Atlas Chmur | FILM.ORG.PL

Atlas chmur

Wachowscy i Tykwer sklejają z ochłapów filmowego Frankensteina, po czym bezowocnie czekają, aż ożywi go jakiś piorun.




Sześć złych filmów naraz




Grzegorz Fortuna
28.11.2012


„Atlas chmur” jest trochę jak „Źródło” Darrena Aronofsky’ego – także opowiada kilka historii, w których pojawiają się postacie z różnych epok, grane przez tych samych aktorów; także stara się mówić o rzeczach, które od zarania dziejów stanowiły dla ludzkości sens egzystencji.

W „Źródle” było jednak sześciu bohaterów, dwójka aktorów i tylko trzy plany czasowe, a sam film trwał półtorej godziny, był zwarty i spójny, choć niekoniecznie łatwy do zrozumienia. W „Atlasie chmur” ważnych bohaterów jest ponad dwudziestu, planów czasowych sześć, a całość zamyka się w – bagatela – prawie trzech godzinach seansu. Dodatkowo twórcy filmu starają się mówić naraz o wszystkich kwestiach, których nazwy zwykło się pisać dużymi literami – Miłości, Odpowiedzialności, Wolności i Przyjaźni. I choć Wachowscy i Tykwer określają „Atlas chmur” mianem swojego opus magnum, trudno nie odnieść wrażenia, że sami się w tym opus magnum bardzo szybko gubią.

Na przemian obserwujemy koleje losu sześciu zestawów bohaterów – w połowie XIX wieku chory notariusz zaprzyjaźnia się podczas podróży statkiem z czarnym niewolnikiem, w 1936 roku kompozytor-homoseksualista zostaje sekretarzem cynicznego mistrza, w 1973 dziennikarka śledcza walczy z wielką firmą energetyczną i stara się uchronić przed śmiercią z rąk płatnego zabójcy, a w 2012 roku podstarzały edytor planuje ucieczkę z domu opieki. Do tego dochodzą dwa wątki rozgrywające się w przyszłości – jeden w futurystycznym Seulu, gdzie wykorzystywany do niewolniczej pracy klon spotyka przedstawiciela ruchu oporu, i jeden w postapokaliptycznym świecie, w którym Tom Hanks udaje, że znowu jest na planie „Cast Away”. 
   
Cała zabawa w „Atlasie chmur” polega na tym, że każdy z aktorów gra kilka zupełnie różnych ról; kobiety grają mężczyzn, mężczyźni kobiety, czarni białych, biali Azjatów, a Hugh Grant – kanibala. Najlepszy zestaw dostał chyba przekomiczny Hugo Weaving, który w jednym wcieleniu jest bezlitosnym zabójcą na usługach firmy energetycznej, w innym skośnookim guru, w kolejnym siostrą Ratched z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, a w jeszcze innym – mroczną wersją Leprechauna. Gdyby potraktować „Atlas chmur” jako niekończącą się (dosłownie, biorąc pod uwagę czas trwania filmu) grę cytatów i zapożyczeń, zupełnie martwą pod względem emocjonalnym, ale stanowiącą zabawę samą w sobie, można by ten film jeszcze jakoś obronić. Materiału jest tu w końcu bez liku – jeżeli w jednej scenie bohater wspomina dla żartu „Zieloną pożywkę”, to możemy być pewni, że znany z filmu Richarda Fleischera motyw powróci w innej historii i w zupełnie innej (zresztą o wiele bardziej poważnej) formie; jeżeli bohaterka z przyszłości ma w imieniu numer 451, to wiemy już, że – niczym w „451 stopniach Fahrenheita” Raya Bradbury'ego – przeciwstawi się opresyjnemu ustrojowi. Reżyserski tercet odnosi się zresztą do wielu klasycznych filmów, od „Matrixa” po „Apocalypto”, i korzysta z szerokiego spektrum gatunków filmowych – od mrocznej dystopii po slapstickową komedię.

