ARGO – zasłużony Oscar dla najlepszego filmu? | FILM.ORG.PL

ARGO – zasłużony Oscar dla najlepszego filmu?

OPERACJA ARGO zdobyła 3 Oscary - to najlepszy film 2012 roku, z najlepszym adaptowanym scenariuszem i najlepszym montażem. Jak zapamiętamy ARGO? Gdzie jest jego miejsce w historii kinematografii? Czy Ben Affleck zasłużył na nagrody? Redakcja KMF komentuje ten wybór.








25.02.2013


Filip Jalowski / Fidel

Kiedy Michelle Obama (przedziwny pomysł, aby to właśnie ona, w transmisji na żywo z Białego Domu, odczytała tegorocznego zwycięzcę kategorii Najlepszy Film) wyjęła z koperty kartkę z napisem „Argo” odetchnąłem z ulgą. Inną sprawą jest to, że nie stało się tak z powodu ogromnej radości ze zwycięstwa filmu Afflecka. Przyczyną entuzjazmu była porażka akademickiego „Lincolna”. A co do samego „Argo” – czy to zwycięstwo zasłużone? I tak, i nie.

Affleck zrobił porządny kawałek kina, to trzeba mu oddać, ale ponad tą „porządność” „Argo” nie wybija się nawet na moment. To trzymający w napięciu thriller, inteligentne i ironiczne spojrzenie na amerykański przemysł filmowy, dobre, a momentami nawet bardzo dobre (Alan Arkin i John Goodman) aktorstwo – aż tyle i tylko tyle. Brakuje „Argo” czegoś, co zmienia film w przeżycie. Tego, co ma chociażby „Miłość” Hanekego, doceniona w kategorii Najlepszego Filmu Nieanglojęzycznego.

Affleck podąża w dobrym kierunku, lecz nie wydaje mi się, żeby „Argo” było szczytem jego możliwości. Moim zdaniem Oscar za Najlepszy Film powędrował do jego rąk nieco za wcześnie. O tym filmie nie będzie dyskutować się po nocach, pisać książek, co więcej, wątpię, czy za kilka lat będzie się o nim pamiętać. Jego wybór nie jest najlepszym z możliwych, ale i z całą pewnością nie tym najgorszym. Akademia nie pierwszy raz postanowiła zachować się nieco asekurancko – ich prawo, choć pozostawia to pewien niedosyt. 7/10

Radosław Pisula / Gamart

Powtórzę się trochę z tegorocznych krabów, ponieważ mój stosunek do Argo pozostał niezmieniony. Ben Affleck zaliczył niesamowitą przemianę z aktorskiego syna marnotrawnego w świetnego reżysera, coraz wyraźniej prezentującego swój autorski styl. Jego trzeci film pełnometrażowy to idealnie skrojona historia, w której zwykła kontrola paszportowa na lotnisku sprawia, że widownia wbija sobie paznokcie w uda. Dodatkowo – co zaskakujące jak na taką tematykę – film kipi subtelnym humorem. Reżyser z ironią spogląda na amerykański przemysł filmowy, co zaprezentowane jest szczególnie za pomocą postaci odtwarzanej przez fenomenalnego Alana Arkina. Oscar zasłużony, ponieważ film był najbardziej solidny z całej stawki, gdzie pozostała siódemka wyglądała jak zbiorowisko roller coasterów, łącząc elementy wybitne z dobrymi, a momentami nawet zwyczajnie przeciętnymi. Affleck umiejętnie wyważył całość i za te błyskotliwe wyczucie może cieszyć się ze złotej statuetki (chociaż nieporozumieniem jest brak nominacji za reżyserię) – w czym wybitnie przysłużyli się również Tierro i Goldenberg. Brawa. Chociaż tegoroczne Oscary były zaskakująco wyrównane. 8/10

 

Szymon Pajdak  / Arahan

Gdyby jeszcze 10 lat temu ktoś powiedział mi, że Ben Affleck otrzyma Oscara za najlepszy film, to kazałbym mu odstawić psychotropy. Rok 2003 przyniósł mu deszcz nominacji do Złotych Malin za Daredevila, Zapłatę i Gigli. Sądziłem, że aktor już na zawsze zostanie w szufladce z napisem „kiepskie role w słabych filmach”, tymczasem dekadę później Ben dał wszystkim niedowiarkom pstryczka w nos. To niesamowite, jak bardzo ten człowiek dojrzał jako aktor i jak świetnie czuje się na stołku reżysera.

