nowości kinowe

Antiviral

Na swój dziwny sposób jest piękny.

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Zaraźmy się młodym Cronenbergiem.

Autorem tekstu jest Rafał Christ

Wczesną twórczość Davida Cronenberga zna każdy fan horroru. Jego cyberpunkowy „Videodrome” wciąż jest dla mnie jednym z najlepszych filmów grozy w historii. Syn reżysera, Brandon, postanowił pójść w ślady ojca i w 2012 roku pojawił się body horror, który zrobił sam. Przyznam szczerze, że trochę obawiałem się „Antiviral”. Byłem pewien, że młody Cronenberg zamiast talentu ma tylko nazwisko. Film okazał się pozytywnym zaskoczeniem.

Brandon Cronenberg w swoim „Antiviral” serwuje nam podróż do alternatywnej rzeczywistości, gdzie niezdrowa fascynacja gwiazdami sięgnęła apogeum. Przy tym, co tam się dzieje, zapłacenie 40 tys. dolarów za włosy Justina Biebera, wydaje się zupełnie zdrową, nieszkodliwą rzeczą. W filmie ludzie chcąc upodobnić się do swoich ulubionych celebrytów, płacą grube pieniądze za wstrzyknięcie im wirusa, którego załapała dana gwiazda. Fanatykom umożliwiają to specjalistyczne kliniki.

Wydaje się, że historia jest tylko pretekstem, aby zwrócić uwagę na nasilający się problem, obsesji wielu młodych ludzi. Posiada kilka niedociągnięć, ale trzyma się kupy. Przez większą część seansu widz nie ma pojęcia, o co chodzi, ale w końcu opowieść układa się w logiczną całość, a to działa na duży plus i potęguje napięcie. Zaskakujące zwroty akcji wywołują zdziwienie.

Główny bohater, Syd March, nie jest typowym protagonistą. Pracuje w klinice i widzimy, że jego moralność jest wątpliwa. Każdemu klientowi mówi to samo. Szczególnie ważnym jest zdanie: „W jakiś sposób jest perfekcyjna, prawda?”. Poza tym ciężko się z nim identyfikować. Posiada ludzkie słabostki, z czego największą jest żądza pieniądza. Jako widz bałem się przyznać, że jest do mnie podobny. Niechęć narastała, aż do rozwiązania. Wpływ miał na to też z pewnością jego wygląd, człowieka zniszczonego przez chorobę. Momentami był wręcz karykaturalny. Caleb Landry Jones idealnie wcielił się w tą postać. Syd March jest wiarygodny w każdej chwili. Widzimy człowieka doprowadzonego do całkowitej destrukcji zarówno fizycznej, jak i psychicznej.

Główny bohater nie jest wyjątkiem. Moralność każdej z postaci jest wątpliwa. Gwiazda, która sprzedaje swoje komórki, zrobi wszystko, aby być jeszcze bardziej sławną, wykorzystuje obsesje fanów. Wszystko to kontrastuje z estetyką, która momentami przywodziła mi na myśl „THX 1138” George’a Lucasa. Biel, której w obrazie nadmiar, zdaje się być próbą zachowania niewinności przez alternatywne społeczeństwo, co niezbyt się udaje.

Dominuje statyka, co nadaje pewnej surowości. Dopiero, gdy główny bohater „rozpada się” ilość panoram i ruchów kamery zwiększa się. Do tego coraz częstsze zdjęcia „z ręki” idealnie komponują się z zatracaniem równowagi psychicznej. Karim Hussain jako operator wykonał kawał dobrej roboty.

Ze statyką idealnie współgra cisza, co pozwala nam zastanowić się nad tym, co widzimy, skłania do przemyśleń i pozwala na bieżąco wyciągać wnioski. Muzyka pojawia się niezbyt często, ale w tak odpowiednich momentach, że zawsze wzbudza jakieś emocje. Jest doskonale dobrana do obrazu i buduje niepowtarzalny klimat. Każdy element produkcji ma tu swoje znaczenie. Posuwa akcję do przodu, bądź podaje nowe informacje na temat bohatera, prowadzi widza przez jego psychikę, aż doprowadza do całkowitego zaniku zdrowego rozsądku.

Zakończenie jest bardzo pesymistyczne. Na myśl przychodzą słowa Nietzchego: „obcując z potworami, uważaj abyś nie stał się jednym z nich”. Gdy pojawiają się napisy można poczuć niedosyt. Ciężko uwierzyć w przemianę Syda i aż chce się prosić o dalszy rozwój akcji.

Film jest jakby powrotem do klasyki body horroru. Główny bohater przechodzi męki, a choroba sprawia, że jego ciało ulega pewnym mutacjom. Nie brakuje tu również odniesień do twórczości starszego Cronenberga. W jednym momencie kobieta na ekranie telewizora każe się skrzywdzić. Co prawda nie ma tego dużo, ale daje wiele radości. Próżno tu jednak szukać „odjechanych” tortur fizycznych. Pojawiają się, ale naprawdę rzadko. Nie to jest tematem tej produkcji, która pozostawiła we mnie gorzki posmak.

„Antiviral” jest filmem naprawdę dobrym. Ma do opowiedzenia ciekawą historię, oraz chce zwrócić naszą uwagę na pewien narastający problem. Trzyma w napięciu od początku do końca i pozostawia widza z pewnym niesmakiem, skłaniającym do przemyśleń. Jako widz nie chciałem identyfikować się z głównym bohaterem, nienawidziłem go. Mimo wszystko po zastanowieniu zauważyłem, że mam z nim więcej wspólnego, niż bym chciał.

Ostatnio dodane