Problem leży jednak w tonacji „Atlasu chmur”. Pomimo obecnego w filmie humoru, Wachowscy i Tykwer nie chcą się z widzem pobawić. Chcą zapisać na taśmie filmowej nową Biblię. Patetyczne sentencje i monologi co chwilę atakują widza, niemal wszystkie dialogi mają charakter całkowicie deklaratywny, a każda scena musi – ze względu na mnogość mini-fabuł i konieczność domknięcia każdej z nich – popychać akcję do przodu. Efekt takiego działania jest opłakany – „Atlast chmur” jest niby peanem na cześć opowiadania historii (co sugeruje okraszająca film klamra), ale sam tak naprawdę żadnej historii nie opowiada. Zamiast tego robi dziki rajd po gatunkach, stylistykach i epokach, przebija się z jednego planu do drugiego, dorzuca elipsy, retrospekcje i wtrącenia, sugeruje konotacje pomiędzy losami bohaterów z poszczególnych planów czasowych, ale nigdy, absolutnie nigdy nie zadaje sobie trudu, żeby rzeczywiście coś opowiedzieć.

Wachowscy i Tykwer nie mają nawet czasu, żeby nakreślić charaktery poszczególnych postaci. Zamiast tego uciekają się do wykorzystania wytartych, znanych widzowi klisz, które automatycznie te charaktery narzucą. Targany wątpliwościami przedstawiciel prymitywnego plemienia znajdzie więc w końcu wewnętrzną siłę, bierna przedstawicielka gatunku „podludzi” z przyszłości stanie się symbolem rebelii itd. – to nawet nie są spoilery, bo wszystkich tych rzeczy można się domyśleć już po pierwszym pojawieniu się danego bohatera na ekranie. Każda, potraktowana pobieżnie, historyjka jest tu do bólu oczywista, każdą konkluzję znamy z tysiąca wcześniejszych filmów czy książek. „Atlas chmur” jest nie tyle mozaiką, co filmowym odpowiednikiem efektu pracy jakiegoś wyjątkowo nieutalentowanego doktora Frankensteina (a dokładnie – trzech doktorów Frankensteinów) – niby ładnie pozszywanym (bo montażysta próbuje nadrabiać braki scenarzystów), ale nadal martwym.

Podczas tego sklejania ochłapów twórcy gubią gdzieś sens, który miał ponoć „Atlas chmur” organizować. Oryginalny tagline filmu głosi, że „wszystko się ze sobą łączy”, jedna z bohaterek twierdzi nawet, że „każde nasze działanie wpływa na nasze życia w przyszłości”, ale tych mądrości – i tak już okrutnie banalnych – Wachowscy i Tykwer na ekranie nie realizują. Jeżeli prześledzimy losy kolejnych wcieleń poszczególnych aktorów, to zauważymy, że jedno nie wpływa na drugie, a odtwórcy ról grają dane postacie właściwie tylko dlatego, że tak akurat reżyserom pasowało. Nić łącząca wszystkie historie jest zresztą bardzo wątła – w jednej opowieści pojawiają się listy z poprzedniej, bohaterowie z różnych segmentów mają takie same znamiona itd. Nie ma tu ciągu przyczynowo-skutkowego, sugerowanego hasłem reklamowym, a wspomniane łączniki to po prostu pretekst, żeby sześć historyjek przepleść zgrabnym montażem.

Czym więc jest „Atlas chmur”? Filmem o reinkarnacji, jak chciałaby spora część krytyków? W żadnym wypadku. Główna (i zresztą jedyna) myśl „Atlasu chmur” mówi po prostu, że nasze doświadczenia, przeżycia i emocje są czymś powtarzalnym, czymś, co odczuwały już miliony ludzi przed nami i co kolejne miliony będą w przyszłości odczuwać; że pewne schematy działań powtarzają się bezustannie w toku dziejów i na tym polega – jeśli można to tak górnolotnie określić – sens wszechświata. Nie jest to zbyt skomplikowana teza, wpadli na nią zresztą już starożytni, ale i tak udałoby się ją pewnie ciekawie zilustrować, gdyby reżyserskie trio pozwoliło widowni dojść do tych wniosków na własną rękę. Tymczasem cały czas jesteśmy prowadzeni jak dzieci, a ujęta wyżej prawda przedstawiona zostaje za pomocą patetycznych tekstów, padających raz po raz z ust bohaterów zrobionych z dykty.

