Adwokat - recenzja | FILM.ORG.PL

Adwokat

Rozczarowujący thriller od Ridleya Scotta – udający głębię, nieefektowny i przegadany.




Słowa, słowa, słowa...




Krzysztof Walecki
15.11.2013


Adwokat_posterW nowym filmie Ridleya Scotta pada pewnie z trylion złotych myśli, bo każdy z bohaterów ma się za filozofa i swoją mądrość chce głównemu bohaterowi sprzedać.

Nieważne, czy jest się handlarzem diamentów, narkotykowym baronem, biednym właścicielem baru w jakiejś dziurze w Meksyku czy pośrednikiem w niezbyt uczciwym dealu – są to życzliwi myśliciele, którzy dzielą się z tytułowym adwokatem prawdą, jaką odkryli o świecie i prawach nim rządzących. Nie oczekują nic w zamian, poza byciem wysłuchanym. I nasz bohater im tę przyjemność wyświadcza: kiwa główką ze zrozumieniem, starając się nie uronić ani słowa z lekcji, których mu udzielają. Bo adwokat potrafi tylko dwie rzeczy – słuchać i mówić. Dlatego w chwili zagrożenia, zamiast uciekać lub walczyć, stara się z kimś porozmawiać, a nuż to załatwi sprawę. Niestety, jest w błędzie, bo gdy on szkolił swój język i elokwencję, inni nauczyli się korzystać z broni i linek do odcinania głów. 

Z „Adwokatem” problemów jest jednak dużo więcej i doprawdy nie wiem, po czyjej stronie leży większa wina: scenarzysty Cormaca McCarthy (oryginalny tekst, nie ekranizacja powieści), który tę historię spłodził, czy reżysera Scotta, nie potrafiącego tchnąć w nią życia. W gruncie rzeczy jest to prosta opowiastka o skutkach chciwości – gdy tytułowy bezimienny adwokat (Michael Fassbender) postanawia skorzystać z okazji zarobienia na przemycie narkotyków nie jest świadomy tego, że nie będzie mógł zawrócić z raz już obranej drogi przestępstwa. Wkrótce całe jego życie się posypie, a odpowiedzialność za kradzież heroiny wartej 20 mln. dolarów spadnie na niego i wszystkich, którzy maczali palce w transakcji.

the-counselor-brad-pitt-michael-fassbender-1

Kłopot z dramatem Scotta jest taki, że ta typowo sensacyjna fabuła unika typowo sensacyjnych rozwiązań (co wcale nie musi być złe, patrz „To nie jest kraj dla starych ludzi”, również według McCarthy’ego), w zamian dając umoralniające pseudofilozoficzne dysputy od bandy cyników i paru romantyków. Tyle, że Scotta nie fascynuje ani ich świat, ani ich sposób myślenia, ani ich namiętności. Erotyka w „Adwokacie” ma pełnić bardzo ważną rolę, lecz reżyser „Gladiatora” już dawno temu zapomniał, jak podniecić widza. Dlatego większe wrażenie będą robić słowa Javiera Bardema opisujące seks Cameron Diaz z samochodem niż scena sama w sobie. Również łóżkowe przygody Fassbendera z Penélope Cruz sprawiają wrażenie pruderyjnych – pod kołderką, w haleczce. Na szczęście z pokazywaniem przemocy Ridley nie ma oporów.

O dziwo, lepsze wrażenie sprawia pierwsza godzina, która kończy się efektowną dekapitacją niż późniejsza, gdy narkotykowy kartel zaczyna sprzątać bałagan. Scott i McCarthy ukazują nam wręcz idyllę tytułowego bohatera, budując podwaliny pod wyjątkowo krwawe rozwiązanie. Beztroska wspólnika adwokata (Bardem), wyjątkowy chłód jego dziewczyny (Diaz), opanowanie i trzeźwe podejście do sprawy pośrednika (Brad Pitt) pozwalają nam spojrzeć na tę rzeczywistość z ciekawością i rosnącym zainteresowaniem. Temu wrażeniu przeszkadza niemal szczeniacka miłość Fassbendera i Cruz, oderwana od całej reszty, jakby wzięła się z innej bajki. Ale nawet ten wątek nie jest tak rozczarowujący jak to, co przychodzi w drugiej połowie filmu – Bardem nadal jest wyluzowany, Pitt niby ucieka, ale tak jakby nie uciekał, zaś Fassbender dzwoni po ludziach i odbywa szereg rozmów, czyli robi to, co robił wcześniej. Zagrożone są życia, lecz nie obserwujemy dramatycznej walki o przetrwanie. Fatalizm sytuacji jest namacalny, ale to nie znaczy, że nie należy nic robić. A frustracja w widzu rośnie, bo przestaje rozumieć tych bohaterów, i sam film.

movies1-1

Ta bierność, a miejscami również głupota, nie byłaby tak rażąca, gdyby za reżyserię wziął się ktoś wyczulony na ironię drzemiącą w tekście autora „Drogi”. Piskliwy głosik kelnerki podczas dramatycznej rozmowy Fassbendera z Pittem mógł być przypadkiem, albo jednorazowym przejawem geniuszu Scotta, lecz takich elementów podkreślających śmieszność tego świata przydałoby się więcej. Coenowie i Polański wiedzieliby, co zrobić. Nawet taki Alex de la Iglesia umiałby pobawić się scenariuszem McCarthy’ego – wystarczy wspomnieć jego „Perditę Durango” również z Bardemem i Rosie Perez (u Scotta w epizodzie). Na nasze nieszczęście Ridley Scott traktuje „Adwokata” ze śmiertelną powagą, co wraz z pretensjonalnymi dialogami daje efekt odwrotny do zamierzonego.

Aktorzy, poza Fassbenderem, wydają się czuć lepiej tę historię niż sam reżyser. Pitt kradnie każdą scenę, w której jest, starając się łączyć zimny profesjonalizm z nieprzesadzonym łobuzerskim urokiem. Wyglądający jak opalony jeż Bardem jest autentycznie wystraszony swojej dziewczyny, choć co rusz prawi jej komplementy. Z Diaz jest nieco gorzej, bo nie czerpie zabawy z kreowania wyjątkowo przebiegłej Malkiny, a powinna. Cruz natomiast angażuje się w swoją postać tak mocno, że aż szkoda, że jest jej na ekranie tak mało. Wprowadza równowagę pomiędzy dzikością półświatka, a uczciwością swoich uczuć. Co prowadzi nas prosto do Michaela Fassbendera. Adwokat nie jest materiałem na głównego bohatera. Osobiście nie czułem potrzeby, aby śledzić poczynania tej postaci, ale co gorsza nie poczuł jej również sam aktor. Miota się od jednego znajomego do drugiego, po drodze dzwoniąc do trzech innych, lecz sam wydaje się kompletnie bezbarwny i bezbronny. Być może był to zamysł samego McCarthy’ego, aby właśnie kogoś takiego uczynić głównym bohaterem. Nie udało się. Fassbender jest równie nieefektowny, co jego adwokat.

counselor-31

Cameron Diaz w pewnym momencie mówi, że na Amerykanów zawsze można liczyć. Patrząc na listę płac „Adwokata” ma się wrażenie, że można również liczyć na magię nazwisk. Znakomity reżyser, wybitny pisarz i wspaniali aktorzy, a tu takie nieporozumienie. Film Scotta ma kilka scen, które zapamięta się na dłużej, lecz w ogólnym rozrachunku nie są one w stanie uratować całości. I jeśli można na kogoś liczyć, to tylko na kartele narkotykowe – one jedne nie bawią się w filozoficzne dyrdymały, ograniczając się do zadawania cierpienia i śmierci. Prawdziwi ludzie czynu, nie myśli.







  • Kamil Wa

    Nie, nie nie ! To nie może być prawda ! Nie wieżę że można spier..niczyć film mając taką obsadę i takiego scenarzystę ;( !

    • q

      A jednak. Dlatego ten film aż tak rozczarowuje. Zresztą obsada i pieniądze to nie wszystko. Lepszy dobry scenariusz, świetny reżyser który potrafi nawet słabych aktorów dobrze wykorzystać.

  • Kazik

    Ktoś już dawno powinien wytłumaczyć temu śmiesznemu dziadkowi aby dał sobie spokój z kręceniem filmów.
    Bardzo dziwię się, że po takim gównie jakim był „Prometeusz” ktokolwiek pozwolił aby ten facet nakręcił kolejną produkcję.

    Fassbender, w sumie młody facet, wygląda tak jak gdyby miał 50-tkę.

  • Mefisto

    Dziwnie czyta się zarzuty w stronę filmu Cormaca (bo to jego film, Scott nic tu nie pokazał), że gadają za dużo. Dziwnie czyta się też zarzut o udawaniu głębi, jak i o brak działania ze strony bohaterów. Owszem, dialogi są miejscami typowo dla Cormaca przesadzone, przefilozofowane, jednak to właśnie w nich kryje się m.in. dwuznaczność filmu. Przecież już sam tytuł jest ironiczny względem historii. Counselor, czyli doradca prawny, a nie żaden adwokat – notabene bynajmniej nie główna postać filmu, centralna owszem, ale tych jest kilka – pakuje się w gówno, z którego dotychczas wyciągał ludzi, którzy jedyne co mogą w danej sytuacji zrobić, to jedynie doradzać jemu. Tylko, że już niewiele da się zrobić – stąd telefony do kolejnych osób, jako ostatnia deska ratunku. Stąd Pitt, pozornie jedynie znikający, a przecież te jego teksty to były zwykłe przechwałki, dające mu pozory bezpieczeństwa. I tak dalej, i tak dalej. Film generalnie może i wydać się nudny, ale na pewno nie jest głupi – po prostu trzeba uważać na każdej scenie. A co do braku efektowności – parę strzelanin jest, jest i pościg. Bourne nigdy to nie miał być, nawet nie powtórka z NCFOM, więc kolejny argument wyssany z palca. Ocena zdecydowanie za niska, bo nawet będąc niezbyt satysfakcjonującym dziełem, Counselor dalej jest o klasę wyżej od przykładowego Killing Them Softly. A że przy okazji nie jest to ani kino łatwe, ani przyjemne, to już inna sprawa.

    • Krzysztof Walecki

      Tyle, że ani w „To nie jest kraj dla starych ludzi”, ani w „Drodze” dialogi nie były siłą napędową tych filmów. Tutaj ma się wrażenie, że są tylko rozmowy – czasem kompletnie niepotrzebne (epizod z byłym klientem Fassbendera, albo wizyta Diaz w kościele – ciekawa, ale nie wnosi nic do portretu Malkiny, o czym bym wcześniej nie wiedział), innym razem na siłę przedłużane (pierwsze spotkanie z Pittem). W „Adwokacie” zabijają one dwuznaczność filmu, o której piszesz, bo w pewnym momencie robi się z nich bełkot. O to mam pretensje do Cormaca.
      Masz rację, że tytuł jest ironiczny, ale jak już wspomniałem Scott nie jest biegły w ironii. Widzi dramat bohaterów, lecz nie dostrzega gorzkiej śmieszności, która z tego wynikła. Dlatego finał, choć krwawy i bezlitosny, nie zrobił na mnie wrażenia, w przeciwieństwie do tego, co widziałem u Coenów. Zgadzam się, że Scott nic tu nie pokazał, ale to właśnie świadczy o porażce filmu, bo skoro sam reżyser nie zrozumiał tekstu, to co ma powiedzieć widz? O to mam pretensje do Ridleya.
      Nie napisałem, że film jest głupi, tylko że takie jest zachowanie bohaterów – nie miałbym z głupotą problemów, gdyby za reżyserię wziął się ktoś bardziej świadomy, z jakim tekstem ma do czynienia.
      Zarzut o nieefektowność dotyczył nie warstwy wizualnej i „akcyjnej” (że się tak wyrażę), bo dobrze wiesz, że lubię taki minimalizm w kinie sensacyjnym („Amerykanin”, czy właśnie „Killing Them Softly”). Chodziło mi o ogólne wrażenie z seansu, jakbym oglądał gadające głowy, a nie dobrą historię z pełnokrwistymi bohaterami. To wszystko się rozmywa przez nadmiar i rzekomą głębię dialogów (wina McCarthy’ego) oraz bierność bohaterów (z którą Ridley nie wiedział, co zrobić).

      • Mefisto

        Ale w książkach ogólnie u niego jest sporo gadania, taki ma styl facet. Poza tym w NCFOM też był, wbrew pozorom oparty o rozwleczone dialogi (wizyta Antona na stacji i przerzucanie się zdaniami pozornie o niczym, końcowy sen szeryfa, etc.). Scott nic nie pokazał w takim sensie, iż nie naznaczył filmu jakkolwiek w warstwie technicznej, co przecież potrafi – nie znaczy to jednak, że nie zrozumiał tekstu, raczej zostawił go samemu sobie. Zgodzę się, iż parę scen można było wywalić w cholerę, kilka innych bardziej rozjaśnić widzowi (zastanawiam się też, co mogli wyrzucić w trakcie montażu), niemniej i z takimi wadami film się broni. Nie uważam też, iż brakuje mu ironii – to, jak kończy Pitt, czy scena z płytą mają ironię wypisaną na czole, jednak w przeciwieństwie do Coenów jest ona serwowana zupełnie na zimno. Tam czuć było jakiś dystans do historii, pewien pierwiastek odrealnienia oraz sporo humoru sytuacyjnego. Tutaj, choć humor też się pojawia, na podobne zagrywki nie bardzo jest miejsce, bo i nie uśmiecha się nic bohaterom. Ci z kolei nie zachowują się głupio – raczej ich zachowania pokazane są właśnie w nieefektowny sposób względem NCFOM. Tam Llewelyn działał z wojskową precyzją, były sceny ucieczek i walki o życie. Tylko, że tam był jednak inny bohater, inna historia. Tutaj wszystkie decyzje już zapadły, Fassbender nie ma ani pieniędzy, ani przyjaciół, ani możliwości, by próbować czegoś innego, poza (wątpliwym w swym wykonaniu – no, ale to jedynie był człowiek-garnitur dotychczas, nie ma doświadczenia) wtopieniem się w tłum. To samo Pitt – z miejsca wdrożył swój plan w życie i naiwnie sądził, że mu się uda, zwłaszcza, że nie był głównym celem (do tego dochodzi też zdrada przecież). Trudno mi więc oskarżać postaci o głupotę. Naiwność oraz zlekceważenie sytuacji jak najbardziej, jednak ich próba dostosowania się do problemu właściwie odzwierciedla ich charakter i pozycję w tej tragedii, więc trudno mi patrzeć na ich rozpaczliwe próby ratowania dupy z wyższością. Jakakolwiek wina w skrypcie leży więc po stronie postaci jako takich – w Drodze i NCFOM mieliśmy zwykłych zjadaczy chleba, z którymi łatwiej się było utożsamić. Tutaj mamy samych gangsterów i ludzi w taki czy inny sposób związanych z półświatkiem, więc i trudniej jest wyciągnąć do nich rękę – szczególnie względem wyborów, jakie czynią na początku (pana adwokata przecież każdy 5 razy pyta przed dokonaniem dilu, czy na pewno chce w to wejść). To faktycznie odejmuje punkty całej produkcji (sam się zastanawiam, czy nie obniżyć oceny, bowiem jakkolwiek seans zaliczam do udanych, to im dłużej myślę nad tym, tym mam mniej ochoty na powtórkę), ale dalej nie czyni filmu złym albo poniżej przeciętnej. Zimny, wyrachowany, niełatwy w odbiorze – jak najbardziej. Ale i tak klasowy mimo to.

        • Krzysztof Walecki

          Z dwiema rzeczami się zgodzę – trudno identyfikować się z bohaterami „Adwokata”, jak to miało miejsce przy poprzednich ekranizacjach McCarthy’ego, ale to nie usprawiedliwia tytułowego bohatera, który jest mało efektowną i zwyczajnie nieciekawą postacią. I masz rację, że więcej było w finale lekceważenia sytuacji niż głupoty, ale gdy widzę Pitta, który zamiast zaszyć się w Polsce, albo krajach trzeciego świata, wybiera jakiś drogi hotel w Londynie, a potem umawia się z pierwszą lepszą dziewczyną z Nowego Meksyku (co już śmierdzi), to naprawdę nie mam na to słów. Ale fakt, to nieźle odzwierciedla charakter tej postaci.
          Książki książkami, więc to, że Cormac lubi długie dialogi, nie oznacza, że w filmie sprawdzą się one równie dobrze. Tutaj były sytuacje, gdy rozmowa już się skończyła, jeden z bohaterów wychodził, ale nagle się odwracał, aby coś dodać. I tak w kółko. Osobiście latałbym za Cormaciem z nożyczkami i wycinał, co drugie zdanie.
          A co do ironii – piszesz, że jest ona chłodna, i nie ma ani pierwiastka odrealnienia ani miejsca na dystans, bo bohaterom się nie uśmiecha. Wybacz, ale w „To nie jest kraj…” również ciężko było postaciom na chwilę oddechu i humor, jednak się udało; tam brylował w tym Tommy Lee Jones, tutaj próbuje Bardem. Tam niezwykły i mocno nierealny był Chigurh. Tutaj mogła być taka Malkina, ze swoimy kotami, wygibasami na Ferrari i w końcu wręcz zwierzęcą naturą. Taka jest w tekście, ale nie w filmie. Wizja Scotta kompletnie rozmija się z tym, co jest w scenariuszu, bo on naprawdę uważa, że jest to mocno realistyczna i tragiczna (niczym „Antygona”) historia, a dystans jest ostatnim, czego wymaga. Sądzę, że się wielce pomylił.

          • Mefisto

            Co do Pitta, to z tego co pamiętam on wybierał kasę ze swoich zagranicznych kont, stąd Londyn. A dziewczyna była ładna, pierwszej klasy i z Kanady bodajże (czy to zresztą ważne? :) – dał się nabrać, to fakt, ale może myślał, iż jest już bezpieczny, skoro to Europa. Nie wiem. Co do reszty zgoda, trochę przyciąłbym ten film także, przy czym humor u Coenów wynikał raczej ze środowiska – ot, proste chłopy, kowboje i dlatego wiele naturalnych sytuacji bawiło. Jak mówię – nieco inna historia tam była mimo wszystko też.

  • Andriej

    Obawiam się, że Ridley jest skończony – drugi „Prometeusz” będzie gwoździem do trumny. Oby tylko nie zdążył zbezcześcić „Łowcy Androidów”

    • kartofelek007

      Ja jestem wieloletnim fanem Aliens (byłem nawet na premierze tegoż w kinie). Gdy pierwszy raz obejrzałem Prometheusa nie za bardzo mi się podobał. Ale kolejne seanse przekonały mnie do tego filmu. Ma sporo pierdół które psują całokształt, ale jako film trzyma fason. Oczywiście trzeba go oglądać w maksymalnie dobrej jakości. Na drugą część czekam z niecierpliwością. Jeżeli poukrywane w jedynce wątki zostaną pociągnięte, to może być ciekawie. Największym problemem Prometheusa jest to, że ludzie sobie wmówili, że jest to prequel Obcego. A to bardziej przypomina Ullysesa (pamięta ktoś jeszcze tą bajkę?)

      • Andriej

        „Ma sporo pierdół które psują całokształt, ale jako film trzyma fason” – Powinienem się domyślić, że jeden z was się przyplącze. Byłem na nim w IMAX, potem obejrzałem go w Full HD, starałem się nawet (za drugim razem) dac mu szansę, przymknąć oko, ale po prostu się nie da. Zbyt dużo jest w tym filmie spaprane, nawet jeśli olejesz zupełnie relacje z „Obcym”(skoro to wg ciebie nie ma nic wspólnego z prequelem, to po co został umieszczony w tym samym uniwersum tylko wcześniej, do tego wypełniony nawiązaniami?), jednocześnie liczne i konfliktujące się z uniwersum. Brak w nim głębi, przesłania i całej reszty zalet przypisywanych mu przez fanboyów, którzy chyba w ten sposób tłumią swój kompleks niższości. Rozczarowanie dekady i kropka.

        • kartofelek007

          Ale to od razu pytanie – rozczarowanie dla kogo? Dla fanów obcego, czy dla normalnego widza który chciał kolejne widowisko sf?
          Horyzont zdarzeń, Europa report, Gwiezdne wojny, Transformersy itp – w żadnym z tych filmów nie było ani głębi ani przesłania. A mimo to można było to obejrzeć.

          Co do prequela, to nie są moje słowa, a reżysera. Wyraźnie zaznaczał przed premierą, że film został umieszczony w tym uniwersum, ale nie jest prequelem (wbrew temu co twierdziły media).

          Gdy się poczyta lub poogląda na youtubie filmy o wątkach, które wcale tak mocno nie wypływają z tego filmu, wtedy zyskuje on na wartości. Może nie jest to największe widowisko na świecie, ale czy rozczarowanie dekady? Tylko dla ludzi pragnących kolejnej części obcego (co nie wiem czy jest dobre patrząc na Alien 4 i kolejne filmy z obcym)

        • kartofelek007

          Ale na pewno zgodzę się z jednym. Zobacz tą scenę: https://www.youtube.com/watch?v=eDRLtgr2T9E Co się rzuca w oczy? To, że jest jakiś statek, o którym nic nie wiemy. Nie wiemy jak wygląda, co jest za rogiem itp.

          W nowych filmach mają możliwość pokazać to wszystko i to robią. I to jest błąd. To samo można było poczuć grając w stare BaldursGate2. Kilka pixeli sprawiało, że człowiek resztę dopowiadał sobie w głowie. A wyobraźni nie zastąpi nawet najbardziej wypasiony efekt.

      • Indroman

        Nie wiem kto i co sobie wmówił o tym niby „Obcym”, ale przed premierą można było się porzygać od ilości informacji, że to żaden prequel ani tym bardziej sequel. Film za pierwszym razem mnie „zfejspalmował”. Kolejny seans odpuściłem sobie w połowie pomimo świetnej jakości. A w pociągnięcie wątków z jedynki w kontynuacji nie wierzę. Lindellofa co prawda nie będzie, ale nikt w Hollywood nie zainteresuje się budowaniem głębi dla tej historii. Zdrowiej nastawiać się na drugą część padaki, do której – jak do każdego bełkotu – różnego rodzaju blogerzy dorobią 1000 stron błyskotliwych nadinterpretacji każdego gestu bohaterów. Osobiście po tego typu lekturze na stopklatce ręce mi opadły.

        • kartofelek007

          Z dwojga złego lepiej jak by pociągnęli te wątki. Albo dostaniemy kolejny gniot, albo jakieś widowisko. Moim zdaniem lepsza opcja numer dwa, niż kolejny film niby w uniwersum a traktujący o walce predatorów z „czarnymi stworkami”.

          Niektórzy mówią, że druga część będzie ocierać się o Raj, o którym mowa w wersji rozszerzonej Prometheusa (to właśnie w tym kierunku poleciała główna bohaterka)

          • Krzysztof Walecki

            Czy moglibyście wykłócać się o „Prometeusza” gdzie indziej? Forum jest do tego dobrym miejscem, ewentualnie komentarze pod recenzją „Prometeusza”.

          • kartofelek007

            Oj nie róbmy afery. Nikt tutaj się nie wykłóca. Kilka komentarzy pod wpisem nikomu krzywdy nie zrobi. Tutaj nie są kłótnie, co wielkie dysputy na temat filmu w którym grał jeden z wspomnianych wyżej aktorów.

            Jak więc już wspominałem, jego rola jako androida… ;]

  • Sandy

    Oprócz zabawnej historyjki o seksie z samochodem (podczas której naprawdę się nieźle ubawiłam) ten film wieje straszliwą nudą – po seansie aż zatęsknilam za pieniędzmi wydanymi na bilet ;) Brakuje tu jakiejkolwiek iskierki, akcja się wlecze, postaci nakreślone nieciekawie… No kaszana.

    • Artur Gralla

      powinni kase zwracac po seansie ;) to by mieli tworcy motywacje do robienia lepszych filmow.

  • q

    Nie polecam tego filmu. Jest nudny. W filmie najważniejsza jest historia. W Adwokacie ważniejsze jest wszystko inne. Zdjęcia, obsada, aspiracje, to wszytko bym zamienił na dobry film z wciągającą fabułą. Najbardziej śmieszą próby zbudowania filmu genialnych scen, z super dialogami. Kompletnie nie powalają, ale każdy rozumie że to miały być sceny zapadające w pamięć, genialne. Nie są. Prawie jak perła, prawie jak złoto, prawie jak diament. Choć akurat scena z diamentami mi się podobała. Miło że zatrudnili do niej hitlera ;-P Chociaż lepszy był w tożsamości.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Don Jon

Następny tekst

#90 Pacific Rim



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE