nowości kinowe

ARGO – zasłużony Oscar dla najlepszego filmu?

OPERACJA ARGO zdobyła 3 Oscary - to najlepszy film 2012 roku, z najlepszym adaptowanym scenariuszem i najlepszym montażem. Jak zapamiętamy ARGO? Gdzie jest jego miejsce w historii kinematografii? Czy Ben Affleck zasłużył na nagrody? Redakcja KMF komentuje ten wybór.

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Filip Jalowski / Fidel

Kiedy Michelle Obama (przedziwny pomysł, aby to właśnie ona, w transmisji na żywo z Białego Domu, odczytała tegorocznego zwycięzcę kategorii Najlepszy Film) wyjęła z koperty kartkę z napisem „Argo” odetchnąłem z ulgą. Inną sprawą jest to, że nie stało się tak z powodu ogromnej radości ze zwycięstwa filmu Afflecka. Przyczyną entuzjazmu była porażka akademickiego „Lincolna”. A co do samego „Argo” – czy to zwycięstwo zasłużone? I tak, i nie.

Affleck zrobił porządny kawałek kina, to trzeba mu oddać, ale ponad tą „porządność” „Argo” nie wybija się nawet na moment. To trzymający w napięciu thriller, inteligentne i ironiczne spojrzenie na amerykański przemysł filmowy, dobre, a momentami nawet bardzo dobre (Alan Arkin i John Goodman) aktorstwo – aż tyle i tylko tyle. Brakuje „Argo” czegoś, co zmienia film w przeżycie. Tego, co ma chociażby „Miłość” Hanekego, doceniona w kategorii Najlepszego Filmu Nieanglojęzycznego.

Affleck podąża w dobrym kierunku, lecz nie wydaje mi się, żeby „Argo” było szczytem jego możliwości. Moim zdaniem Oscar za Najlepszy Film powędrował do jego rąk nieco za wcześnie. O tym filmie nie będzie dyskutować się po nocach, pisać książek, co więcej, wątpię, czy za kilka lat będzie się o nim pamiętać. Jego wybór nie jest najlepszym z możliwych, ale i z całą pewnością nie tym najgorszym. Akademia nie pierwszy raz postanowiła zachować się nieco asekurancko – ich prawo, choć pozostawia to pewien niedosyt. 7/10

Radosław Pisula / Gamart

Powtórzę się trochę z tegorocznych krabów, ponieważ mój stosunek do Argo pozostał niezmieniony. Ben Affleck zaliczył niesamowitą przemianę z aktorskiego syna marnotrawnego w świetnego reżysera, coraz wyraźniej prezentującego swój autorski styl. Jego trzeci film pełnometrażowy to idealnie skrojona historia, w której zwykła kontrola paszportowa na lotnisku sprawia, że widownia wbija sobie paznokcie w uda. Dodatkowo – co zaskakujące jak na taką tematykę – film kipi subtelnym humorem. Reżyser z ironią spogląda na amerykański przemysł filmowy, co zaprezentowane jest szczególnie za pomocą postaci odtwarzanej przez fenomenalnego Alana Arkina. Oscar zasłużony, ponieważ film był najbardziej solidny z całej stawki, gdzie pozostała siódemka wyglądała jak zbiorowisko roller coasterów, łącząc elementy wybitne z dobrymi, a momentami nawet zwyczajnie przeciętnymi. Affleck umiejętnie wyważył całość i za te błyskotliwe wyczucie może cieszyć się ze złotej statuetki (chociaż nieporozumieniem jest brak nominacji za reżyserię) – w czym wybitnie przysłużyli się również Tierro i Goldenberg. Brawa. Chociaż tegoroczne Oscary były zaskakująco wyrównane. 8/10

 

Szymon Pajdak  / Arahan

Gdyby jeszcze 10 lat temu ktoś powiedział mi, że Ben Affleck otrzyma Oscara za najlepszy film, to kazałbym mu odstawić psychotropy. Rok 2003 przyniósł mu deszcz nominacji do Złotych Malin za Daredevila, Zapłatę i Gigli. Sądziłem, że aktor już na zawsze zostanie w szufladce z napisem „kiepskie role w słabych filmach”, tymczasem dekadę później Ben dał wszystkim niedowiarkom pstryczka w nos. To niesamowite, jak bardzo ten człowiek dojrzał jako aktor i jak świetnie czuje się na stołku reżysera.

Liczyłem, że „Argo” dostanie Oscara, chociaż bałem się konkurencji ze strony laurkowatego „Lincolna”. Na szczęście tegoroczna gala okazała się wyjątkowo wyrównana i sprawiedliwa, przez co wygrał film najlepszy, a nie najlepiej promowany czy skrojony bezpośrednio pod ceremonię. Affleck stworzył obraz trzymający w napięciu, przesiąknięty gęstym klimatem, a jednocześnie hipnotyzujący, sprawiający, że nie możemy oderwać wzroku od ekranu. Drugą połowę ogląda się jak na szpilkach pocąc się przy tym i wbijając paznokcie w fotel. To również wspaniałe, nieco ironiczne spojrzenie na amerykański przemysł filmowy, a wszystko okraszone świetnym montażem i równie dobrym aktorstwem. Żadne arcydzieło, ale rzecz nadzwyczaj solidna, która na tle pozostałych filmów wypadała zdecydowanie najlepiej. Ben oby tak dalej! Od tej pory będę bacznie obserwował każdy Twój projekt. 8/10

 

Maciej Poleszak / Ciuniek

Tak naprawdę mógłbym napisać prawie to samo, co Fidel, ponieważ mnie też nie zmartwiło to, że „Lincoln” nie został obsypany całą masą statuetek za bycie po prostu ładną laurką. Prawie, bo mnie film Afflecka podobał się jednak trochę bardziej. A czy „Argo” zostało docenione słusznie? W tym roku w ogóle miałem problem, żeby w jakikolwiek sposób przejąć się Oscarami. Kiedy miesiąc temu zobaczyłem listę nominowanych w najważniejszej kategorii zwyczajnie przyjąłem ją do wiadomości – bez entuzjazmu, ale też bez wzruszania ramionami. Sam film uważam za bardzo udany i jeden z dwóch najlepszych w tym zestawieniu (niestety nie widziałem jeszcze „Miłości”).

Może nie jest to tzw. Wielkie Dzieło, ale to nawet lepiej. Zamiast tego mamy trzymający w napięciu niemal przez cały czas thriller opowiadający o jednym z najbardziej niezwykłych przekrętów w historii. Chyba jednak bardziej wolałbym zobaczyć na gali małe odwrócenie ról. Gdyby to Affleck został nagrodzony za reżyserię a „Życie Pi” zdobyłoby tytuł najlepszego filmu, wtedy z czystym sumieniem mógłbym stwierdzić, że nie mam Akademii nic do zarzucenia. Chociaż… bezpiecznie można założyć, że teraz to już tylko kwestia czasu. Byle tylko nie musiał czekać tyle co Martin Scorsese. 8/10

 

Jerzy Babarowski / Rodia

Mam problem z Benem Affleckiem. Jego filmy ogląda się jakby po wieloletnich występach w serii kiszek uznał, że ma dość, postanowił, że wszystkim udowodni na co go stać – poszedł do szkoły filmowej, gdzie został prymusem na roku, po czym zaczął robić te ekspercko zrealizowane filmy, w których… nie ma za grosz wyrazu czy czegoś zapamiętywalnego. I takie też jest „Argo”, podobnie jak jego poprzednie dokonania – „Gdzie jesteś Amando?” i „Miasto złodziei”.

To perfekcyjnie skrojony thriller – bezbłędny technicznie i scenariuszowo, bardzo kompetentny aktorsko, z idealnie opanowanym warsztatem reżyserskim oraz napięciem, które można kroić nożem – tylko kompletnie bezpłciowy i pozbawiony reżyserskiego głosu. Podobnie jak przy swoich poprzednich produkcjach, Affleck chyba chciał, by „Argo” bronił się samą historią i perfekcyjną stroną realizatorską, ale to niestety za mało by stworzyć dzieło, o którym się będzie pamiętać na dłużej. W dodatku historia opiera się na kliszach: wiemy, jak się skończy, jest dość banalna i właściwie dosyć nieciekawa historycznie. Amerykanin pokazałby prawdziwe jaja robiąc film o wywołanym przez USA i Wielką Brytanię (i wspomnianym zresztą w „Argo”) upadku demokracji w Iranie zamiast skupiać się na skutkach tamtego wydarzenia opowiadając historię, w której USA po raz kolejny wychodzi na bohatera, a Irańczycy są przedstawieni jednowymiarowo i zwyczajnie obraźliwie. I to właśnie mógłby być prawdziwy komentarz do aktualnej sytuacji politycznej.

Wybór jego dzieła na Najlepszy Film jest do bólu zachowawczy i uważam, że byłoby dla niego lepiej, gdyby tego Oscara dostał dopiero za parę lat. Natomiast czy to wybór zasłużony? Na pewno nie jest to wpadka, bo „Argo” tak czy siak należy do tegorocznej czołówki. Ale prawdziwą otwartość na głos nowoczesności i nieprzewidywalności Akademia pokazałaby nagradzając w głównej kategorii „Miłość” Hanekego czy nawet „Django”. Mojego filmu roku i tak nawet nie było wśród nominowanych.  8/10

Andrzej Brzeziński / Aaron

„Argo” co prawda jeszcze nie widziałem, więc na temat samego filmu jeszcze się nie wypowiem, ale faktem jest, że gdzieś tam w sercu mu kibicowałem. Po prostu chciałem, aby Spielberg nie dostał statuetki, w przeciwieństwie do Day-Lewisa, który był oczywistym faworytem. Chciałem, aby Affleck zagrał na nosie Spielbergowi, który zrobił film w tym swoim własnym stylu, który chyba zaczyna mnie na starość denerwować. Jeśli chodzi o „Argo” to sam film nie wydaje mi się niczym wybitnym i z pewnością nie zapisze się jakoś w historii kinematografii, ale stuprocentowo jest to kawał porządnego kina. Kina, które z pewnością ogląda się bez bólu zębów i cienia żenady.

A jeśli chodzi o Afflecka. No cóż, to jedna z tych postaci w filmowym światku, która posiada w sobie ogromne zasoby talentu, zwłaszcza reżyserskiego, ale wciąż aktorsko rozmienia się na drobne. Uwielbiam go za „W pogoni za Amy”, „Dogmę”, „Stan gry”, „Gdzie jesteś, Amando?” czy „Buntownika z wyboru” i oczywiście nie mogę zrozumieć dlaczego grał w  takich potworkach jak „Daredevil”, „Pearl Harbor”, „Armageddon” czy „Przetrwać święta”.  Cieszę się, że doczekał się statuetki, nie pierwszej zresztą, ale w tak ważnej kategorii. I coś mi po cichu mówi, że może to być nie ostatnia w jego karierze.

 

Rafał Oświeciński / desjudi

W całkiem słabym oscarowo roku, w czasie którego żaden z nominowanych filmów nie zbliżył się do takich przymiotników, jak „wybitny”, bądź rzeczowników, takich jak „klasyka”, trzeci film Bena Afflecka chyba rzeczywiście jest najlepszy. Z prostego powodu: to najsolidniejsze, sprawiające wiele frajdy kino, które trzyma widza na krawędzi fotela od początku do końca, będąc przy tym filmem opartym na faktach, więc bardzo wartościowym pod względem poznawczym (tak, wiem, że to Hollywood, wiem, że to w wielu momentach zdrowa ściema). „Argo” zostało kapitalnie wyreżyserowane (i to Affleck powinien zgarnąć Oscara!), świetnie zagrane, szczególnie przez drugi plan, wybornie zmontowane, nakręcone – ogólnie film ten, jako rzemiosło, jest palce lizać i zawiera w sobie wszystkie te elementy, które składają się na przepyszny stek prosto z tradycyjnej jankeskiej kuchni. Współczesne kino hollywoodzkie, kino akcji, kino politycznie zaangażowane, kino nawiązujące do wydarzeń historycznych, kino sięgające do autentycznych dramatów – wszystkie te rodzaje kina chciałyby być takie jak „Argo”: nowoczesne, błyskotliwe i inteligentne.

Łyżka dziegciu na tym daniu jest dość wyraźna w smaku: „Argo” nie wznieca dyskusji, nie prowokuje, nie zastanawia, nie definiuje na nowo gatunku, nie ma charakterystycznych, ikonicznych bohaterów. Jest wzorowo wykonanym ćwiczeniem stylistycznym, ale bez iskry bożej, którą miały choćby w mojej ocenie „Bestie z południowych krain”. Dla jednych widzów tyle wystarczy, dla innych to zdecydowanie za mało, aby film uznać za wybitny. Dlatego jego miejsce w oscarowej hierarchii jest gdzieś między „Hurt Lockerem” a „Crash”, a nie między „Gladiatorem” a „To nie jest kraj dla starych ludzi”. 8/10

Krzysztof Walecki / Crash 

„Operacja Argo” to hołd dla Hollywood, gdzie pokazane jest, że rozrywka może służyć wyższym celom. I jestem pewien, że od tej, powiedzmy ideologicznej strony, film ten zapisze się w annałach jako dowód na wielkość Fabryki Snów, która choć raz nie jest pokazana jako siedlisko zepsucia i degrengolady.

Jeśli jednak idzie o walory artystyczne „Argo” to Oscar dla najlepszego filmu wydaje się przesadzony. Mamy do czynienia z rzetelną robotą realizacyjną, ale niczym więcej. Film Bena Afflecka sprawdza się jako thriller polityczny, choć i na tym polu ustępuje powstałym w latach 70-tych klasykom, jak „Trzy dni Kondora”, „Syndykat zbrodni” i „Wszyscy ludzie prezydenta”. Podobnie nominacja dla Alana Arkina za najlepszy drugi plan wydaje mi się nietrafiona, choć zarówno on, jak i John Goodman, są wyraziści jako hollywoodzkie wsparcie głównego bohatera. Sam Affleck jest tu bardzo dobry – nieefektowny, spokojny, ale niepozbawiony siły przebicia, trochę jak sam film.

Nie jestem fanem poprzednich dokonań Afflecka-reżysera („Gdzie jesteś, Amando” był niezłym debiutem, ale już „Miasto złodziei” uważam za mocno rozczarowujące), nie mogę mu jednak odmówić zarówno prowadzenia aktorów, jak i doboru kolejnych projektów. „Operacja Argo” to jego najlepszy, do tej pory, film, choć nadal jest to zaledwie solidne kino, które, jako całość, nie zachwyca. 7/10

 

Rafał Donica / Dux

Pamiętacie jak w filmie „Team America” śpiewano: „Potrzebuje cię, jak Ben Affleck szkoły aktorskiej”? Twórcy tego tekstu dziś przecierają oczy ze zdumienia, bo nie dość, że Affleck, niegdyś użyczający swojej ładnej buźki do mało ambitnych superprodukcji Michaela Baya, wyrobił się aktorsko (vide jego główna rola w „Argo”), z filmu na film staje się też coraz lepszym reżyserem. I choć „Gdzie jesteś Amando?” oraz „Miasto złodziei” to rzetelnie zrealizowane, angażujące emocje kino, a „Argo” – kino z najwyższej półki zasługujące na otrzymane nominacje, nie jestem już tak do końca przekonany, czy również na Oscara w głównej kategorii. Thriller Afflecka to film lśniący intensywnie, ale krótko, głośny tytuł jednego sezonu. Owszem, jest znakomicie opowiedziany, bardzo dobrze zagrany, a iście hitchockowski finał żyłujący napięcie do granic, wynosi go na wyżyny. I owszem, „Argo” jest pochwałą magii kina, możliwości, jakie otwierają fikcyjne historie przeplatające się z rzeczywistością. Obawiam się jednak, że za kilka lat mało kto będzie o tym filmie pamiętał i mówił – za to przegrany „Django” Quentina będzie kultowy, kochany i cytowany. Taka to już oscarowa przypadłość, że nie wygrywają filmy masowo uwielbiane, a te mające coś ważnego do powiedzenia, choć echo przesłania często rozbrzmiewa przez krótki czas. Niemniej jednak „Argo” przywraca wiarę w człowieka, a do tego stanowi bardzo udany mariaż poważnego, jakby nie patrzeć, tematu, z zabawą w kino. 8/10

Jakub Piwoński / Piwon

Gdy kariera aktorska Bena Aflecka zaczęła wisieć na włosku, ten postanowił zająć się reżyserią. Po „Gdzie jesteś Amando?” i „Mieście złodziei” chyba nikt nie miał wątpliwości, że posunięcie to okazało się trafne. Afleck na nowo obnażył swój twórczy potencjał, o którym zapomniano od czasu Oscara za scenariusz do „Buntownika z wyboru”. Dziś cieszę się z progresu jaki dokonał się w twórczości Bena Aflecka. Cieszę się, że postanowił na dobre stanąć po drugiej stronie kamery. Nie chce i nie potrafię cieszyć się jednak z sukcesu jego najnowszego filmu.

Wiem, że „Operacja Argo” to kino solidnie zrealizowane, trzymające w napięciu, przyzwoicie zagrane. Kino stanowiące swoisty hołd dla działalności Hollywood, podkreślające uniwersalne znaczenie jakie niesie przemysł filmowy dla kultury amerykańskiej. Jako takie kino chce je wspominać, chwalić i podziwiać. Jednak wiem też, że jest to kino zaangażowane politycznie. Problem w tym, że mi nie odpowiada sposób, w jaki te zaangażowanie jest nam sprzedawane. W dobie nieustających konfliktów zbrojnych na terenach Bliskiego Wschodu, w których czynny udział nieustannie biorą amerykanie, temat, którym zajmuje się „Operacja Argo” nie dość, że okazuje się być wyjątkowo „bezpiecznym” i poprawnym politycznie, to jeszcze potrafi w sumieniach amerykańskich wzniecić odpowiednie emocje, odwracające uwagę od realnych problemów. Afleck w swym najnowszym filmie dopuszcza się politycznej manipulacji, operując tanimi uproszczeniami i przerysowaniami, w których nie trudno doszukać się przekazu, jakoby to ONI wciąż byli źli i bezwzględni, a MY dobrzy i bohaterscy. Przekaz ten w żaden sposób nie służy sztuce filmowej, ale interesom wewnętrznym państwa ogarniętego kryzysem moralnym i gospodarczym. Nie ma najmniejszego przypadku w tym, że zwycięzcę w najważniejszej oscarowej kategorii ogłosiła małżonka Baracka Obamy. Amerykański etos musi przecież zostać podtrzymany. 7/10

Adam Nguyen/ Proteus

Wybór oczywisty, bezpieczny i może właśnie przez to dla niektórych nieco rozczarowujący. Bo choć „Argo” to film, który zadowolił prawie wszystkich, to nie każdego zachwycił. Perfekcyjna warsztatowo opowieść, na pierwszy rzut oka może wydać się zbyt schematyczna w porównaniu do odważnego „Django” czy poruszającego „Beasts of the Southern Wild”. Uważam jednak, że niesprawiedliwością byłoby sprowadzenie filmu Afflecka do poziomu zwykłej rzemieślniczej roboty.

„Argo” posiada wszystko to co powinien posiadać oscarowy dramat historyczny. W tej fantastycznej opowieści Affleck w idealnych proporcjach łączy ze sobą różne elementy, tworząc film, który nie tylko trzyma w napięciu, lecz potrafi również wzruszyć i rozbawić. Reżyser jest świadom politycznego ładunku jaki obciąża tę opowieść i zgrabnie pozbywa się tego balastu poprzez dużą dozę trafnej ironii, którą spuszcza powietrze z balonu i uderza we wszystkie zawarte w historii strony. Przede wszystkim jednak film świetnie łączy dramat i napięcie kryzysu teherańskiego z lżejszym wątkiem hollywoodzkim, który nie tylko nadaje całości więcej humoru, lecz również pewną podnoszącą na duchu, poruszającą emocje lekkość.

„Argo” to fantastyczna opowieść w idealnych proporcjach łącząca zbiór różnych elementów, świetne dialogi i aktorstwo oraz perfekcyjny warsztat. Niektórzy mogą Affleckowi zarzucić to, że ten jedynie skacze po łebkach, odhaczając jeden po drugim sprawdzone schematy, nie pokazując od siebie nic nowego, jednak robi to tak umiejętnie, że nie można nazwać tego zwykłą poprawnością. Iskry Bożej może i brak, ale ogląda się to fantastycznie. Wierzę też, że „Argo” tylko zyska wraz z kolejnymi seansami, bo tego rodzaju dopieszczone filmy stają się lepsze z czasem, a kunszt Bena widać na każdym kroku.

Od początku jego kariery funkcjonowały równolegle dwa różne wizerunki Bena Afflecka. Przede wszystkim Affleck mainstreamowy, przez lata mieszany z błotem, znany głownie z prasy tabloidowej, romansu z Jeniffer Lopez oraz występów w wątpliwej jakości filmach. Równocześnie jednak dawał o sobie znać Affleck zakulisowy. Inteligenty, zabawny, świecący elokwencją i politycznym obyciem, a jednocześnie nieśmiały i nieco stłamszony swoim publicznym zaszufladkowaniem. Reżyser nawet teraz pomimo zwycięstwa na Oscarach, wydawał się odbierać nagrodę z niepewnością i skrępowaniem. Możemy mieć jedynie nadzieje, że wraz ze spływającymi na niego, zasłużonymi pochwałami, facet przestanie czuć się jak chłopiec do bicia i świat pozna w końcu tego Afflecka, którego Kevin Smith od lat opisywał jako jednego z najbardziej utalentowanych i zajebistych ludzi w Hollywood. 8/10

Grzegorz Fortuna / Motoduf

Gdybym sam miał wybierać, dałbym pewnie Oscara „Django”, ale nie zmienia to faktu, że decyzja Akademii – choć pod wieloma względami przewidywalna i zachowawcza – jest też w tym wypadku po prostu uczciwa. Ben Affleck z aktorskiego brzydkiego kaczątka zmienił się w reżyserskiego łabędzia – nie w jakiegoś natchnionego artystę, ale w solidnego, znającego swój fach rzemieślnika. „Argo” nie jest arcydziełem, ale jest świetnie zrealizowanym, trzymającym w napięciu i wyreżyserowanym po mistrzowsku (do teraz się dziwię, że Affleck jako reżyser nie otrzymał nawet nominacji) thrillerem politycznym, opowiadającym fascynującą historię w inteligentny sposób. Sceny, które na pierwszy rzut oka wydają się ograne i mało pomysłowe (jak choćby klasyczny hollywoodzki patent z oczekiwaniem na odebranie telefonu czy finałowa ucieczka) w rękach Afflecka po prostu działają: wywołują odpowiednie emocje i nie pozwalają oderwać wzroku od ekranu. I choć mam wrażenie, że pewne rzeczy można by w tym filmie poprawić, to werdykt Akademii uznaję za słuszny. 8/10

Ostatnio dodane