Trudno jednak określić „Atlas chmur” mianem absolutnego gniota. Jest to film w jakimś sensie imponujący – tak pod względem rozmiaru produkcji, inscenizacyjnego rozmachu, ilości wykreowanych na ekranie światów jak zupełnie szalonej charakteryzacji. A jeśli puścimy część godnych mistrza Coelho banałów mimo uszu, seans nie będzie wcale tak bolesny, jak mogłoby z powyższej litanii zarzutów wynikać. Na płaszczyźnie myślowej twórcy cały czas poruszają się niestety po mieliźnie i nie udaje im się ożywić właściwie żadnego z kilkunastu pierwszoplanowych bohaterów, przez co „Atlas chmur” jest wielką, momentami niezamierzenie zabawną, porażką. Seans przypomina przez to obserwowanie działań szaleńca, który ubzdurał sobie, że zbuduje kościół z zapałek – nigdy mu to nie wyjdzie, ale samo obserwowanie jest w jakimś sensie ciekawe.

 

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • jaki kwas

    Zapraszam do lektury mniej konwencjonalnej recenzji filmu:

    http://alekwas.blogspot.com/2012/11/atlas-chmur-recenzja-obiektywna.html

  • panegiryk

    Szanuję zdanie recenzenta choć absolutnie się z nim nie zgadzam. Film jest świetny pomimo wielu wad. Oczywiście kwestia kto czego szuka/potrzebuje w samej istocie filmu. Widocznie szukamy zupełnie czegoś innego:)
    pozdrawiam

  • dsa

    grunt to kasowanie nieprzychylnych komentarzy. gratulacje

    • ? jakie kasowanie?

    • be

      You failed. KMF nigdy nie usuwa komentarzy. Choć trzeba przyznać, że większość komentarzy, jakie się pojawiają na tej stronie, to wieczne narzekanie na teksty tudzież opinie autora. Rzadko kiedy pojawiają się jakieś dobre słowa, a i tak każdy komentarz pozostaje nienaruszony. Ale lepiej sobie coś ubzdurać i rzucać durnymi bezpodstawnymi zarzutami. Słabe.

  • Ola

    podoba się czy nie, wszyscy powinniśmy zasuwać do kin, kupować na Atlas bilety i wspierać wysokobudżetowe kino niezależne.

    a co do recenzji – to zabawne, że osoba wytykająca filmowi posługiwanie się banałami wyskakuje pod koniec z porównaniami do Coelho, no proszę Was.

    • Fidel

      Porównanie do Coelho jest nacechowane pejoratywnie, więc zupełnie nie rozumiem zarzutu.

      • Ola

        ależ doskonale zdaję sobie z tego sprawę. banałem jest samo nawiązanie do Coelho, porównanie wyświechtane do granic, ile można?

        • Fidel

          Chcąc nie chcąc, Coelho stał się tak ważnym elementem popkultury, że w pewnych momentach porównanie narzuca się wręcz machinalnie ;]

          • GandalftheRainbow

            Co wciąż nie zmienia faktu, że to porównanie strasznie wyświechtane, stosowane przez osoby, które z Coelho prawdopodobnie nic nie czytały i znają tylko parę zdań z jego książek. :P

          • Tomasz P.

            Oj, no to przybiłeś autorowi. Użył jednego banalnego porównania w opasłej i rzeczowej recenzji… Ja czytałem kilka książek Coelho i kiedy wróciłem z seansu, spytałem kolegę, który mi film polecił, czy przypadkiem Coelho nie brał udziału w tworzeniu scenariusza. To porównanie nasuwa się automatycznie. Znam twóczość Coelho, wielu ludzi może ona podnosić na duchu, co nie zmienia faktu, iż jego książki przeładowane są trudnymi do zniesienia komunałami i tautologiami.

        • be

          Taka już dola Coehlo, że został Mistrzem Banałów, no i dobrze. Zasłużył, choćby za te okropne reklamy laptopów, na których „tka swoje powieści”… :P

  • Praktycznie zgadzam się w 100% z recenzją. Bo nawet nie chodzi o banały, których tak naprawdę nie ma zbyt wiele – kilka Dużych Słów nie zmienia faktu, że ten film jest zwyczajnym pustakiem filozoficznym. Idea przypadków i wszelkiego determinizmu jest chwytliwa ale służy tutaj wyłącznie jako ćwiczenie stylistyczne. Bohaterowie 6 historii są ze sobą powiązani biograficznie, ale zupełnie pozbawieni innego łącznika, choćby nawet moralnego (złe i dobre uczynki). Tak, wiem, to jest ta przypadkowość i niepewność losu ludzkiego, ale to tylko prosta konstatacja, że los ludzki determinowany jest przez innych. Naaaaprawdę?

