nowości kinowe

American Hustle

Taka obsada, jeśli tylko by chciała, leczyłaby raka oraz cofała czas za pomocą siły woli.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Christian Bale nie liczył kalorii…

AMERICAN_HUSTLE_2013_TH_EXTRAS_US-WW-artworkDobro. Samo dobro na ekranach. Tyle dobra, w dodatku chodzącego dwójkami, bo jeśli się lubi kino o wielkich przekrętach, to właśnie zaczął się karnawał. Tańczmy więc. Rozpoczął go „Wilk z Wall Street”, pulsujący seksem i pachnący dolarami film o giełdzie oraz ludziach wciągniętych w imperatyw trzepania kapuchy. „American Hustle” w reżyserii Davida O. Rusella wygląda przy filmie Scorsese jak nieśmiały rudowłosy kuzyn. I choć na rodzinnych obiadkach to „Wilk z Wall Street” rzuca najgłośniejszymi żartami, to właśnie ten mały rudzielec jest ulubieńcem ciotki. Lubimy go, bo potrafi używać zdań wielokrotnie złożonych.

Koniec lat 70. Irving Rosenfeld ma dużo – ładny dom, pomysły na biznes, kochającą seks żonę i rezolutnego syna. Duży ma też brzuchol, a do swojej łysinki dokleja tupet, który jest idealną metaforą jego kariery. Irving jest bowiem oszustem. Gdy poznaje Sydney, zakochuje się od razu. Od początku trwania romansu obydwoje grają kogoś, kim nie są, aby w końcu połączyć siły i „robić” na kasę innych. Ich branżą staje się obrót dziełami sztuki, a celem amerykańskie szczęście i bogactwo. Wkrótce losy zakochanych krzyżują się z niezbyt zrównoważonym Richim DiMaso, agentem FBI, który wciąga ich w śledztwo swojego życia, dotyczące działalności polityka z New Jersey, Carmine’a Polito. Agent zakochuje się w Sydney, ale to nie trójkąt miłosny oraz niewygodna współpraca z FBI mogą namieszać w życiu Rosenfelda, lecz coś bardziej skomplikowanego. A bardziej skomplikowany od trójkąta może być tylko czworokąt. Naprawdę. Czworokąt to już za dużo. Kiedy w sam środek akcji wskakuje żona Irvinga, czyli dziarska Rosalyn, ta zupa musi wykipieć.

Nie da się zaserwować na jednym wdechu opisu fabuły. Scenariusz na to nie pozwala. Musi być skomplikowanie, soczyście, jak to w dobrym filmie przekrętowym, można jednak być zaskoczonym faktem, że to właśnie Rusell nakręcił takie coś. Kto pamięta „Fightera”, ten już wie, jak naturalnie potrafi na ekranie przedstawiać te wszelkie toksyczne rodzinne relacje, ten ciąg oczekiwań i nieufności, w którym w samym centrum pulsuje serduszko miłości. Tak, miłości właśnie, bo „American Hustle” jest również o niej, tyle że skąpanej w świecie, gdzie łatwo pomylić ją z pożądaniem i wydekoltowanymi panienkami. Realizm w kreśleniu relacji międzyludzkich dotyczy chyba wszystkich postaci pojawiających się na ekranie, nawet jeśli jest to prozaiczne „przełożony – pracownik”, to i tak czujemy prawdę. Jest to największą zasługą scenariusza. Zabawnego, napisanego lekką ręką i mającego wszystko to, co dobre w literackiej dramaturgii. Świetny „dodatek” motywacyjny dla aktorów, bo w takim projekcie aż chce się grać. I widać, że chce im się co do jednego.

american-hustle

Weźmy takiego spasionego Christiana Bale’a, który już raz statuetkę dzięki rzeczonemu reżyserowi zgarnął. Fani Christiana, Wasz ulubieniec ma się dobrze. Rola Rosenfelda to nie tylko dobrze zrealizowany plan dietetyczny kameleonowatego aktora, ale coś więcej – popis poczucia humoru oraz odświeżająca (po tych wszystkich superbohaterach, zbawcach ludzkości) zwyczajność. Wierzymy w tę postać tak samo, jak wierzymy w Amy Adams, grającą jego partnerkę w przestępstwach. Jej rola jest seksowna i studiowana na najlepszych postaciach kobiecych z klasycznego kina. Chciałbym taką panią, fiksacja głównego bohatera jest zrozumiała. I oczywiście Bradley Cooper, w którym jeszcze trochę drzemie Pat z „Poradnika pozytywnego myślenia”, czyli kawał narwańca o szalonym spojrzeniu. Może i nie świeci najjaśniej, ale nagrody powinny się posypać. Jennifer Lawrence? Prawdziwa jak diabli i seksowna jak sam seks. Och, tyle można pisać o aktorach same superlatywy, aż wstyd strzelać na lewo i prawo tymi hiperbolami, dodać więc należy, że nawet Jeremy Renner grający polityka z brylantyną na głowie, zmazuje te wszystkie drugoplanowe „awendżersy” i popłuczyny po Jasonie Bournie, znowu ciesząc nasze oko. A co do oka – dostrzec można również Roberta De Niro i Louisa C.K. w znaczącej dla fabuły roli. Taka obsada, jeśli tylko by chciała, leczyłaby raka oraz cofała czas za pomocą siły woli.

Czy są więc zgrzyty? Na pewno nie znajdziemy ich w dobrze dobranej muzyce, która zapada w pamięć. Moli niedoskonałości nie znajdziemy na kostiumach, które nie wyglądają, jak tania imitacja epoki w stylu „Gangster Squad”, lecz są tym, co wtedy noszono nie tylko do zdjęć na pocztówki. Do czego więc się przyczepić? Do czego więc się przyczepić? Myśl Koisz, myśl… A tak, wiem! Praca kamery jakaś niecharakterystyczna, a niektóre myki realizacyjne, te całe przybliżenia, plany wyglądają serialowo, ale być może miało to oddać surowość w duchu „Kojaka”. Nie przeszkadza szczególnie również brak sceny, która sprawiłaby, że po powrocie do domu będę z niecierpliwością czekał na DVD, aby odtwarzać ową scenę w nieskończoność. Nie przeszkadza. Niewiele mi przeszkadza. To bardzo dobry film.

Ostatnio dodane