Liczyłem, że „Argo” dostanie Oscara, chociaż bałem się konkurencji ze strony laurkowatego „Lincolna”. Na szczęście tegoroczna gala okazała się wyjątkowo wyrównana i sprawiedliwa, przez co wygrał film najlepszy, a nie najlepiej promowany czy skrojony bezpośrednio pod ceremonię. Affleck stworzył obraz trzymający w napięciu, przesiąknięty gęstym klimatem, a jednocześnie hipnotyzujący, sprawiający, że nie możemy oderwać wzroku od ekranu. Drugą połowę ogląda się jak na szpilkach pocąc się przy tym i wbijając paznokcie w fotel. To również wspaniałe, nieco ironiczne spojrzenie na amerykański przemysł filmowy, a wszystko okraszone świetnym montażem i równie dobrym aktorstwem. Żadne arcydzieło, ale rzecz nadzwyczaj solidna, która na tle pozostałych filmów wypadała zdecydowanie najlepiej. Ben oby tak dalej! Od tej pory będę bacznie obserwował każdy Twój projekt. 8/10

 

Maciej Poleszak / Ciuniek

Tak naprawdę mógłbym napisać prawie to samo, co Fidel, ponieważ mnie też nie zmartwiło to, że „Lincoln” nie został obsypany całą masą statuetek za bycie po prostu ładną laurką. Prawie, bo mnie film Afflecka podobał się jednak trochę bardziej. A czy „Argo” zostało docenione słusznie? W tym roku w ogóle miałem problem, żeby w jakikolwiek sposób przejąć się Oscarami. Kiedy miesiąc temu zobaczyłem listę nominowanych w najważniejszej kategorii zwyczajnie przyjąłem ją do wiadomości – bez entuzjazmu, ale też bez wzruszania ramionami. Sam film uważam za bardzo udany i jeden z dwóch najlepszych w tym zestawieniu (niestety nie widziałem jeszcze „Miłości”).

Może nie jest to tzw. Wielkie Dzieło, ale to nawet lepiej. Zamiast tego mamy trzymający w napięciu niemal przez cały czas thriller opowiadający o jednym z najbardziej niezwykłych przekrętów w historii. Chyba jednak bardziej wolałbym zobaczyć na gali małe odwrócenie ról. Gdyby to Affleck został nagrodzony za reżyserię a „Życie Pi” zdobyłoby tytuł najlepszego filmu, wtedy z czystym sumieniem mógłbym stwierdzić, że nie mam Akademii nic do zarzucenia. Chociaż… bezpiecznie można założyć, że teraz to już tylko kwestia czasu. Byle tylko nie musiał czekać tyle co Martin Scorsese. 8/10

 

Jerzy Babarowski / Rodia

Mam problem z Benem Affleckiem. Jego filmy ogląda się jakby po wieloletnich występach w serii kiszek uznał, że ma dość, postanowił, że wszystkim udowodni na co go stać – poszedł do szkoły filmowej, gdzie został prymusem na roku, po czym zaczął robić te ekspercko zrealizowane filmy, w których… nie ma za grosz wyrazu czy czegoś zapamiętywalnego. I takie też jest „Argo”, podobnie jak jego poprzednie dokonania – „Gdzie jesteś Amando?” i „Miasto złodziei”.

To perfekcyjnie skrojony thriller – bezbłędny technicznie i scenariuszowo, bardzo kompetentny aktorsko, z idealnie opanowanym warsztatem reżyserskim oraz napięciem, które można kroić nożem – tylko kompletnie bezpłciowy i pozbawiony reżyserskiego głosu. Podobnie jak przy swoich poprzednich produkcjach, Affleck chyba chciał, by „Argo” bronił się samą historią i perfekcyjną stroną realizatorską, ale to niestety za mało by stworzyć dzieło, o którym się będzie pamiętać na dłużej. W dodatku historia opiera się na kliszach: wiemy, jak się skończy, jest dość banalna i właściwie dosyć nieciekawa historycznie. Amerykanin pokazałby prawdziwe jaja robiąc film o wywołanym przez USA i Wielką Brytanię (i wspomnianym zresztą w „Argo”) upadku demokracji w Iranie zamiast skupiać się na skutkach tamtego wydarzenia opowiadając historię, w której USA po raz kolejny wychodzi na bohatera, a Irańczycy są przedstawieni jednowymiarowo i zwyczajnie obraźliwie. I to właśnie mógłby być prawdziwy komentarz do aktualnej sytuacji politycznej.

Wybór jego dzieła na Najlepszy Film jest do bólu zachowawczy i uważam, że byłoby dla niego lepiej, gdyby tego Oscara dostał dopiero za parę lat. Natomiast czy to wybór zasłużony? Na pewno nie jest to wpadka, bo „Argo” tak czy siak należy do tegorocznej czołówki. Ale prawdziwą otwartość na głos nowoczesności i nieprzewidywalności Akademia pokazałaby nagradzając w głównej kategorii „Miłość” Hanekego czy nawet „Django”. Mojego filmu roku i tak nawet nie było wśród nominowanych.  8/10

Andrzej Brzeziński / Aaron

„Argo” co prawda jeszcze nie widziałem, więc na temat samego filmu jeszcze się nie wypowiem, ale faktem jest, że gdzieś tam w sercu mu kibicowałem. Po prostu chciałem, aby Spielberg nie dostał statuetki, w przeciwieństwie do Day-Lewisa, który był oczywistym faworytem. Chciałem, aby Affleck zagrał na nosie Spielbergowi, który zrobił film w tym swoim własnym stylu, który chyba zaczyna mnie na starość denerwować. Jeśli chodzi o „Argo” to sam film nie wydaje mi się niczym wybitnym i z pewnością nie zapisze się jakoś w historii kinematografii, ale stuprocentowo jest to kawał porządnego kina. Kina, które z pewnością ogląda się bez bólu zębów i cienia żenady.

A jeśli chodzi o Afflecka. No cóż, to jedna z tych postaci w filmowym światku, która posiada w sobie ogromne zasoby talentu, zwłaszcza reżyserskiego, ale wciąż aktorsko rozmienia się na drobne. Uwielbiam go za „W pogoni za Amy”, „Dogmę”, „Stan gry”, „Gdzie jesteś, Amando?” czy „Buntownika z wyboru” i oczywiście nie mogę zrozumieć dlaczego grał w  takich potworkach jak „Daredevil”, „Pearl Harbor”, „Armageddon” czy „Przetrwać święta”.  Cieszę się, że doczekał się statuetki, nie pierwszej zresztą, ale w tak ważnej kategorii. I coś mi po cichu mówi, że może to być nie ostatnia w jego karierze.

 

Rafał Oświeciński / desjudi

W całkiem słabym oscarowo roku, w czasie którego żaden z nominowanych filmów nie zbliżył się do takich przymiotników, jak „wybitny”, bądź rzeczowników, takich jak „klasyka”, trzeci film Bena Afflecka chyba rzeczywiście jest najlepszy. Z prostego powodu: to najsolidniejsze, sprawiające wiele frajdy kino, które trzyma widza na krawędzi fotela od początku do końca, będąc przy tym filmem opartym na faktach, więc bardzo wartościowym pod względem poznawczym (tak, wiem, że to Hollywood, wiem, że to w wielu momentach zdrowa ściema). „Argo” zostało kapitalnie wyreżyserowane (i to Affleck powinien zgarnąć Oscara!), świetnie zagrane, szczególnie przez drugi plan, wybornie zmontowane, nakręcone – ogólnie film ten, jako rzemiosło, jest palce lizać i zawiera w sobie wszystkie te elementy, które składają się na przepyszny stek prosto z tradycyjnej jankeskiej kuchni. Współczesne kino hollywoodzkie, kino akcji, kino politycznie zaangażowane, kino nawiązujące do wydarzeń historycznych, kino sięgające do autentycznych dramatów – wszystkie te rodzaje kina chciałyby być takie jak „Argo”: nowoczesne, błyskotliwe i inteligentne.

Łyżka dziegciu na tym daniu jest dość wyraźna w smaku: „Argo” nie wznieca dyskusji, nie prowokuje, nie zastanawia, nie definiuje na nowo gatunku, nie ma charakterystycznych, ikonicznych bohaterów. Jest wzorowo wykonanym ćwiczeniem stylistycznym, ale bez iskry bożej, którą miały choćby w mojej ocenie „Bestie z południowych krain”. Dla jednych widzów tyle wystarczy, dla innych to zdecydowanie za mało, aby film uznać za wybitny. Dlatego jego miejsce w oscarowej hierarchii jest gdzieś między „Hurt Lockerem” a „Crash”, a nie między „Gladiatorem” a „To nie jest kraj dla starych ludzi”. 8/10

Krzysztof Walecki / Crash 

„Operacja Argo” to hołd dla Hollywood, gdzie pokazane jest, że rozrywka może służyć wyższym celom. I jestem pewien, że od tej, powiedzmy ideologicznej strony, film ten zapisze się w annałach jako dowód na wielkość Fabryki Snów, która choć raz nie jest pokazana jako siedlisko zepsucia i degrengolady.

Jeśli jednak idzie o walory artystyczne „Argo” to Oscar dla najlepszego filmu wydaje się przesadzony. Mamy do czynienia z rzetelną robotą realizacyjną, ale niczym więcej. Film Bena Afflecka sprawdza się jako thriller polityczny, choć i na tym polu ustępuje powstałym w latach 70-tych klasykom, jak „Trzy dni Kondora”, „Syndykat zbrodni” i „Wszyscy ludzie prezydenta”. Podobnie nominacja dla Alana Arkina za najlepszy drugi plan wydaje mi się nietrafiona, choć zarówno on, jak i John Goodman, są wyraziści jako hollywoodzkie wsparcie głównego bohatera. Sam Affleck jest tu bardzo dobry – nieefektowny, spokojny, ale niepozbawiony siły przebicia, trochę jak sam film.

Nie jestem fanem poprzednich dokonań Afflecka-reżysera („Gdzie jesteś, Amando” był niezłym debiutem, ale już „Miasto złodziei” uważam za mocno rozczarowujące), nie mogę mu jednak odmówić zarówno prowadzenia aktorów, jak i doboru kolejnych projektów. „Operacja Argo” to jego najlepszy, do tej pory, film, choć nadal jest to zaledwie solidne kino, które, jako całość, nie zachwyca. 7/10

 

Rafał Donica / Dux

Pamiętacie jak w filmie „Team America” śpiewano: „Potrzebuje cię, jak Ben Affleck szkoły aktorskiej”? Twórcy tego tekstu dziś przecierają oczy ze zdumienia, bo nie dość, że Affleck, niegdyś użyczający swojej ładnej buźki do mało ambitnych superprodukcji Michaela Baya, wyrobił się aktorsko (vide jego główna rola w „Argo”), z filmu na film staje się też coraz lepszym reżyserem. I choć „Gdzie jesteś Amando?” oraz „Miasto złodziei” to rzetelnie zrealizowane, angażujące emocje kino, a „Argo” – kino z najwyższej półki zasługujące na otrzymane nominacje, nie jestem już tak do końca przekonany, czy również na Oscara w głównej kategorii. Thriller Afflecka to film lśniący intensywnie, ale krótko, głośny tytuł jednego sezonu. Owszem, jest znakomicie opowiedziany, bardzo dobrze zagrany, a iście hitchockowski finał żyłujący napięcie do granic, wynosi go na wyżyny. I owszem, „Argo” jest pochwałą magii kina, możliwości, jakie otwierają fikcyjne historie przeplatające się z rzeczywistością. Obawiam się jednak, że za kilka lat mało kto będzie o tym filmie pamiętał i mówił – za to przegrany „Django” Quentina będzie kultowy, kochany i cytowany. Taka to już oscarowa przypadłość, że nie wygrywają filmy masowo uwielbiane, a te mające coś ważnego do powiedzenia, choć echo przesłania często rozbrzmiewa przez krótki czas. Niemniej jednak „Argo” przywraca wiarę w człowieka, a do tego stanowi bardzo udany mariaż poważnego, jakby nie patrzeć, tematu, z zabawą w kino. 8/10

Jakub Piwoński / Piwon

Gdy kariera aktorska Bena Aflecka zaczęła wisieć na włosku, ten postanowił zająć się reżyserią. Po „Gdzie jesteś Amando?” i „Mieście złodziei” chyba nikt nie miał wątpliwości, że posunięcie to okazało się trafne. Afleck na nowo obnażył swój twórczy potencjał, o którym zapomniano od czasu Oscara za scenariusz do „Buntownika z wyboru”. Dziś cieszę się z progresu jaki dokonał się w twórczości Bena Aflecka. Cieszę się, że postanowił na dobre stanąć po drugiej stronie kamery. Nie chce i nie potrafię cieszyć się jednak z sukcesu jego najnowszego filmu.

Wiem, że „Operacja Argo” to kino solidnie zrealizowane, trzymające w napięciu, przyzwoicie zagrane. Kino stanowiące swoisty hołd dla działalności Hollywood, podkreślające uniwersalne znaczenie jakie niesie przemysł filmowy dla kultury amerykańskiej. Jako takie kino chce je wspominać, chwalić i podziwiać. Jednak wiem też, że jest to kino zaangażowane politycznie. Problem w tym, że mi nie odpowiada sposób, w jaki te zaangażowanie jest nam sprzedawane. W dobie nieustających konfliktów zbrojnych na terenach Bliskiego Wschodu, w których czynny udział nieustannie biorą amerykanie, temat, którym zajmuje się „Operacja Argo” nie dość, że okazuje się być wyjątkowo „bezpiecznym” i poprawnym politycznie, to jeszcze potrafi w sumieniach amerykańskich wzniecić odpowiednie emocje, odwracające uwagę od realnych problemów. Afleck w swym najnowszym filmie dopuszcza się politycznej manipulacji, operując tanimi uproszczeniami i przerysowaniami, w których nie trudno doszukać się przekazu, jakoby to ONI wciąż byli źli i bezwzględni, a MY dobrzy i bohaterscy. Przekaz ten w żaden sposób nie służy sztuce filmowej, ale interesom wewnętrznym państwa ogarniętego kryzysem moralnym i gospodarczym. Nie ma najmniejszego przypadku w tym, że zwycięzcę w najważniejszej oscarowej kategorii ogłosiła małżonka Baracka Obamy. Amerykański etos musi przecież zostać podtrzymany. 7/10

Adam Nguyen/ Proteus

Wybór oczywisty, bezpieczny i może właśnie przez to dla niektórych nieco rozczarowujący. Bo choć „Argo” to film, który zadowolił prawie wszystkich, to nie każdego zachwycił. Perfekcyjna warsztatowo opowieść, na pierwszy rzut oka może wydać się zbyt schematyczna w porównaniu do odważnego „Django” czy poruszającego „Beasts of the Southern Wild”. Uważam jednak, że niesprawiedliwością byłoby sprowadzenie filmu Afflecka do poziomu zwykłej rzemieślniczej roboty.

„Argo” posiada wszystko to co powinien posiadać oscarowy dramat historyczny. W tej fantastycznej opowieści Affleck w idealnych proporcjach łączy ze sobą różne elementy, tworząc film, który nie tylko trzyma w napięciu, lecz potrafi również wzruszyć i rozbawić. Reżyser jest świadom politycznego ładunku jaki obciąża tę opowieść i zgrabnie pozbywa się tego balastu poprzez dużą dozę trafnej ironii, którą spuszcza powietrze z balonu i uderza we wszystkie zawarte w historii strony. Przede wszystkim jednak film świetnie łączy dramat i napięcie kryzysu teherańskiego z lżejszym wątkiem hollywoodzkim, który nie tylko nadaje całości więcej humoru, lecz również pewną podnoszącą na duchu, poruszającą emocje lekkość.

„Argo” to fantastyczna opowieść w idealnych proporcjach łącząca zbiór różnych elementów, świetne dialogi i aktorstwo oraz perfekcyjny warsztat. Niektórzy mogą Affleckowi zarzucić to, że ten jedynie skacze po łebkach, odhaczając jeden po drugim sprawdzone schematy, nie pokazując od siebie nic nowego, jednak robi to tak umiejętnie, że nie można nazwać tego zwykłą poprawnością. Iskry Bożej może i brak, ale ogląda się to fantastycznie. Wierzę też, że „Argo” tylko zyska wraz z kolejnymi seansami, bo tego rodzaju dopieszczone filmy stają się lepsze z czasem, a kunszt Bena widać na każdym kroku.