    Żeby jednak nie było – świetnie się ogląda, bo to interesująca historia na wszelkich płaszczyznach. Znakomicie zagrana, wyreżyserowana, koncepcyjnie spójna. Kłopot w tym, że w tej spójności nie ma treści/myśli, która zaintryguje, pomasuje półkule mózgowe, zmusi do zadawania pytań i szukania odpowiedzi, wzbudzi dyskusje. Tutaj tego nie ma, bo to, co jest, jest błahe. Nie naiwne, bo nie ma tutaj coelhowatych prawd, ale błahe po prostu.

  • Patryk Głażewski

    Sam nie wiem. Z jednej strony muszę zgodzić się z autorem, że film starał się być bardzo głęboki, ale średnio mu to wychodziło. I choć krążą mi myśli, że można było zrobić go lepiej, to jednak oglądało mi się go bardzo przyjemnie.

  • Mefisto

    >od „Matrixa” po „Apocalypto”< – nie wiedziałem, że Apocalypto jest klasycznym filmem :) Zresztą rozstrzał wybrałeś sobie dość lichy :P

    Poza tym trochę śmiesznie brzmi zdanie o prowadzenia widza za rączkę, przy 9/10 dla 'Pokłosia' z Twojej strony, gdzie przecież mamy dokładnie to samo pokazywanie palcami, a przy tym znacznie mniej głęboki i skomplikowany (choć drażliwszy) temat. Czyżby był to sygnał, że Cloud Atlas mi się spodoba? :)

  • kadr

    W pełni zgadzam się z recenzją a co do Wachowskich to ci ludzie DOSŁOWNIE mieli pomysł na jeden film. Cała ich twórczość pomijając „Matrixa”, (chociaż, umówmy się, nawet ten film jest jedną wielką zrzynką z innych dzieł i to w sensie czysto dosłownym, choćby motyw ze „spływającymi” cyframi wzięty prosto z „Ghost in The Shell”. Kolejnymi częściami „Matrixa” dobitnie pokazali kim naprawdę są.) A zatem cała reszta ich produkcji to zwyczajna hochsztaplerka. Gdyby nie szum jakiego narobił Matrix powinno się ich wyśmiać, względnie postawić do kąta. Dla mnie wręcz niejako symbolem tego kim są teraz Wachowscy jest tak nieszczęsna zmiana płci jednego z braci. Mam niejasne wrażenie, że zrobił tak, żeby było… ciekawiej.

    • GandalftheRainbow

      Nie wiem co ma do tego wszystkiego transgenderyzm Lany Wachowskiej, ale gdybyś miał jakiekolwiek pojęcie, jak bardzo ciężki jest proces zmiany płci i jak bardzo przemyślana i trudna musiała to być dla niej decyzja, to byś nie pisał więcej bzdur. Nie wiem czemu w kontekście filmów Wachowskich, ktoś zawsze wyskakuje z transgenderyzmem, nawet w recenzjach. Rozmawiajmy o filmach.

    • Lina

      A wiesz, że to jest na podstawie książki i przez to „pomysł” na film nie był ich, a jedynie realizacja problematyki książki.

  • Wezyr

    Najgorsze są filmy, które usilnie chcą być czymś wyszukanym, stać się obrazem artystycznym. Ale jeszcze gorsi są ludzie, którzy tego kabotyństwa nie dostrzegają, filmu nie rozumieją, a wychwalają go pod niebiosa, tworząc jakiś spaczony kult.

    • Nox

      Jak miało to miejsce w przypadku „Mrocznego rycerza” i „Incepcji” albo „Avatara”?;>

      • Albert

        Tylko że akurat Mroczny Rycerz i Incepcja były filmami wybitnymi i mądrymi, w przeciwieństwie do Atlasu i avatara

    • icey

      Czy tylko ja zauwazylem motyw zwiazany z ekspansja azjatow i wyznawcow Allacha na swiat. Nie chce tu zabrzmiec jak ‚rasista’ ale spojrzcie na role jaka gra Keith David – od niewolnika do ‚Pana’. Brak obecnosci ‚bialego czlowieka’ w przyszlosci. Azjaci ktorzy pracuja jak roboty majac kolejne ‚numery’ (Holocaust?), tolerancja dla multi-kulti, doprowadzajaca do eliminacji ‚bialej rasy’…. Tyle przemyslen ile mam na temat tego ‚obrazu’… Polecam.

