AMERICAN HUSTLE - Upozorowana gra pozorów - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

American Hustle

Reżyser David O. Russell zaczyna od wysokich rejestrów, po czym schodzi coraz niżej, by w końcu usadowić się na poziomie gatunkowej średniej.




Upozorowana gra pozorów




Grzegorz Fortuna
07.02.2014


urlKto w miarę regularnie śledzi dzieje popkultury, ten na pewno wie, że – wybaczcie truizm – wszystko jest w mniejszym lub większym stopniu remiksem. Nowe gatunki i konwencje raczej się nie rodzą, a kiedy już powstają, stanowią zwykle wypadkową tych już istniejących i znanych widzowi. W kinie popularnym nie chodzi więc o to, by na nowo wynaleźć koło, ale o to, by to koło odświeżyć, wypolerować i dostosować do wymagań następnych pokoleń. Innymi słowy – świadomy, znający realia kina gatunkowego reżyser nie skupia się zazwyczaj na tym, by powiedzieć swoim filmem coś zupełnie nowego, ale na tym, jak to powiedzieć, żeby widz w to uwierzył. Jeżeli ów reżyser ma talent i serce, będzie w stanie ożywić nawet najbardziej skostniałą konwencję.

Kimś takim jest, a w każdym razie bywa, David O. Russell. W swoim poprzednim filmie, „Poradniku pozytywnego myślenia”, brał na warsztat komedię romantyczną, ale zamiast iść wydeptanymi przez poprzedników ścieżkami, dodał subtelnie nakreśloną psychologię, przebijającą spod gatunkowego schematu powagę i dwie mistrzowsko poprowadzone postaci, które tworzyły tandem tak dobrze zgrany, że ekran aż iskrzył od chemii. Efektem był komediodramat świeży, angażujący i emocjonujący; film, który po prostu chciało się oglądać, nawet jeśli niektóre scenariuszowe chwyty wydawały się aż nazbyt ograne.

W „American Hustle” Russell próbuje powtórzyć ten mistrzowski fortel, ale nie za bardzo mu to wychodzi. W teorii wszystko jest tu na swoim miejscu – mamy wielki filmowy przekręt, leżący u podstaw fabuły (czyli staroć wymagający polerki), mamy wprowadzane mimochodem wątki poboczne, które powinny pełnić role emocjonalnych podpór, mamy obsadę składającą się w zasadzie tylko z aktorskich talentów u szczytu sławy. Ale zamiast ożywić ten schemat według przepisu, który wypalił przy „Poradniku pozytywnego myślenia”, Russell zamalowuje rdzę i ubytki grubą szpachlą, po czym udaje, że wszystko jest na swoim miejscu. Co gorsza – większość amerykańskich krytyków dała się na ten szwindel złapać, o czym świadczy dziesięć nominacji do Oskara i 93% pozytywnych recenzji na portalu agregacyjnym Rotten Tomatoes.

Christian Bale;Bradley Cooper

Tymczasem „American Hustle” to film nie tylko w wielu aspektach przeciętny, ale też niezbyt dopracowany i dziwnie fałszywy. Początkowo wydaje się, że ów fałsz jest czymś świadomym, że jest elementem gry z widzem, która zostanie w pewnym momencie przerwana. Swoich bohaterów Russell ubiera w kiczowate kostiumy z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych – rozchełstane koszule toczą tu bój o palmę pierwszeństwa z wzorzystymi fularami, kolorowe garnitury ścigają się z cekinowymi sukniami, a na głowie niektórych postaci znajdują się konstrukcje, których nie powstydziłby się młody John Travolta. Niektórzy krytycy zwracali uwagę, że za taką charakteryzacją prawie nie widać aktorów, ale nie w tym rzecz. Te wszystkie brokatowe sukienki, rozszerzane spodnie, okulary-muchy, krawaty o szerokości pasa startowego, szale z lisiego futra, ogromne czarne muszki, fryzury „na pożyczkę”, tlenione grzywy, pokryte warstwą brylantyny kędziorki i wielkie blond koki pasują do przybranych nimi postaci. W „American Hustle” każdy oszukuje, kłamie, chowa się za zmyśloną tożsamością – powierzchowność postaci granych przez Christiana Bale’a, Amy Adams czy Bradleya Coopera jest więc dokładnym odbiciem ich osobowości.

Problemem „American Hustle” jest nie tyle zbudowana wokół postaci i fabuły fasada z kostiumów i zmyślnych scenografii, ale fakt, że za tą fasadą nic nie ma. Kiedy Russell wykłada karty na stół i pokazuje bohaterów saute, bez masek założonych na potrzeby przekrętu, z „American Hustle” wyziera pustka. Bohaterowie albo knują i przybierają odpowiednie miny, albo – w chwilach załamania – wpadają w dziką, niekontrolowaną histerię. W ich rejestrze emocjonalnym nie ma stanów pośrednich i tu leży kłoda, na której wywraca się reżyser – w scenach pozornej autentyczności, kiedy Christian Bale, Amy Adams, Bradley Cooper i Jennifer Lawrence szaleją na ekranie, stają się jeszcze bardziej nieautentyczni i nieprawdziwi, niż w scenach, w których chowają się za kostiumem, fryzurą czy udawanym akcentem. W „Poradniku pozytywnego myślenia” wystarczyło jedno spojrzenie, by uwierzyć w nieuchwytne uczucie łączące Coopera z Lawrence; w „American Hustle” wszystkie te aktorskie wybuchy, które szacowna Akademia tak bardzo chce nagrodzić złotymi statuetkami, przelatują gdzieś obok widza i trafiają w próżnię. Problemem są nie tyle bohaterowie sami w sobie (Irving grany przez Bale’a i Sydney w wykonaniu Adams to postacie całkiem ciekawe), ale właśnie dynamika relacji między nimi.

ah3

Fabularna konstrukcja filmu, która ogranicza się mniej więcej do tego, że agent FBI grany przez Bradleya Coopera szantażuje parę oszustów (Bale i Adams) i zmusza ich do pomocy w ujęciu skorumpowanych polityków, filmu Russella nie podtrzymuje, bo intryga jest mało oryginalna i niezbyt angażująca. Kiedy ten blisko dwuipółgodzinny festiwal fryzur się kończy – bardzo nagle i bardzo przewidywalnie, co należy w tym miejscu podkreślić – jasne staje się, że emocjonalnym „mięchem” „American Hustle” miały być wątki poboczne dotyczące relacji między poszczególnymi bohaterami i aktorskie kreacje. Te jednak swojej roli nie spełniają. I w ten sposób wracamy do punktu wyjścia.

Najgorsze w „American Hustle” jest chyba to, że film Russella nie dorasta do oczekiwań, które sam początkowo buduje. Pierwsza scena – ta z efektownym zniszczeniem „pożyczki” Irvinga – jest szczerze zabawna, a rozwijany później wątek miłosny między Irvingiem i Sydney wydaje się sympatyczny i angażujący. Dopiero w dalszej części, kiedy do gry wchodzi FBI i żona Irvinga, Rosalyn (Lawrence), całość rozjeżdża się jak koszula na brzuchu Christiana Bale’a. David O. Russell zaczyna od wysokich (i spodziewanych, biorąc pod uwagę deszcz nagród) rejestrów, po czym schodzi coraz niżej, by w końcu usadowić się na poziomie gatunkowej średniej.

ah2

I choć „American Hustle” jest filmem perfekcyjnym pod względem formalnym, znakomicie nakręconym i zilustrowanym idealnie dobranymi szlagierami z epoki, to – zamiast wciągać – cały czas pozostaje gdzieś obok widza. Reżyser mówił w wywiadach, że nakręcił „American Hustle” przede wszystkim dla aktorów, z którymi współpracował przy swoich poprzednich produkcjach – „Poradniku pozytywnego myślenia” (Cooper, Lawrence, De Niro) i „Fighterze” (Bale, Adams). Jest w tym jakiś sens i jeśli potraktować „American Hustle” jako reżyserski żart z aktorskich wizerunków, to seans wypada zdecydowanie korzystniej – Bale słynie z tego, że tyje lub chudnie na potrzeby każdej roli, więc Russell kazał mu żreć na potęgę; Lawrence wsławiła się wygłupami na czerwonym dywanie, więc Russell obsadził ją w roli szalonej furiatki; De Niro od lat nie miał okazji zagrać gangstera z prawdziwego zdarzenia, więc Russell wyznaczył mu smakowity epizod itd. Szkoda tylko, że igrając z ulubionymi aktorami reżyser zapomina o widzach.

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz

Następny tekst

Urwany film: najbardziej oczekiwane filmy 2014 roku



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE