500 dni miłości | FILM.ORG.PL

500 dni miłości




Bo tak już jest




Rafał Oświeciński
01.01.2012


 

BO TAK JUŻ JEST

Podobno najbardziej znienawidzonym przez facetów gatunkiem filmowym jest komedia romantyczna. Zdecydowana większość produkcji w tym typie, na czele z rodzimą serią walentynkowych klonów, to kino śmieciowe, złe i głupie, popadające w każdej sekundzie w schematy, które są powtarzane jakby na złość dobrym gustom i oryginalności. Utyskiwań nad losem filmowego romantyzmu nie będę kontynuował, bo wystarczy taka oto konstatacja – faceci ich nie lubią. Ci prawdziwi oczywiście, wypełnieni testosteronem rzecz jasna, a nie jakieś zniewieściałe i świeżo ogolone lovelaski w sweterku w serek. Proszę pań, bardzo proszę, zrozumcie, że my ich nie lubimy, a tylko mówimy, że je lubimy. Lubimy chodzić do kina na komedie romantyczne, bo Wy tak chcecie, bo wy je lubicie i lubicie nas, lubiących romantyzm. Bo cóż moglibyśmy w nich polubić? Słodycz, radość, optymizm, żar ciał i buchające uczucia? Wizje miłości, związku, krzywd, przebaczenia i obowiązkowych happy-endów? No proszę was, genetyczne zaprogramowany szowinizm nie pozwala na zachwyt takimi bajkami, które pochodzą z waszych marzeń (i z tego powodu jest nam przykro). Ale cóż, bywamy mięczakami.

Raz na kilka lat pojawiają się za to filmy romantyczne dla facetów – filmy z większą porcją goryczy i takie, w których nie ma łatwych rozwiązań. Bo ten męski świat, w którym przyszło nam żyć, jest bardzo wymagający: wciąż musimy udowadniać, że mamy jaja i że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. Oczywiście do słabości nigdy się nie przyznamy. Film, jak to film, potrafi skutecznie sportretować facetów, także od tej romantycznej strony, pozbawionej całe szczęście pretensjonalności charakteryzującej popularne kino kobiece (gwoli prawdy, chciałbym wierzyć, że męski romantyzm filmowy nie jest pretensjonalny, bo jeśli taki rzeczywiście jest, to niezbyt dobrze o moim zachwycie świadczy). Parę lat temu pojawiły się znakomite „Bezdroża” o zagubieniu w związkach w czasie kryzysu wieku średniego, na ekrany wskoczył znienacka sentymentalny „Garden State”, po drodze Bill Murray pukał od drzwi do drzwi w poszukiwaniu utraconych szans, a Jim Carrey próbował wykasować z pamięci swą ukochaną. Na pewno udałoby się wam znaleźć jeszcze kilka innych tytułów pokazujących prawdziwą twarz mężczyzn – inną od tych spotykanych najczęściej w kom-romach – w zetknięciu ze zjawiskiem miłości i jej pochodnych.

Do rzeczy jednak. „(500) Days of Summer” jest właśnie jednym z tych filmów, w których męski punkt widzenia niby dominuje – bo bohater jest facetem – choć jest na tyle uniwersalny, że może stać się koedukacyjnym przyczynkiem do dyskusji o rozumieniu miłości jako uczucia, które czasem łączy, a czasem nie łączy – i to bez romantycznego bzdurzenia o jej niezwykłości. Bo miłość może zwyczajnie boleć. Zna ktoś takie emocje?

Tom Hansen poznał.

Tom Hansen. Ot przeciętny koleś, nie posiadający ponad stan ani urody, ani charyzmy, ani intelektu, ani ambicji. Nie jest też jednak wielkomiejskim loserem pałętającym się bez celu po okolicy, jak bohater jarmuschowskich nieustających wakacji. Chciał zostać architektem, a został projektantem pocztówek. Przeciętny gość, bardzo przeciętny. I tego gościa ma dopaść miłość – wszak to film o miłości, więc zakochanie się jest ważne, bo oprócz tego, że to mile łaskoczące uczucie, to powoduje ono tak romantyczno-śmieszne perypetie będące udziałem dwojga miłością niesionych przez los, och, ach.

Stop, zejdźmy na ziemię. Nie o miłości to film. Nie zaklepujcie romantycznego wieczoru.

Tom Hansen ma wizję miłości taką, jaką podziela wielu jemu podobnych – trochę tajemnicza, na pewno przeznaczona, odrobinę szalona, przyozdobiona powagą. Na takie zakochanie czeka słuchając zawodzenia Morrisseya, kiedy ten śpiewał z The Smiths (bo Morrissey inspiruje i każdy, kto go słucha, to wie) i oglądając wyczyny Dustina Hoffmana w „Absolwencie” (bo gra Bena Braddocka z panią Robinson inspiruje i każdy, kto to widział, ten wie). I pojawia się znienacka, ta jedna jedyna, dokładnie taka, o jakiej śpiewał Morrissey: przed którą miękną kolana i na widok której wypada grać kogoś, kim się nie jest (fajny, wyluzowany, nieprzeciętny); wiecie – pierś do przodu, pewność siebie, włączenie poczucia humoru. Może zauważy, może doceni.

Przechodzi obok. Zerknęła?

Wsiadasz do windy. Czy ona też wejdzie?

Stoi obok. Ale co powiedzieć?

Mówisz. Ale czy ona chce słuchać?

Takie sobie przeciętne objawy zakochiwania się. Nic szczególnego. Tom Hansen nie jest przecież jakoś szczególny.

Ale film jest. Wyjątkowość 500 dni z Summer objawia się w kilku rzeczach, których zazwyczaj w kinie współczesnym bardzo brakuje.

Weźmy choćby filmowe zakochiwanie się, czyli ekranizację wstępnych miłosnych uniesień (bądź udręki, co oczywiste dla kogoś, kto zakochany był choć raz). W wielu filmach zazwyczaj bywa tak, że bohaterowie rzucani są od razu w wielkie uczucia, które targają nimi i ich losem. W tym przypadku uwaga skupia się głównie na procesie zakochiwania się i odkochiwania, z czego ten pierwszy jest mimowolny, jakby nieintencjonalny, ten drugi jest natomiast umyślny, zależny od wielu czynników, na które wpływ ma wyłącznie ten odkochujący się. Śliwka siłą grawitacji w kompot wpada, a potem trzeba ją samodzielnie wyjąć. Innymi słowy – zakochanie bywa najczęściej nieplanowane, a na odkochanie się trzeba plan mieć. Plan nie pojawia się znikąd – tak samo jak znikąd nie pojawia się rozumienie istoty miłości, która nie ogranicza się do motyli w brzuchu, ale i do prozy życia, obowiązków i znudzenia, które mogą pojawić się albo na chwilę, albo na stałe. Aby się z antyromantycznym bytem pogodzić, potrzebna jest pewnego typu dojrzałość, tutaj rozumiana jako świadomość własnych potrzeb i wyniku konfrontacji tychże z potrzebami tej drugiej osoby. Choćby rozumienie wolności, odpowiedzialności, związku – nasz bohater liryczny, Tom Hansen inaczej te zjawiska definiuje, nieświadomie narzuca ich interpretację. Oczekuje od drugiej osoby podobnych gestów, spojrzeń i deklaracji. To naturalne. Psychologicznie nic odkrywczego – przecież najlepiej się czujemy w towarzystwie osób nam jak najbardziej podobnych.

Tom Hansen dojrzewa do myśli, że nie musi się to kończyć jak w kinie – świadomość istnienia innych potrzeb może zaboleć tym bardziej, gdy ktoś zapuścił korzenie w romantycznej wersji swojej miłości, w której motta wyznaczają – nie twierdzę, że Hansenowi – moje ulubione coelhowskie hasełka typu „…miłość po prostu jest. Bez definicji. Kochaj i nie żądaj zbyt wiele. Po prostu kochaj”. Bla, bla, bla. Z nimi na ustach nie uda się śliwki wyciągnąć. Człowiek nie może nie żądać. To romantyczna bzdura. Zauroczenie może minąć nagle, a strata tak pożądanego uczucia będzie tak samo zasadna i sprawiedliwa, jak jego pojawienie się znienacka. Tak bywa. Każdy ma swoje miejsce i swój los we własnych rękach. Dlatego nie można kochać bez powodu – zawsze musi być nadany jakiś sens uczuciom. No bo jak to: kochać bez sensu? Tak się nie da. Czy Tom to zrozumiał?

To, co mówię, może wydawać się pretensjonalne, jednak film, musicie mi uwierzyć, taki nie jest. Twórcy nie starają się nikogo olśnić, nie wydobywają wielkich prawd i nie wyszukują jeszcze większych kłamstw, które w ukryciu czyhają na dwoje ludzi połączonych uczuciem. To prosta, naturalnie płynąca (choć achronologicznie) historia nie mająca do nikogo i niczego pretensji – bo o miłości, zakochiwaniu się, nadziejach i rozczarowaniach można opowiadać bez wielkich słów, bez ckliwych błyskotek estetycznych i wyświechtanych frazesów. Można zatrudnić niezbyt ograne twarze (w tym śliczną Zooey Deschanel), można na ścieżkę dźwiękową wrzucić The Smiths, Reginę Spektor, Wolfmother, The Clash, Iana Browna i The Temper Trap i można – przede wszystkim – napisać dobre dialogi. I wszystko to da naprawdę dobry, niebanalny i wyjątkowy film.

500-days-of-summer-04

Jednocześnie to kino sprzeczności – tak doskonale wgryzające się w autentyczne emocje i tak doskonale zaznajomione ze schematami, z których robi zupełnie inny użytek. Film grzeczny, układny i do tego, o ironio, prawdziwy wrzód na tyłku amorka. Skutki zażycia tej opowieści mogą być bolesne dla obojga zakochanych, przez co ich świat, dzięki tej komedii nieromantycznej, zostanie wywrócony na moment do góry nogami. Bo w kontekście historii Toma i Summer padać mogą niewygodne pytania, które są zazwyczaj unikane, szczególnie przed samym sobą: bo może to nie ten czas i nie to miejsce? Może nie ten/ta? Może za mało w tym związku rozsądku, a może odwrotnie – za dużo? W sumie dość banalne pytania. Ich zadawanie samemu sobie często prowadzi do milczenia tego, kogo pytamy. Ze względu na strach przed szczerą odpowiedzią?

Szkoda, że film nie trafia na polskie ekrany w czasie zaróżowionych miłością Walentynek. Tak cudowny byłby widok wkurzenia, zniechęcenia i rozczarowania, czyli tak wspaniale niepasujących uczuć na te tandetne w gruncie rzeczy święto. Ręce nie byłyby ściśnięte, na twarzach nie gościłby uśmiech, a w głowach kołatałyby się pytania o wątpliwy sens miłosnych uniesień, który z lirycznym przeznaczeniem nie miałyby za wiele wspólnego. Dlaczego? Bo tak. Bo tak już jest.

Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński











Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Następny tekst

Across the Universe



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE