nowości kinowe

47 roninów

Bez pomysłu, bez polotu. Dużo tępego drewna, mało ostrych katan. Szkoda czasu.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Filmowe seppuku

7584359.3Produkcja „47 roninów” borykała się z wieloma problemami, co nie rzucało korzystnego światła na jej efekt końcowy. Trailer nowego widowiska z Keanu Reevesem nie ostudził związanych z nim wątpliwości, a jedynie uwypuklił zgrzyty zniechęcające wielu do seansu. Ja jednak, co pewnie was zaskoczy, widziałem potencjał w tym filmie. Opowieść samurajska, wzbogacona o elementy fantasy, jawiła mi się jako dość ciekawe połączenie. Oczywiście tylko przy założeniu, że opierać się będzie na rzetelnym scenariuszu. Bo taki świat musi mieć swoją historię, musi posiadać odpowiednio rozbudowane podłoże, by nie popaść w groteskę. W przeciwnym razie, twórcy popełniliby artystyczne seppuku…

Film od piątku mamy okazję oglądać w naszych kinach. Wszelkie obawy się potwierdziły. Wystarczyło mi 15 minut seansu, by obudzić się z ułudy, jaką sam sobie zaserwowałem.

Film oparty jest na ważnej dla kultury Japonii historii. W 1702 r. grupa czterdziestu siedmiu samurajów postanowiła krwawo pomścić haniebną śmierć swego pana. W kraju kwitnącej wiśni opowieść tę zna niemal każdy, a w podręcznikach historii zapisała się jako „Incydent w Ako ery Genroku”. Kilkukrotnie zagościła ona także na dużym ekranie, ale dopiero teraz postanowiono zaadaptować ją z odpowiednią pompą. W posłużeniu się bogactwem fantastyki nie byłoby nic dziwnego, gdyby opowieść ta była legendą, która z zasady często przybiera formę niezwykłości, cudowności. Wiemy już jednak, że w tym wypadku mamy do czynienia z faktami. Spokojnie można było zatem porzucić otoczkę fantasy i pójść w kierunku większego realizmu. I wyszłoby to filmowi na dobre.

458468_1.1

Tak się jednak nie stało, co upatruje za największą wadę tego widowiska. Okazuje się bowiem, że wszelka fantastyczność, magiczność  świata przedstawionego, nie posiada w fabule żadnego uzasadnienia. Oglądamy więc autentyczny wycinek historii Japonii, otoczony nieautentycznymi elementami, które kompletnie do filmu nie przystają. Ten świat jest w środku bezdennie pusty, bezpłciowy, nie posiada struktury, która determinowałaby  jego kształt. Na ekranie oglądamy zatem poczynania jakiejś wiedźmy, nie wiedząc tak naprawdę, którymi drzwiami wdarła się do tej bajki. I tyczy się to każdego odrealnionego atrybutu filmu. Łudziłem się, że twórcy zawrą w filmie wiarygodną motywację dla tak sformułowanego konceptu. Niestety, wychodzi na to, że w sytuacji gdy produkuje się film za 175 mln dolarów, musi on zawierać jakieś efektowne „fajerwerki” i najwyraźniej tylko do tego potrzebny był romans z konwencją fantasy.

Kolejny mocny zarzut również tyczy się scenariusza, a dokładniej jego narracji. Bo „47 roninów” jest filmem przeraźliwie nudnym. Tam praktycznie nie dzieje się nic, co mogłoby trwale przyciągnąć naszą uwagę do ekranu. Z kolei te sceny, które miały ku temu zadatki, wcześniej obejrzeliśmy już w zwiastunie. Akcja płynie bardzo powoli, wystawiając cierpliwość widza na niemałą próbę. Biorąc pod uwagę fakt, że film trwa bite dwie godziny, dla wielu próba ta może okazać się niemożliwa do wykonania. Jakby tego było mało, całość podszyto dużą dawką niezdrowego patosu i ckliwego nadęcia, co także wpływa na niekorzyść odbioru. Do teraz nie wiem, czy podczas seansu oczy zamykały mi się dlatego, że byłem bardzo zmęczony, czy pomagało mi w tym żółwiowe tempo filmu.

458466_1.1

I tak dochodzimy do momentu, w którym mogę w końcu rozpłynąć się nad aktorstwem. Wszak w głównej roli mamy zaszczyt oglądać jednego z najlepszych hollywoodzkich aktorów, u którego w domu półki aż uginają się pod ciężarem zdobytych statuetek… (przerwa na zrozumienie ironii). Nie od dziś wiadomo, że Keanu Reeves jest aktorem, który nie cieszy się zbyt dobrą reputacją wśród krytyków (inaczej jest z publiką, której sympatię do aktora sam podzielam). Bycie jednym z „47 roninów” z pewnością nie pomogło mu przełamać aury sztywniactwa, przemawiającej zwykle przez jego grę. To jedna z najgorszych ról Keanu Reeves’a w karierze. Więcej charyzmy miał już w sobie osławiony Klaatu z „Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia”. W dodatku jego postać jest w filmie źle rozpisana, bo niby wiodąca, niby dźwigająca ciężar fabuły, ale gdyby się jej pozbyć, film by na tym raczej nie ucierpiał.

Ale „47 roninów” ogółem fatalnym aktorstwem stoi. Na ekranie przewija się tyle drewna, że z pewnością mogłoby ono rozpalić niejeden kominek w naszych domach. Azjatyckim aktorom w deklamowaniu swoich kwestii z pewnością nie pomagał także przymus posługiwania się językiem angielskim. Efekt finalny ich starań wypadł nad wyraz komicznie. A już kompletnie mój rozum pojąć nie może, na jakiej zasadzie w filmie pojawia się niejaki Zombie Boy, słynny kanadyjski model. Silnie zaakcentowany w kampanii promocyjnej – bo widoczny na plakatach i w trailerze – w ostatecznej wersji filmu wypowiada zaledwie jedno zdanie, a jego rola jest w rezultacie krótsza niż ostatnie hollywoodzkie wyczyny Weroniki Rosati. Nie ma to jak dobry chwyt marketingowy.

458461_1.1

Niewątpliwie duży wpływ na jakość superprodukcji, musiała mieć osoba reżysera, a raczej jego brak. Na stołku reżyserskim zasiadł debiutujący w pełnym metrażu Carl Rinsch. Patrząc na to, jaki kształt ostatecznie przybrał film, nie mam wątpliwości, że w procesie jego powstawania reżyser był tylko figurantem. Niemal z każdego kadru bije bowiem brak kompetencji, przy jednoczesnym braku pomysłu na to, jak tą historię poprowadzić.

Punkcik wyżej daje za w miarę solidną oprawę wizualną oraz bodaj jedną scenę, przy której na moment się obudziłem. Tak czy inaczej, marne to widowisko, nie zasługujące na Waszą uwagę.

Ostatnio dodane