  • Film jest na podstawie książki o tym samym tytule i szczerze ją polecam, nie zrażajacie się kiepskim filmem tlyko zasuwać do czytania bo warto ;)

  • Nox

    Ten film nie jest gleboki. Ale tez odnosze wrazenie, ze wcale nie stara sie byc. Owszem , pojawiaja sie pseudofilozoficzne kwestie, ale na dosc nieskomplikowanym, wrecz pretekstowym poziomie (podobnie, jak w trylogii MAtriksa i filmowym V jak Vendetta). Dziwne, ze to wlasnie ten aspekt poddany jest tak rozbudowanej krytyce, zas o kapitalnym montazu oraz rezyserii, ktora tez musiala byc na przyzwoitym poziomie, aby bylo co montowac, recenzent troche zapomina. Bardzo dobrze ilustrujaca wszystko muzyka oraz naprawde dobry make-up to rowniez niezaprzeczalne zalety filmu. Co do samych historii, to moim zdaniem, choc opieraly sie one na pewnych schematach, to byly w pewien sposob nietypowe, a ich zestawienie ze soba juz z pewnoscia do typowych nie nalezalo. Moim zdaniem film zasluguje spokojnie na 8/10. Chyba, ze ktos, mimo zwiastuna nastawiajacego na widowisko i eksperyment z opowiescia szkatulkowa z ‚glebokim’ przeslaniem, spodzieal sie po Atlasie chmur moralnych dylematow Kieslowskiego albo ukladanki w stylu Lyncha. (btw. z niejasnych przyczyn nie dzialaja mi polskie znaki)

    • temat, tagline, wypowiedzi Tykwera i Wachowskich sugerują, że film ma być odbierany na innym poziomie niż proste oglądanie obrazków i słuchanie muzyki. Ambicją twórców było przekazanie prawdy o świecie, o jego konstrukcji, zależnościach, roli przypadku i tym podobnych egzystencjalnych duperelach. Treść nie jest wątkiem pobocznym, no jak.
      Nie chodzi też o nastawienie i poszukiwanie Lyncha czy Kieślowskiego tam, gdzie ich nikt się nie spodziewał. Chodzi o intelektualną pustkę, dość banalne filozofowanie, za którym się nic wartościowego nie kryje. Co gorsze – nie zadaje pytań, nie wchodzi w dyskusję, nie inspiruje. I nie znaczy to, że się źle ogląda, bo technicznie CA jest wyborne, o czym Motoduf wyżej wspomina.

      • Nox

        Możliwe, że twórcy porwali się z motyką na słońce, podobnie jak Scott ze swoim „Prometeuszem”, ale osobiście nie spodziewałem się głębi w filmie Wachowskich. W każdym razie nie „głębszej głębi”, niż w Matriksie (ale też nie do końca wiem, jak wypowiadali się oni na temat swojego dzieła). Ale film ogląda się dobrze, poszczególne wątki są spójne, a warstwa wizualna jest jego niewątpliwą zaletą, dlatego uważam, że ocena jest zaniżona.

        • to już zależy do tego, co dla kogo jest ważniejsze: treść czy forma? Wszystko pewnie zależy od konkretnego filmu, ale w tym przypadku – i zgodnie z wolą samych twórców – treść na pewno nie powinna być ignorowana, spychana na margines, bo reżyseria dobra, opowieść spójna, a muzyka miło gra w tle. OK, nie zmienia to faktu, że opowiedziana historia jest słaba.

  • Byłem. Widziałem. Odradzam.

    Po 3 godzinach oglądania 6 minifilmów nieudolnie starających się udawać coś głębszego – wychodzi się z kina z całkowitą „pustką” w głowie. Po seansie nie ma się absolutnie żadnych przemyśleń – bo i nie ma o czym myśleć, wszystko zostało podane na tacy.., a niestety to co dostaliśmy nie jest nawet „dobre”. Ten film to kompletna porażka.

    Do plusów mogę jedynie zaliczyć charakteryzatorów, bo gdyby nie napisy końcówe, gdzie jest wyszczególnienie kto grał kogo… W tym aspekcie – szczęka opada. ;)

  • tom

    Wybaczcie, ale jak czytam komentarze osób krytykujących film to niestety mam wrażenie, że są ote osoby idiotami do kwadratu. Wypowiadanie sie na temat czegoś co zupełnie nie zostało przez Was zrozumiane to idiotyzm. Porównania do Coehlo- miernota, miernota, miernota i zupełnie nie na miejscu.

  • Genek

    Główną słabością tego filmu jest to że jest on oczywisty, nie zostawia żadnych pytań, nie intryguje. Wychodzisz po seansie i możesz zapomnieć, lub iść na jakiś następny film.

  • animowany.pl

    Zgadzam się, że Atlas jest momentami przefajniony (fabularnie). Ale banalny? Sam buddyzm (przynajmniej w podstawach) jest banalny, a przecież Atlas Chmur niemal cytuje ideologię tej religii: http://animowany.pl/spotykajac-atlas-chmur-znowu-i-znowu/

  • Trolololo

    Sranie w banie. Film o niczym. Srać się przy Nim nawet nie chce.

  • Kowal

    Nie zgadzam się z autorem recenzji. Film nie dość, że jest w wielu momentach bardzo widowiskowy (np. Nem Seul) i wnosi coś nowego (wspaniała charakteryzacja), to na dodatek występują w nim znakomite wątki komediowe; co więcej, a może – przede wszystkim – film jest wielką obroną wolności, solidarności między ludźmi, która – jak wskazują Wachowscy – jest zagrożona. Krótko mówiąc nie jest to film o niczym i nie jest to tylko i wyłącznie film zbudowany w celu zapewnienia niewyszukanej rozrywki. Wielowątkowość i ilość możliwości interpretacyjnych była z pewnością celowa z uwagi na to, iż Wachowscy nie chcą być zmieceni z powierzchni ziemi przez tajemne siły. Ten film to moim zdaniem perełka.

  • MarilynRosa

    Moim zdaniem osoba pisząca powyższy tekst nie przyłożyła należytej uwagi do filmu. I tak jak wiele ludzi o ktorych ten film opowiada jest osobą kierującą się wyuczeniem zamiast wspiąć się wyżej i patrzeć z wyższego punktu- nie koniecznie tego dyktowanego. Cóż… za pisanie czegokolwiek o takich filmach powinny brać się osoby o wyzszej perspektywie bo inni poprzez to ze go nie rozumieją nie są w stanie go opisać.

  • NoiTak

    Jeśli w filmie powtarzają się utarte schematy oraz zapożyczenia z innych dzieł typu „Fahrenheit 451” itd. (o których twórca recenzji wspomniał) i film jest o tym, że pewne rzeczy na świecie będące przed nami czy po nas są powtarzalne to chyba wszystko jest na swoim miejscu. No bo jeśli ideą motto filmu brzmi „wszystko to już było i w przyszłości też już będzie’ (że tak uproszczę sprawę) to nie można filmowi zarzucać zrzynania czy banalnych tekstów, bo to jest zgodne z duchem tego konkretnego filmu. I takie nawiązania do różnych filmów czy książek są wręcz miłe dla oka i ucha. A teksty są może i miejscami banalne, ale jak się coś często powtarza (a w filmie przypomnę, że chodziło o powtarzalność) to prędzej czy później jest to banalne. Tak jak mówienie kobiecie, że jest piękna jak kwiat. Banał, ale pierwszy kto wymyślił takie porównanie pewnie nazywany był w swoich czasach wizjonerem;) Natomiast co do samej recenzji to taki trochę typowy hejt dla nastolatków, ale z odrobinę mądrzejszymi wyrazami;)

  • Jacek

    Niby recenzent ma rację, tylko dlaczego oglądając przez prawie 3 godziny ten film, nie nudziłem się, a potem żałowałem, że „już” się skończył ? Atlas … mi się podobał, chociaż trudno określić dlaczego, ale czy wszystko musi mieć jakieś
    wytłumaczenie ?






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Kryptonim Shadow Dancer

Następny tekst

Zabić bobra



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE