nowości kinowe

Avengers

The Avengers jest dziś, obok pierwszego Iron Mana, najlepszym przedstawicielem uniwersum Marvela na wielkim ekranie.

Autor: Edward Kelley
opublikowano

...każdy z nas inna krew

Moja znajomość twórczości Jossa Whedona pozostawia wiele do życzenia, aczkolwiek to, z czym miałem okazję się zetknąć czy to przy okazji jego telewizyjnych dokonań (Buffy, Angel, Dollhouse) czy rzadszych kinowych (choćby ostatni The Cabin In the Woods) było pozbawione szczególnych rozczarowań; zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Materiał zwykle nieznacznie wyrastał ponad przeciętność, zapewniał godziwą rozrywkę, choć bez specjalnych emocji. Również komiksowe uniwersum Marvela jest mi znane o tyle, o ile miałem okazję zapoznać się z jego kinowymi adaptacjami. W związku z tym mogę chyba o sobie powiedzieć, że podszedłem do ekranizacji The Avengers w miarę wolny od uprzedzeń i bez specjalnych oczekiwań.

Wyrok po seansie? Joss Whedon dał radę! Nie mamy może do czynienia z topową rozrywką spod znaku The Dark Knight czy Incepcji Nolana, ale jego film jest więcej niż solidny, zapewnia z górą dwie godziny lekkiej, pozbawionej kompleksów i pretensji zabawy, nie próbując udawać, że jest czymś więcej. Whedon jako reżyser megabudżetowego widowiska okazał się strzałem w dziesiątkę, co, jak pamiętam, po ogłoszeniu, że to jemu powierzono realizację, budziło u wielu spore wątpliwości.

Pierwsze co samo się narzuca przy próbie podsumowania seansu, to fakt, że reżyser znakomicie poradził sobie z długą listą pierwszoplanowych bohaterów. Nie lada zadaniem było rozdzielenie czasu ekranowego tak, żeby każdy z szóstki (Iron Man, Captain America, Thor, Hulk, Black Widow i Hawkeye) znalazł swoje miejsce w historii. A przecież wciąż trzeba było wygospodarować czas dla czarnego charakteru (Loki), Nicka Fury, Pepper Potts i agenta Coulsona. Powszechną obawą było, że skończy się na Iron Manie 3 i jego drugoplanowych pomocnikach. Tymczasem dzięki scenarzystom, Whedonowi, a zapewne również ostatecznej wersji montażowej, każdy z bohaterów ma swoje momenty i odgrywa istotną rolę w fabule. No może jedynie Hawkeye, jako bohater chyba najmniej znany i popularny, potraktowany został odrobinę po macoszemu.

Kolejną mocną stroną całości jest niewymuszone poczucie humoru i masa inside jokes, nawiązujących do poprzednich dokonań ze stajni Marvela. Oczywiście tradycyjnym źródłem żartów są tarcia między silnymi osobowościami superbohaterów i ego wielkości Teksasu Tony’ego Starka, ale również np. ze smakiem wygrywany przez Whedona kontrast między absolutnym wyciszeniem i spokojem świetnie zagranego przez Marka Ruffalo Bruce’a Bannera, a jego nieobliczalnym zielonym alter ego.

Wspomniane nawiązania do poprzednich fabuł ze świata Marvela z jednej strony są źródłem żartów i tworzą wrażenie ciągłości historii, dając bohaterom przeszłość i czyniąc ich obecność nieprzypadkową, ale z drugiej, dla osób, które nie znają ekranizacji Iron Mana, Thora czy Kapitana Ameryki, mogą być odrobinę dezorientujące, jak choćby tło konfliktu między Thorem i Lokim czy niejasne pochodzenie Steve’a Rogersa. Niemniej do pozytywów należy niewątpliwie zaliczyć to, że oglądając The Avengers ma się zupełnie realne wrażenie, że wkraczamy w środek historii każdego z bohaterów z osobna. Tony Stark wybudował właśnie nowy megabiurowiec i zaprojektował Marka 7.0, Steve Rogers dochodzi do siebie i próbuje odnaleźć w nowym świecie po 70 latach w lodowej bryle, Thor ściga Lokiego, Bruce Banner praktykuje medycynę w Indiach i unika kryjącego się w nim pana Hyde’a, a agenci S.H.I.E.L.D, jak co dzień, ratują świat przed zagładą.

Aktorsko nie ma się do czego przyczepić, ale warto zwrócić uwagę na kapitalny wybór obsadowy, jakim okazał się Mark Ruffalo jako Bruce Banner. Ruffalo zastąpił w tej roli Edwarda Nortona, z którym producenci nie dogadali się na etapie kompletowania obsady, choć wielu liczyło na to, że powtórzy rolę Hulka. Mimo całej sympatii i szacunku do talentu Nortona, trzeba przyznać, że zmiana okazała się strzałem w dziesiątkę. Nowy Bruce Banner swoim poczuciem humoru, dystansem i lekką jakby duchową nieobecnością kradnie wiele scen, nawet tych, w których bierze udział hiper aktywny i dominujący Tony Stark. Mamy też ważne polonicum – w roli rosyjskiego generała przesłuchującego Czarną Wdowę pojawia się nasz własny Jerzy Skolimowski, ostatnio nominowany za reżyserię do weneckiego Złotego Lwa za Essential Killing.

Jeżeli jest coś, co po obejrzeniu The Avengers pozostawia pewien niedosyt, to – tradycyjnie niedomagająca w blockbusterach – fabuła. O ile wszystkie postaci zostały w nią zgrabnie i logicznie wplecione, o tyle samo założenie, że Loki postanawia najechać Ziemię z bandą najemników z innego świata (to nie spoiler – wątek pojawia się już w trailerze) nie dość, że wydaje się cokolwiek niewiarygodne, co do motywacji, to jeszcze przeprowadzone jest po partacku. Akurat w tym obszarze chwalić się nie bardzo jest czym, bo historię trudno nazwać inaczej niż pretekstową.

Niemniej The Avengers w moim mniemaniu, jest dziś, obok pierwszego Iron Mana, najlepszym przedstawicielem uniwersum Marvela na wielkim ekranie i, sądząc z gigantycznego (700 milionów dolarów i rośnie) box-office’u, doczekamy się kolejnych odsłon. Oby równie przyjaznych dla widza.

Ostatnio dodane