Od początku jego kariery funkcjonowały równolegle dwa różne wizerunki Bena Afflecka. Przede wszystkim Affleck mainstreamowy, przez lata mieszany z błotem, znany głownie z prasy tabloidowej, romansu z Jeniffer Lopez oraz występów w wątpliwej jakości filmach. Równocześnie jednak dawał o sobie znać Affleck zakulisowy. Inteligenty, zabawny, świecący elokwencją i politycznym obyciem, a jednocześnie nieśmiały i nieco stłamszony swoim publicznym zaszufladkowaniem. Reżyser nawet teraz pomimo zwycięstwa na Oscarach, wydawał się odbierać nagrodę z niepewnością i skrępowaniem. Możemy mieć jedynie nadzieje, że wraz ze spływającymi na niego, zasłużonymi pochwałami, facet przestanie czuć się jak chłopiec do bicia i świat pozna w końcu tego Afflecka, którego Kevin Smith od lat opisywał jako jednego z najbardziej utalentowanych i zajebistych ludzi w Hollywood. 8/10

Grzegorz Fortuna / Motoduf

Gdybym sam miał wybierać, dałbym pewnie Oscara „Django”, ale nie zmienia to faktu, że decyzja Akademii – choć pod wieloma względami przewidywalna i zachowawcza – jest też w tym wypadku po prostu uczciwa. Ben Affleck z aktorskiego brzydkiego kaczątka zmienił się w reżyserskiego łabędzia – nie w jakiegoś natchnionego artystę, ale w solidnego, znającego swój fach rzemieślnika. „Argo” nie jest arcydziełem, ale jest świetnie zrealizowanym, trzymającym w napięciu i wyreżyserowanym po mistrzowsku (do teraz się dziwię, że Affleck jako reżyser nie otrzymał nawet nominacji) thrillerem politycznym, opowiadającym fascynującą historię w inteligentny sposób. Sceny, które na pierwszy rzut oka wydają się ograne i mało pomysłowe (jak choćby klasyczny hollywoodzki patent z oczekiwaniem na odebranie telefonu czy finałowa ucieczka) w rękach Afflecka po prostu działają: wywołują odpowiednie emocje i nie pozwalają oderwać wzroku od ekranu. I choć mam wrażenie, że pewne rzeczy można by w tym filmie poprawić, to werdykt Akademii uznaję za słuszny. 8/10

Ekipa KMF

Ekipa KMF

Tekst redakcji Film.org.pl
Ekipa KMF






  • wujo444

    Zastanawiam sie czego bardziej dowodzą powyższe opinie – słabego roku, czy słabości samego filmu? Więcej tu opinii o Afflecku, niż samym filmie. Bo niestety Argo jest dobre, poprawne, tak wręcz do bólu poprawne, że nijakie, średnie. Prędzej bym nagrodził Bena za reżyserię (chociaż tu pewnie miał większą konkurencję) niż za film.

  • Mr_MarQx

    Argo to jak dla mnie świetny film, więc w mojej opinii zasłużył. Potem przeczytam ten obszerny tekst u góry.

  • Adam Nguyen

    Nie zgodzę się z Piwonem i jego polityczną oceną Argo. W ogóle nie rozumiem określania tego filmu jako zakłamanej propagandy tylko dlatego, że opowiada o zwycięstwie CIA. Ze wszystkich tytułów obciążonych historycznym balastem na tej gali, Argo wypada zdecydowanie najlepiej. Pomimo hurraoptymistycznego, jankeskiego zakończenia, ten film jest dużo mniej pro-amerykański niż kolega pisze. Tematyka, którą zajął się Affleck jest tak drażliwa, że zawsze znajdzie się ktoś kto oskarży film o polityczną stronniczość, z tej sytuacji można próbować wybrnąć na dwa sposoby. Albo wciskać jakieś gromkopierdne socjopolityczne farmazony na temat roli Ameryki na światowej scenie oraz losie zmanipulowanych irańczyków, co może wypalić reżyserowi w twarz i wyjść jako pretensjonalna bzdura. Albo zrobić to tak jak Affleck, czyli subtelnie, poprzez humor i trafnie umieszczoną ironię.

    Amerykanie i CIA nie są przedstawieni jako bohaterowie, wrecz przeciwnie. Przez cały seans powtarzane jest, że to właśnie agencja stoi i podstaw całego tego burdelu, a Irańczycy choć ciężko ich polubić, są wyraźnie przedstawieni jako ludzie stłamszeni i w końcu podjudzeni do agresii, przez jankesów właśnie. Do tego mieszkańcy teheranu są tu pokazani jako dużo bardziej kompetentni, umiejętni i obyci w swojej walce z CIA, niż typowy popkulturowy wizerunek „dzikiego brodacza terrorysty” jakim wypełnione są amerykańskie filmy. W Argo dostaje się każdemu oprócz kanadyjczyków. Affleck serwuje cięte uwagi i ironię w kluczowych momentach spuszczając powietrze z tego politycznego balona, ale nie skupia się na tym, bo wie, że przecież nie o politykę w tej opowieści chodzi. Jest tego wystarczająco by Affleck dał do zrozumienia, że nie jest ślepy na niuanse sytuacji, ale jednocześnie nie tyle by posądzić reżysera o jakieś nieszczere, polityczne farmazony wklejane na siłę do fabuły, która ich nie potrzebuje.

    Nie można nazwać filmu zakłamanym czy propagandowym, tylko dlatego, że opowiada o osobliwym, pojedynczym zwycięstwie CIA, które przecież miało miejsce. Zwłaszcza, że po drodze film nie szczędzi jankesom żalu, a do samego zwycięstwa nie przypisuje żadnych pro-amerykańskich wniosków. Bo co jak co ale akurat ta akcja się agentom z Langley się udała i o tym opowiada film. I opowiada szczerze, pomimo tego, że Affleck czasami mija się z faktami historycznymi (są to jednak uproszczenia na potrzeby dramaturgii, nie ma tu mowy o fałszowaniu historii na rzecz którejś ze stron). Gdy czytam: „jakoby to ONI wciąż byli źli i bezwzględni, a MY dobrzy i bohaterscy” to zastanawiam się czy my oglądaliśmy ten sam film.

    • Jaro

      przy czym w ogóle warto by zauważyć, że określanie czegokolwiek, zwłaszcza w kontekście bliskiego wschodu, mianem politycznie poprawnego jest cokolwiek nieprecyzyjne. np. politycznie poprawny film o konflikcie palestyńsko-izraelskim – czyli po której stronie stoi reżyser? w USA i zachodniej Europie za politycznie poprawną uchodzi wspieranie strony palestyńskiej, w Polsce na razie wciąż mamy głównie „biednych Palestyńczyków bombardowanych przez je*ane pejsy, Hitlerze wróć” etc. i teraz tu: o ile się orientuję „politycznie poprawnym” stanowiskiem w dzisiejszym świecie jest antyamerykanizm: doszukiwanie się we wszystkim jankeskiej winy, obarczanie winą za zbrodnie w Wietnamie bez zwracania uwagi na kilkakrotnie liczniejsze i okrutniejsze „wybryki” Viet Congu. więc pytam jeszcze raz: czy proamerykański film może być politycznie poprawny?

      • Jakub Piwoński

        „Argo” jest politycznie poprawny z perspektywy amerykańskiej. Inne konteksty mnie nie interesują.

    • Jakub Piwoński

      Nie mogę się zgodzić. To, że Affleck przekazuje proamerykańskie morały w sposób subtelny, jeszcze nie oznacza, że nie robi tego wcale. Daleko mu do wzniosłości „Lincolna”, ale to co pozostaje w widzu po seansie „Argo” niewiele różni się od uczuć wywołanych tym pierwszym obrazem. Arena Bliskiego Wschodu po raz kolejny zostaje wykorzystana do pokrzepienia serc amerykańskiej widowni. Odkurzona została więc jakaś optymistyczna historia wypełniona pośrednimi nawiązaniami, by świadomość narodu na nowo zindoktrynować słusznością amerykańskich interwencji w tamtym rejonie. Sam film nie musi nawet o tym opowiadać, wystarczy wzbudzić odpowiednio nakierowane wrażenie. To trochę tak jak obserwowanie wodospadu, by umysł odebrał to jako zachętę do napicia się czegoś orzeźwiającego :) I owszem, Affleck jest politycznie stronniczy, tylko nie daje tego po sobie poznać. Przyznaję, wyszło mu to nad wyraz zgrabnie, ale ja się na to nie nabiorę. Mówię więc o manipulacji, a nie o zakłamaniu czy propagandzie. To duża różnica.

  • Mariusz

    „Django” to wprawdzie świetny film, ale nie jest do końca dopracowany i pod koniec napięcie siada, natomiast „Argo” jest perfekcyjnie zrealizowane od początku do końca, dlatego Oscar w pełni zasłużony według mnie.

  • delano

    Dla mnie zdecydowanie Oskar niezasłużony, acz jakoś bardzo zdziwony takim werdyktem nie byłem. Affleck nakręcił ponad miarę przeciętny film, a momentami nawet nudny. Trafił z tematem, to fakt… zrobił loda całemu Hollywood, ukazując procudentów filmowych jako dzielnych kowbojów, ratujących bezbronnych amerykańskich dyplomatów z paszczy irańskiego lwa. Chwyta za serca, widać nie tylko mnie, ale i oskarowe jury. Wracając jeszcze do filmu, niewiele jest tam rzeczy, które mogą się podobać, aktorstwo jest mierne (gdzieś na KMF wyczytałem, że to najlepszy zespół aktorski; zwłaszcza uratowane panie brylują w ilości kwestii wypowiedzianych na ekranie), fabuła oklepana jak mata Najmana, coś tam może fajnego było w zdjęciach i ogólnie klimacie filmu (tak sobie mniej więcej wyobrażam przełom lat 70/80). No, ale taka już oskarowa sprawiedliwość, że wygrywają filmy mierne, choć nie zawsze (Infiltracja z 2007, albo Piękny umysł z 2002).

  • karci

    Dla mnie to te oskary to hucpa, wygrywają filmy poprawnie politycznie i z dobrym zapleczem producenckim i dystrybucyjnym. Argo to dobry film bez dwóch zdań, ale niczego mi nie urwał…a że to jest propaganda amerykańska to jest bez dwóch zdań, tyle że troszkę subtelniejsza. O samym Mossadeghu wspomniane tylko w napisach, o tym, że amerykanie obalili demokratycznie wybranego premiera to amerykanie się nie dowiedzą, że Kemit Roosvelt ( wnuk tego podłego socjalisty theodora ;D ) pojechał do Iranu z misją przekupywania dziennikarzy, polityków sędziów itp itd. że nasyłał pakistańczyków żeby mordowali irańczyków, czy przekupywał grupy terrorystyczne żeby mordowały zwykłych irańczyków…to ani słowa…ani słowa o Szachu, który był marionetką tego wielkiego szlachetnego rządu amerykańskiego, a który to specjalizował się w zamykaniu ludzi w beczkach i wywożeniu ich na pustynię aż tam zgnili…O tym wszystkim ani słowa, tylko źli irańczycy – hołota i dobrzy szlachetni amerykanie….To było kino polityczne i propagandowe tyle że przedstawione w sposób subtelny

  • Lizergamid

    Przyłączam się do głosów tych, dla których Argo jest bezpłciowe i nie pozostawia żadnego pola do popisu wyobraźni tuż po seansie. Jak tak średni film mógł zdobyć Oscara? Szczytem możliwości powinna być tutaj nominacja. Uwielbiam większość aktorów tam grających, no ale sorry, powyżej dupy nie podskoczą przy Afflecku, któremu brakuje najwyraźniej nie sznytu i solidności (bo to już ma), a szerszego pola widzenia i szczypty magii. Oscar na zachętę? Na zachętę daje się lizaki, nie oskarki. Druga sprawa to fakt, że rok ogólnie był bardzo przeciętny i trzeba było coś nominować – wybór był dosyć wąski.

  • Paweł

    Jak długo jeszcze bedziemy rozważać jakość filmu przez pryzmat ideologii i tego czy jest polit. poprawny, czy może jednak nie? 90 procent widzów ma ten aspekt dogłębnie w d.., bo tak naprawdę jest on zupełnie nieistotny dla nich.
    Liczy się natomiast dobra ekspozycja tematu, sprawna reżyseria, dialogi, scenariusz i aktorstwo. Film robili Amerykanie więc oczywistym jest, że zrobili go ze swojej perspektywy, a nie z perspektywy biednych i skrzywdzonych Irańczyków. Nikogo, oprócz profesorów historii, nie interesuje prawda historyczna, a więc przekłamania są zupełnie nieistotne w tego typu rozrywkowym obrazie, bo to nie ten gatunek jest. Jeżeli komuś trudno się z tym faktem pogodzić, to zapraszam do oglądania arcydzieł kina irańskiego, które z pewnością opowiedziałoby tę historię zgodnie z prawdą historyczną(wszak są mistrzami propagandy, nauczyli się umiejętnego jej stosowania od Sowietów).
    W tym kontekście pisanie rzeczy w rodzaju – „ja się na to nie nabiorę” pachnie mi straszną dziecinadą i studenctwem. Na szczęście potem człowiek z tego na ogół wyrasta.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Kto zgarnął Oscara? Krótkie podsumowanie

Następny tekst

Quo Vadis, Robercie?



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE