nowości kinowe

American Pie: Zjazd absolwentów

To już nie jest film o nastolatkach chcących zaliczyć. To film o ludziach mających swoje problemy: o niespełnionych marzeniach, a w kilku przypadkach o ucieczce od rzeczywistości.

Autor: Szymon Pajdak
opublikowano

Szarlotka nadal świeża

 

American Pie. Następca pokoleniowy „Lodów na patyku”. Seria obok której nie można przejść obojętnie. Jedni uwielbiają ją za niewybredny humor i lekki, młodzieżowy klimat, innych odrzuca, no cóż, to samo. Osobiście zaliczam się do tych pierwszych. Uwielbiam oryginalną trylogię, głównie dlatego, że dorastałem razem z jej bohaterami i jakkolwiek to zabrzmi w jakiś sposób się z nimi zżyłem. Tym bardziej bolały mnie kolejne części, które produkowane były wręcz taśmowo, a z trylogią miały wspólną jedynie nazwę i osobę Eugenea Levyego. Na szczęście producenci poszli po rozum do głowy i sprowadzili na plan całą oryginalną obsadę dając sobie szansę na godne zamknięcie serii. I już teraz muszę stwierdzić, że był to strzał w 10!

Nasi bohaterowie dorośli. Jim i Michelle spłodzili potomka i popadli w rutynę, Kevin stał się kurą domową, która całe dnie spędza w kuchni, a wieczorem ogląda „Plotkarę”, Oz jest prezenterem sportowym znanym z występu w „Tańcu z gwiazdami”, a Finch obieżyświatem i awanturnikiem. Jedynie Stifler pozostał taki sam. Mimo stażu w poważnej korporacji i noszenia garnituru na codzień w głowie ma dalej pijackie imprezy, wyrywanie lasek i pakowanie się w coraz to nowe kłopoty.

Okazją do ponownego zobaczenia się ze starymi znajomymi i złapania nieco oddechu w codziennej gonitwie okazuje się dla nich zjazd absolwentów ich starego ogólniaka.

Twórcom filmu udała się rzecz niezwykła, która przypomina mi ostatnie dokonania Adama Sandlera („50 pierwszych randek”, „Klik! I robisz co chcesz”). Obok prostackich żartów i niesmacznych sytuacji udało im się zamieścić w filmie sporą dozę nostalgii i kilka naprawdę niezłych mądrości życiowych. Bo to już nie jest film o nastolatkach chcących zaliczyć, to film o ludziach mających swoje problemy, o niespełnionych marzeniach, a w kilku przypadkach o ucieczce od rzeczywistości. To swego rodzaju rozliczenie się z dawnym życiem i oczekiwaniami. Spojrzenie na czasy koledżu z perspektywy męża, ojca czy pracownika. To również uświadomienie nam tego jak młodzieńcze wybory kształtują nasze przyszłe życie, oraz pokazanie, że mimo, iż czas płynie nieubłaganie i wydaje nam się, że się zmieniamy to tak naprawdę pozostajemy tymi samymi ludźmi.

Oczywiście nie obyło się bez klozetowego humoru w którym przoduje Stifler, ale trzeba przyznać, że jeżeli komuś to nie przeszkadza to będzie bawił się znakomicie i nie raz parsknie śmiechem widząc to co dzieje się na ekranie. Pod tym względem konstrukcja filmu jest idealnie wyważona, a wszystkie jej składniki są wymieszane w doskonałych proporcjach.

Przyjemnie było zobaczyć na planie całą starą ekipę, a trzeba przyznać, że w filmie swoje parę minut dostaje praktycznie każda postać, która pojawiła się w oryginalnej trylogii. Jest to o tyle ciekawe co smutne, ponieważ ani jedna osoba związana z tą serią nie zrobiła oszałamiającej kariery, mimo, że wielu próbowało. Najlepiej wyszła na tym chyba Alyson Hannigan, która regularnie występuje w serialu Jak poznałem Waszą matkę.

Niestety  ząb czasu także zrobił swoje, bo o ile panie wyglądają kwitnąco to po panach widać, że upłynęło 10 lat od ostatniego filmu i chyba tylko Seann William Scott nie zmienił się ani trochę. Na szczęście nie wpłynęło to na ich grę, bo o ile nie jest to aktorstwo najwyższej próby to ogląda się ich nad wyraz dobrze. Świetnie spisuje się drugi plan na którym, króluje Eugen Levy jako tata Jima. Sceny z jego udziałem to solidny masaż przepony, a kilka sytuacji sprawiło, że ze śmiechu miałem łzy w oczach, ale nawet on dostaje nieco poważniejsze momenty i nie ogranicza się jedynie do wygłupów. Do głosu dochodzą też „młode wilki”, nastepcy naszych bohaterów,  na szczęście Ci pokazują im miejsce w szeregu, często nie przebierając w środkach.

Technicznie nie ma sensu pisać o filmie bo jakość jego wykonania stoi na bardzo dobrym poziomie, ale do tego przyzwyczaiły nas produkcje zza oceanu. Warto natomiast wspomnieć o soundtracku, który przywołuje miłe wspomnienia z lat 90 i podczas końcowych scen na balu bardzo skutecznie wzmaga tęsknotę za minionymi czasami.

Muszę przyznać, że po seansie, kiedy emocje nieco już opadły poczułem smutek, bo to chyba ostatnie spotkanie z tą ekipą. Wszystkie wątki zostały idealnie zamknięte, a bohaterowie wyszli na prostą i nie wiem co jeszcze mogliby wymyślić producenci tak żeby nie zatrzeć dobrego wrażenia jakie pozostawia po sobie Zjazd Absolwentów. Jeżeli jednak będą chcieli kontynuować serię i zrobią to w takim stylu jak teraz, ze wszystkimi bohaterami to nie mam nic przeciwko temu. Ba! Bardzo chętnie skosztuję szarlotki jeszcze raz, bo ten kawałek był wyjątkowo smaczny. Mam ochotę na ponowny seans.

Ostatnio dodane