynań twardzieli z Luizjany, wszystko to schematy, które doskonale znamy i które budzą w nas śmieszność po tylu dekadach bytności na ekranie. Lutin (Tom Berenger) to szef szefów. Jest bardzo groźny, a jego przydupas Kiersey (Neal McDonough) to tchórz i trochę pajac. Mamy też wspomnianego federała i szefa luizjańskiej policji – kapitana Bannocka (Don Yesso), który stara się wyregulować stosunki między swoimi policjantami a stolicą.

Wszystko byłoby ok, łącznie z szablonami i grą aktorską (bo przecież obsada jest niczego sobie), gdyby tylko film pochodził z ostatniej dekady ubiegłego wieku. Niestety czas gna do przodu, a epigońskie twory pokroju Bad Country nadają się tylko do pijackich, „bekowych” seansów, jako przykład czegoś, co nie powinno powstać.

WB-0398.CR2

Dialogi są niemniej oklepane i przewidywalne, niż cała reszta. Z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku możemy obliczyć, co dana postać powie/zrobi w danym momencie i jakie będą tego konsekwencje. Historia nie wciąga, a wręcz przeciwnie – odpycha nieudolnie poprowadzoną narracją, bez krzty polotu i świeżości. Nawet klimat dzikiej Luizjany nie został w filmie wykorzystany na sto procent, a mógłby stanowić niebanalną emanację psychiki bohaterów.

Do plusów zaliczyć można chyba tylko efekty specjalne, co wcale nie świadczy dobrze o filmie Brinkera, skoro pozbawiony jest choćby jednej, dodatkowej zalety.

Ostatnio dodane