300: Początek imperium | FILM.ORG.PL

300: Początek imperium

Ci, którzy czekają jedynie na latające w powietrzu kończyny i napakowanych facetów masakrujących się białą bronią, najprawdopodobniej wyjdą z kina zadowoleni.




This is not Sparta.




Filip Jalowski
10.03.2014


300-posterOd premiery 300 Zacka Snydera minęło już przeszło siedem lat. To wystarczający okres, aby zapomnieć o większości blockbusterów pojawiających się na kinowych ekranach. Przytoczmy kilka tytułów, które mogą pochwalić się większym budżetem, aniżeli opowieść o brutalnej walce pomiędzy Persami i Spartiatami. Aleksander Stone’a (155 milionów dolarów), Troja Petersena (175 milionów), Robin Hood Scotta (155 milionów). We wszystkich filmach bohaterowie wymachują mieczami, a z nieba sypią się ostre strzały. Od 300 (swoją drogą, zrealizowanego za 65 milionów) odróżnia je jednak wartość, którą ciężko przełożyć na twardą walutę. Film Snydera stał się popkulturową legendą, która mimo upływu lat wciąż funkcjonuje w wyobraźni odbiorcy. O Aleksandrze, Troi czy Robin Hoodzie na ogół pamięta się jedynie wtedy, gdy zobaczymy któryś z tytułów w programie telewizyjnym lub innym miejscu, które skłoni nas do refleksji z cyklu – „a tak, widziałem to”.

Mierzenie się z legendą zawsze przysparza wielu problemów, bo w jaki sposób stworzyć film, który odciśnie na wyobraźni widza takie piętno, jak Leonidas wrzeszczący „This is Sparta!” i wyprowadzający potężne kopnięcie w tors perskiego posłańca? Zresztą, los Noama Murro – odpowiedzialnego za reżyserię 300: Początek imperium – przypomina nieco sytuację, w jakiej znalazł się rzeczony wysłannik Kserksesa. Jeśli zdecyduje się na grzeczną kopię stylu Snydera, to zostanie zlekceważony i zbagatelizuje się jego wysiłek słowami „to już było”. Całkowita zmiana konwencji raczej nie wchodzi w grę. Początek imperium wciąż pozostaje historią opartą o graficzną powieść Franka Millera i nie ma sensu kierować jej na stylistycznie odmienne tory. Pozostaje zatem trzecia opcja, będąca przekleństwem zatrważającej ilości sequeli – „dorzućmy do pieca, podkręćmy śrubę, a będzie jeszcze lepiej”. Otóż nie, nie będzie. Murro wciąż należy się porządny kopniak, okrzyk należy jednak zmienić, bo do snyderowskiej Sparty Początkowi imperium zdecydowanie daleko.

300-1

Akcja filmu skupia się na zmaganiach pomiędzy perską i grecką flotą. Statkami podległymi Kserksesowi dowodzi Artemizja, czyli Greczynka, która pragnie upadku swej ojczyzny ze względu na to, że w dzieciństwie rodzime wojska brutalnie wycięły i zgwałciły jej rodzinę. Odnaleziona przez jednego z Persów, wkrótce stała się faworytką Dariusza I, ojca Kserksesa. Statkami greckimi dowodzi Temistokles, o którym wiemy właściwie tyle, że jest świetnym taktykiem, nie zaniedbuje ćwiczeń siłowych i usiłuje parać się trudną sztuką dyplomacji. Grek marzy o tym, aby rozproszone wojska jego kraju zaczęły walczyć pod jedną flagą. Sparta jak zawsze spogląda jednak na Ateny spode łba. Zresztą, jak wierzyć ludziom Temistoklesa, skoro spod Termopil wciąż niesie się echo heroicznej, acz nierównej walki z demoniczną armią Kserksesa?

300-2

Film Noama Murro stoi w rozkroku pomiędzy dwoma porządkami. Po jednej stronie mamy wspominane już „więcej, mocniej, brutalniej”. Tym razem Persowie tracą kończyny i głowy na morzu, wśród zburzonych fal i rozpadających się statków. Za sprawą Artemizji dostaje się również Grekom. Krew leje się niczym w Kill Billu, ścieka po napakowanych torsach bohaterów i po gładkich policzkach Evy Green niemal tak samo intensywnie, jak słona woda odbijająca się od pokiereszowanych burt okrętów. Ba, w tym świecie nawet seks przypomina pojedynek zawodników MMA pochodzących z samego czuba tabeli. Aż cud, że nie pękają miednice i krzyżowe odcinki kręgosłupa. Istnieje jednak i ten drugi porządek, wyznaczany przez oratorskie zapędy Greków. To głównie on zaważa na tym, że Początek imperium ciężko nazwać filmem udanym. Przez ciągłe, nieco przydługie i pozbawione charyzmy Leonidasa pogadanki, obraz Murro zaczyna przypominać jednostronny mecz ping-ponga. Potężne uderzenie piłeczki budzi z uśpienia, ale nadchodzi zawsze z jednej strony. Następnie pora na drzemkę – Grecy muszą podyskutować, gdzie im ta nieodbita piłeczka uciekła i w jaki sposób zabrać się za jej znalezienie i przebicie na drugą stronę, a później znowu – BAM!

300-4

Wszelkie gadanie o historycznej poprawności i realizmie przedstawionych scen jest w kontekście 300 całkowicie bezsensowne, dlatego wcale nie razi mnie Temistokles skaczący na koniu przez płonący i pochłaniany przez morskie głębiny statek oraz inne tego typu kwiatki. Miller stworzył taki świat, Snyder i Murro przenoszą go na inne medium – tyle. W kontekście Początku imperium ważniejsze jest pytanie o to, czy sequel spodoba się tym, którzy po seansie 300 zbierali szczęki z kinowych podłóg. Moja odpowiedź na to pytanie brzmi – „nie, nie wydaję mi się”. Ten film może zadziałać jako bezrefleksyjna rozrywka, przy której ani się wybitnie nie ekscytujemy, ani nie męczymy. Nie ma jednak mowy o tym, aby podnosił adrenalinę tak, jak swój poprzednik. Polecam przeprowadzenie prostego testu. Do graficznej wyszukiwarki wpiszcie Temistokles, a następnie Leonidas. W przypadku tego pierwszego ujrzycie paręnaście zdjęć z filmu Murro, w przypadku drugiego, wyszukiwanie zostanie zdominowane przez posępną facjatę Gerarda Butlera. Tak będzie i z tymi filmami – legenda i jej cień.

300-3

Mimo negatywnego tonu recenzji nie zamierzam 300: Początek imperium bezapelacyjnie skreślać. Ci, którzy czekają jedynie na latające w powietrzu kończyny i napakowanych facetów masakrujących się białą bronią, najprawdopodobniej wyjdą z kina zadowoleni. Jeśli miałbym komuś film Murro odradzać, to zacząłbym od wszystkich, którzy na co dzień się w tego typu kinie nie lubują, ale mimo tego wystawili wysokie oceny filmowi Snydera. To nie ta inteligencja twórcy, świadomość materiału, z którym się pracuje i – przede wszystkim – nie ta charyzma. This is not Sparta.







  • Kazik

    Fajnie napisana recenzja, ale chyba jesteś zbyt surowy. Evie poszło naprawdę dobrze, jest zwyczajnie dobra, charyzmatyczna właśnie. Film posiada bardzo efektowne sceny i jako dzieło w swoim gatunku spełnia swoją rolę. Jedyny rzeczywiście poważny minus to aktor grający Temistoklesa. Nie potrafię za bardzo zrozumieć, dlaczego nie udało się zaangażować bardziej znanego, czy też bardziej charyzmatycznego aktora. Generalnie pod względem aktorskim właśnie film Snydera jest rzeczywiście zdecydowanie lepszy. Jeżeli chodzi o obraz, tu jest wszystko wyrównane. Pamiętaj też, że Google nie wyrzucało setek zdjęć ekranowego Leonidasa zaraz po premierze „300”. Pisanie tego typu zdania miałoby sens, gdyby zarówno od premiery „300” jak i „Początku imperium” minęło tyle samo lat. Film Murro przecież dopiero wchodzi na ekrany, więc wypada dać mu szansę.

    Napisałeś też o trzech drogach w sposobie kręcenia sequeli. Skoro te trzy drogi zawodzą. Kopia poprzedniego filmu to niezbyt dobry pomysł. Zmiana konwencji przeniesionej wprost z komiksu – tak samo. „więcej, drożej, mocniej” – tudzież. Więc jakie jest wyjście, żeby powstał naprawdę udany sequel?

    • Fidel

      Testu z Google nie traktowałbym śmiertelnie poważnie. Ot, taka metafora. Mówisz, że „Leonidas” miał siedem lat na zaistnienie, ale równie dobrze można zastanowić się, czy 1. za siedem lat pozostanie w wynikach choć jedna fotka mało charyzmatycznego Temistoklesa, 2. czy to, że po siedmiu latach od premiery filmu twarz Leonidasa wciąż jest wszędzie, nie znaczy o wyjątkowej pozycji tego filmu. Facjata Butlera przeszła po prostu do historii, podobnie jak „This is Sparta!” przeniknęło na stałe do języka. Niemniej, tak jak mówię – nie traktujmy metafory Googla śmiertelnie poważnie ;)

      Co do trzech dróg kręcenia sequela, mówię jedynie w kontekście „300” i podkreślam, że sytuacja Murro jest właściwie tak samo beznadziejna, jak sytuacja posła wysłanego do Leonidasa. Co by nie zrobił, to i tak dostanie kopa. Co należałoby zrobić, aby z tej sytuacji wybrnąć? Być kreatywnym twórcą, który znalazłby sposób na przezwyciężenie tej sytuacji i uniknięcie kopniaka. W jaki sposób należy osiągnąć to w przypadku „300”? Powiem szczerze – nie wiem, a gdybać nie ma sensu i nie to jest moim zadaniem ;)

  • Kazik

    No ok. Mi się film naprawdę podobał. Z przyjemnością odnotowałem również, że piersi Evy Green są wciąż bardzo ładne,

    • Fidel

      Do tego aspektu „Początku imperium” nie mam akurat żadnych zarzutów :)

      • Kazik

        Może też od strony ekranowej przemocy jest również trochę przesady, całowanie w usta po dekapitacji, zupełnie niepotrzebne i wygląda to przeohydnie – no ale może tak właśnie miało to wyglądać. W sumie podobał mi się wygląd, układ scen. No ale, Snyder był lepszy, to prawda.

  • Patryk Głażewski

    Film Snydera bardziej mi się podobał, a przez jakieś pierwsze 1/3 filmu nie byłem przekonany… ale później zrobiło się niezłe widowisko i ogólnie wyszedłem zadowolony. Nie zapadnie w pamięć tak bardzo jak poprzednik, ale podobało mi się jak zgrabnie się z nim łączył.

  • JaGość

    W tym fragmencie: „Przez ciągłe, nieco przydługie i pozbawione charyzmy Leonidasa
    pogadanki, obraz Murro zaczyna przypominać jednostronny mecz ping-ponga.” zamiast Leonidasa powinno być chyba Temistoklesa :P

    Recka jest fajna, ale jeśli miała by powstać kontynuacja to dałbym jeszcze jedną szansę Murro, który tym razem mógłby dostać większą kreatywną kontrolę nad projektem. Bo tak szczerze nie łudźmy się, on po prostu realizował wizję Snydera a nie swoją, dlatego to wygląda trochę jak podróba „300”. Osobiście w przypadku 3 części zmieniłbym też trochę stronę wizualną i dał jakiegoś lepszego scenarzystę, który opracował by porządną fabułę. Stworzyli by ładne zamknięcie trylogii.

  • Marek Jankowski

    No nie wiem czy ta wątpliwej przynajmniej dla mnie urody kobieta jaka jest Eva Green zdoła przytrzymać przy ekranie równie skutecznie jak Leonidas w rewelacyjnym wykonaniu Gerarda Butlera.

    • Andriej

      Jeśli Eva to wg ciebie kobieta wątpliwej urody, to po prostu skup się na nagich, umięśnionych męskich torsach ;) Poza tym pierwszy film nie miał tak naprawdę porządnie zrobionego antagonisty, a tutaj Ewcia odwala naprawdę kawał dobrej roboty. Do Butlera porównuj sobie tego nowego gościa, którego nazwiska nawet nie mogę zapamiętać

  • Andriej

    Z niektórymi zarzutami się nie zgadzam (Eva Green FTW), ale ogólnie oceny bym nie zmienił, no może jeden punkcik więcej. Spodziewałem się prawdziwego gniota, ale jednak jakaś skrywana nadzieja skłoniła mnie do kupna biletu – po zakończeniu seansu nie żałowałem, choć ponad 1/3 filmu to flashbacki i ekspozycja. Zagęszczenie słowa „Freedom” też z czasem zaczęło przekraczać strawną dawkę…
    Pomimo tego, przyjemny film(jeśli lubisz duużo brutalnej przemocy, a ja LUBIĘ)

  • Arek

    zamknięciem trylogii powinno mieć nazwę „400” i opowiadać o 400 husarach którzy pokonali 40 000 tatarów pod Hodowem. Najbardziej epickie możliwe zakończenie by było :)

  • Konrad Kluza

    Recenzja jak najbardziej w porządku, ale nie uważam, aby „300” Zacka Snydera był filmem, po seansie którego ludzie zbierali szczęki z podłóg. Nie zapominajmy, że „300” (2006) to film wtórny wobec „Sin City” (2005) Franka Millera i Roberta Rodrigueza, który nieco wcześniej pokazał światu, iż treść komiksu wyraża się nie tylko w fabule, ale także w warstwie plastycznej. „Sin City – Miasto grzechu” to chyba po dziś dzień najciekawsze i najambitniejsze podjęcie komiksowej tematyki w kinie, jakie kiedykolwiek dane mi było obejrzeć. Reżyserom udało się oddać mroczny klimat oryginalnego komiksu (gdzie jedyna różnica między filmem, a komiksem to brak dymków z tekstami), ale i stworzyć w pełni wciągający film komercyjny, który przy okazji posiada drugie dno i pobudza do refleksji. Natomiast „300” (2006) to po prostu kolejny film zrealizowany podobną techniką, który w moim mniemaniu nie był niczym więcej, jak tylko prostym blockbusterem z ryczącymi do siebie bohaterami. Dlaczego zdaniem recenzenta „300” to film-legenda? Tego się z tekstu nie dowiedziałem.

    • Fidel

      To, że film jest prostym blockbusterem, nie znaczy, że nie może stać się legendą/pozycją „kultową”/popkulturowym fenomenem. W przypadku „300” tak jest. I z recenzji w kilku miejscach można wyczytać o co mi chodzi. Mimo ponad siedmiu lat od premiery sceny/postacie/kwestie z filmu wciąż funkcjonują w popkulturowym obiegu (np. wszelakiego typu memy z Leonidasem w roli głównej). To dowód na to, że film Snydera miał ogromny wpływ na popkulturę, która – jak wiemy – lubi się raczej szybko łapać nowego i zapominać o tym, co za plecami. Pewnym miernikiem „szału” na ten film są również jego wyniki finansowe. Przy zbliżonym budżecie do „Sin City” (40-65) zarobiło ponad 3x więcej (150-450).

      Nie mówię, że „Sin City” jest filmem gorszym, bo tak nie uważam. „Sin City” to film lepszy, który niewątpliwie przetarł szlak „300” i późniejszym produkcjom opierającym się o komiks. To również jedna z filmowych legend XXI wieku, ale w żaden sposób nie ujmuje to „300”.

  • Kazik

    Mówiąc prosto, dałem się nabrać. To nie jest dobry film. Więcej, to jest zły film, tak samo zły jak „Prometeusz” na którego lep też dałem się złapać. No ale opłaciło się. Obiecuję sobie, że następnym razem poczekam co najmniej dwie doby zanim zechce z kimkolwiek podzielić się oceną.

    Przede wszystkim „Początek imperium” jedzie na potwornych niczym perskie mutanty, schematach. Nie ma w tym jakiekolwiek świeżości. Jedyna, wybijająca się postać, czyli Kserkses został sprowadzony do gadającej głowy, w dodatku są to kompletne banały. Eva Green to trochę osobna bajka. Uroda jej biustu jest niewątpliwie bezdyskusyjna, choć nie wiem, czy nie było w tym trochę komputera, jednak cała jej uroda i przede wszystkim to co ma do zaproponowania jako aktorka… No, nie wiem. Jej ograniczona ilość aktorskiej ekspresji jest dla mnie porażająca. Jest zawsze wyniosła, obojętnie w czym gra i do tego dorzuca jeszcze kpiarski, ironiczny uśmieszek. Prócz tego ma typowo męską linię czoła, chociaż trudno powiedzieć, że jest brzydka. Na pewno nie jest dobrą aktorką. Jest złą aktorką o bardzo ograniczonych środkach wyrazu.

    Nie ma co rozwodzić się na temat samej fabuły, bo i tak każdy wie o co chodzi. Tak sobie jeszcze myślę, czy kiedykolwiek doczekam się filmu, gdzie relacja pomiędzy antagonistką a protagonistą zostanie pozbawiona owej ambiwalencji ze strony tej pierwszej. Pewnie nie. Chciałbym bardzo, żeby Artemizja zwyczajnie nienawidziła do bólu swojego przeciwnika i ze wszystkich sił chciała go zatłuc. No ale, kur…a, nie! Artemizja musi z kilka razy przystawić ostrze do gardła Temistoklesa i coś tam pierdolić od rzeczy. Wszystko po to aby na koniec nasz dzielny grecki wódz nadział ją na swój rożen (bez niepotrzebnych skojarzeń, proszę:)) a ona wydała ostatnie tchnienie obdarzając go nieodgadnionym spojrzeniem.

    Jednym słowem, dla mnie gówno. Wybacz Fidel za pierwszy wpis.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Kamienie na szaniec

Następny tekst

#159 Peter Jackson



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE