nowości kinowe

400 batów. Jeden z najpiękniejszych filmów Nowej Fali

Zalążek kinowej rewolucji bez daty ważności

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Dorastanie z kamerą w tle

O francuskich nowofalowcach napisano już miliony tekstów – nic dziwnego, nie było w historii kina drugiej tak buńczucznej oraz zintegrowanej grupy twórców, która z wykopem zmieniła światową kinematografię. I przy okazji rozpoczęła na dobre szał na kolejne „nowe fale”. Zresztą narodziny tego nurtu to historia iście filmowa – zespół krytyków, działających wokół najbardziej znanego dzisiaj (w kręgach stricte kinofilskich) czasopisma poświęconego X muzie, „Cahiers du cinéma”, w pewnym sensie odpowiedział na dzisiejszy trolling internetowy skierowany do dziennikarzy, typu „jak jesteś taki mądry, to zrób to lepiej”. I może nie chcieli zrobić tego lepiej, bo byli zakochani w klasycznych twórcach (to oni wynosili na piedestał autorskiego artyzmu gatunkowych wirtuozów, jak Howard Hawks czy Alfred Hitchcock), ale spróbowali pokazać, że wiedza płynąca ze skrajnego kinofilstwa i teoretycznych dyskusji, może doprowadzić do powstawiania świetnego kina. Udowodnili to z takim hukiem, że każda kolejna generacja filmowców w jakiś sposób odnosiła się do ich dokonań.

4003

Jednym z przodowników francuskiej nowej fali, przez długi czas tak naprawdę jej kapitanem, był François Truffaut. Może nie najwybitniejszy ze swojej generacji – Jean-Pierre Melville był bardziej „cool”, Jean-Luc Godard miał więcej eksperymentalnej odwagi, Alain Resnais odlatywał wyżej niż hipisi, a Éric Rohmer był bardziej konsekwentny w swoich wizjach. To jednak Truffaut znajdował się najbliżej kina, najbardziej kochał samą ideę celuloidowej rozrywki i najśmielej rzucał się w objęcia kina uniwersalnego, przekazującego czyste emocje – za te lekko archaiczne swawole i gatunkowe wygibasy poprztykał się zresztą mocno z Godardem, który uciekał coraz dalejod klasycznych zasad filmowych.

Teraz na Festiwalu Filmów Kultowych w Katowicach po raz kolejny wspominany jest jego debiut, a przy okazji również największy film, 400 batów (1959). A skoro o kultowości jest tu mowa, to powiem o tym dziele coś od serca, ponieważ akademicy rozkładali go już na łopatki na wszelkie możliwe sposoby, a przecież jego sednem jest po prostu życie i problemy dorastania. To najmocniej przyciąga oraz nie pozwala odejść od ekranu ani na moment.

Truffaut prezentuje tydzień z życia nieletniego Antoine’a Doinela, będącego alter ego reżysera, ograniczanego przez nużącą powtarzalność (dom-szkoła-dom-szkoła) oraz restrykcyjnych opiekunów, których oddziela od niego solidna ściana granicy wiekowej – dorośli są tutaj osobnikami pozbawionymi od dawna młodzieńczej energii. Rodzice całkowicie ignorują potrzeby dziecka, zapomnieli o tym, że sami byli kiedyś w jego wieku. Są więźniami dojrzałości – ojciec to pracoholik, zupełnie pozbawiony jakiejkolwiek wiedzy o otaczającej go rzeczywistości, skupiający się w stu procentach na zapewnieniu najbliższym finansowego bytu, zrzucający uczuciowość na margines, a zagubiona matka odcina się od rodzinnego życia i szuka energii witalnej w ramionach kochanka (fantastyczna scena, gdy dzieciak widzi matkę na ulicy w objęciach obcego faceta – nie wspomina o tym w domu, żeby nie zdewastować kulejącej już familii). Inną ważną postacią jest podstarzały nauczyciel, zdziadziały do szpiku kości, opierający wychowanie swoich podopiecznych na archaicznych zasadach – niewidzący w nich ludzi a raczej pojemniki, do których trzeba automatycznie przelać wiedzę i puścić dalej na taśmę życia. Całą akcję obserwujemy z punktu widzenia Anotine’a, pogrążającego się coraz bardziej w kłopotach, spadających na niego z szybkością walącego się budynku – nawiązuje do tego zresztą oryginalny tytuł Les quatre cents coups, będący francuskim idiomem oznaczającym w wolnym tłumaczeniu „robić dym”.

4004

Kolejne próby przełamania stagnacji przez chłopaka, zwrócenia na siebie uwagi, są podane w fantastycznym tempie narracyjnym. Truffaut buduje tutaj suspens wzorując się w sporym stopniu na swoim idolu, Hitchcocku, dlatego kolejne wydarzenia coraz mocniej ograniczają pragnącego wolności bohatera – kłopoty w szkole prowadzą do kradzieży, ta do poprawczaka. W końcu jednak wolność wygrywa, ponieważ po kultowej scenie sprintu na plażę (do dzisiaj robiącej wrażenie sposobem prezentacji, gdy przez kilka minut oglądamy biegnącego chłopaka) Doinel zatrzymuje się i znacząco patrzy w kamerę, zdając się mówić „co dalej?”.

To niezwykle przemyślana opowieść o dorastaniu i nieuniknionym buncie, oddająca głos dziecku, o którego uczuciach w tym czasie często się zapomina – nic dziwnego, że to właśnie inne dzieci są najbardziej aktywne, pomagają znaleźć schronienie czy udzielają rad życiowych. Zastanawiam się, czy Kino Nowej Przygody, legitymujące się nastolatkami zawsze mądrzejszymi niż dorośli, miałoby w ogóle prawo bytu w znanej dziś formie bez filmu Truffauta (wiem, że ta teza ma chwiejne podstawy, ale wielu autorów powiązanych z Nowym Hollywood było zakochanych w filmach Francuza – Spielberg zaangażował go nawet do Bliskich spotkań trzeciego stopnia). Sedno filmu świetnie podkreśla scena rozmowy z psychologiem, gdy Antoine w długim monologu, pozbawionym pretensji dojrzałości, wykuwa swoją własną świata.

Oprócz rozliczania się z własnym dzieciństwem, Truffaut wykłada w filmie ogromną pochwałę kinofilstwa. Miłość do ruchomych obrazów przewija się przez cały seans – od nawiązań do stylu Roberta Bressona czy Jeana Vigo, przez chłopców znajdujących minimalne ukojenie i wolność podczas kinowego seansu, kradnących zdjęcie Harriett Andersson z Wakacji z Moniką Bergmana, aż po potargany plakat Jak bezpańskie psy na jednej ze ścian. Zresztą, jedyny moment, gdy cała rodzina znowu jest na chwilę radosnym monolitem, powiązany jest z wspólnym wyjściem do kina (na Paryż należy do nas Rivette’a, innego nowofalowca, które to dzieło dopiero wtedy powstawało) – to on sprawia, że zaczynają rozmawiać, a mąż łapie partnerkę za piersi, co jest jedyna oznaką ich uczuć w całym filmie.. Truffaut udowadnia, że filmy imitują egzystencję, są też jego nieodłączną częścią – uciekamy w nie i znajdujemy tam prawdziwe emocje, o których często zapominamy w życiu.

4001

Mało filmów po tylu latach można uznać za tak bardzo aktualne. Zmienił się świat i fantastycznie zaprezentowany Paryż – twórca prowadzi nas nieustannie po jego wyludnionych uliczkach i tętniącym życiem centrum, przez co całość można uznać za swoisty dokument poświęcony stolicy początku lat 50. – ale rozterki nastolatków nadal są podobne. Nic dziwnego, że autor wrócił do postaci Doinela jeszcze wiele razy: w Antoine i Colette (1962, segment antologii Milość dwudziestolatków), Skradzionych pocałunkach (1968), Małżeństwie (1970), Uciekającej miłości (1979), przeprowadzając go przez kolejne etapy życia.

Akira Kurosawa wspomniał kiedyś, że 400 batów to jeden z najpiękniejszych filmów, jakie w życiu widział. Radosław Pisula też tak uważa.

Ostatnio dodane