nowości kinowe

1000 lat po Ziemi

Zawiodą się ci, którzy spodziewają się widowiskowego kina science-fiction. „1000 lat po Ziemi” to film skromny, ale uczciwy – opowiada prostą historię w typowym dla wczesnego Shyamalana stylu. Miła niespodzianka.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Ci, którzy spisują M. Nighta Shyamalana na straty, powinni się wstrzymać z wyrokiem. Ja wiem, że od kilku lat jest to w modzie – po kuriozalnym „Zdarzeniu” oraz zupełnie nieudanym „Ostatnim władcy wiatru” można było oczekiwać najgorszego (choć wielu uważa, że po tym ostatnim filmie niżej upaść się nie da). Również wcześniejsza „Kobieta w błękitnej wodzie” dla licznych widzów była sporym rozczarowaniem. Osobiście byłem pod urokiem Bryce Dallas Howard i nietypowej mieszanki fantasy z komedią, nawet jeżeli rola samego Shyamalana była nietrafiona. Teraz zaś przychodzi „1000 lat po Ziemi”, kino fantastyczne, które spora grupa zignoruje z tego prostego powodu, że kręci je reżyser „Szóstego zmysłu”. Bez obaw, gdyż powstał zaskakująco dobry film, daleki od klasy „Niezniszczalnego” czy „Osady”, ale bijący na głowę ostatnie dokonania Shyamalana.

Za 1000 lat ludzie nie będą zamieszkiwać Ziemi, lecz Novę Prime. Działalność człowieka i liczne kataklizmy zniszczyły naszą planetę, ale nie do tego stopnia, aby nic się tam nie uchowało. Przekonają się o tym bohater wojenny, generał Cypher Raige i jego trzynastoletni syn, Kitai (odtwarzają ich prawdziwi ojciec i syn, Will i Jaden Smithowie) – jedyni ocaleni z katastrofy promu kosmicznego. Ten pierwszy ma połamane obie nogi, zatem to od nastolatka zależy, czy uda mu się pokonać 100 kilometrów, aby znaleźć nadajnik i wezwać pomoc. Czyhać na niego będą niebezpieczne zwierzęta, zmienne warunki klimatyczne oraz coś, co leciało wraz z nimi na pokładzie statku. Jednak Kitai zmierzy się przede wszystkim z własnym strachem, który, jak mówi jego ojciec, jest tylko kwestią wyboru.

Twórczość Shyamalana zawsze kręciła się wokół rodziny i często niełatwych relacji między jej poszczególnymi członkami. Konflikty te były ciekawsze (i ważniejsze) od kosmitów w „Znakach”, potworów w „Osadzie” czy duchów w „Szóstym zmyśle”, czyli od tego, co, brzydko mówiąc, sprzedawało tamte filmy. Wabikiem na widzów w przypadku „1000 lat po Ziemi” jest oczywiście oprawa science-fiction oraz czające się na naszej planecie niebezpieczeństwa, lecz rozczarowani wyjdą z kina ci, których interesuje tylko widowisko. Wizja tak przyszłości, jak i nowej Ziemi nie należy do oryginalnych, a jedyne, co budzi zainteresowanie, to wielofunkcyjny kombinezon Kitaia. Również wykonanie pozostawia wiele do życzenia – o ile wygląd Novy Prime jest dopracowany, o tyle wnętrza mieszkań oraz statków rażą taniością i mocno minimalistycznym designem. Z wygenerowanymi przez komputer zwierzętami jest jeszcze gorzej, aż przypomniały mi się antylopy z prologu „Jestem legendą”. Na szczęście nie wszystko wygląda sztucznie – Ursa, kosmiczny potwór, to pierwszorzędna robota panów od efektów specjalnych.

Nie samą fantastyką film Shyamalana stoi, a to, co w nim najciekawsze, to wspomniane wyżej relacje ojca z synem. Młodzian chce dorównać swojemu bohaterskiemu rodzicowi, zaś ten traktuje go z wyraźnym dystansem i żołnierską oschłością. Aby zwyciężyć w wojnie z kosmicznym najeźdźcą, Cypher musiał wyzbyć się strachu, lecz wygląda na to, że wraz z nim utracił też typowo ojcowskie odruchy. Nie bardzo wie, jak rozmawiać z Kitaiem, więc wydaje mu rozkazy. To potrafi. Ten brak sentymentalizmu okaże się zbawienny w sytuacjach, które będą wymagały szybkiego myślenia i działania. Syn natomiast zadręcza się pewnym traumatycznym wydarzeniem z przeszłości, obarczając się winą o śmierć bliskiej osoby. Często reaguje zbyt emocjonalnie, lecz potrafi wykorzystać naukę, jaką stara mu się przekazać jego ojciec. Shyamalan opowiada prostą i krótką historię, zdając sobie jednocześnie sprawę, że stanowi ona bardziej zaczyn do odbudowania relacji niż faktyczną przemianę obu bohaterów – jedni nadal będą tylko salutować, inni zaś zareagują bardziej uczuciowo.

Również motyw walki z własnym strachem jest Shyamalanowi nieobcy. Nowa sytuacja, zwłaszcza tak dramatyczna, zawsze uruchamia bohatera, który, aby móc poradzić sobie z przeciwnościami zewnętrznymi, wpierw musi zajrzeć w głąb siebie. Generał Raige tłumaczy synowi, że boimy się tego, co siedzi w naszej głowie, a czego wcale nie ma. Jest tylko wyobrażenie niebezpieczeństwa, które może nawet nie nadejść. Zważywszy, że te słowa mają trafić do trzynastolatka, a padają z ust żołnierza, nie rażą one dosłownością ani typowo hollywoodzkim zacięciem. Ta niewymuszona prostota działa na korzyść, choć dialogom daleko do poziomu rozmów Bruce’a Willisa i Haleya Joela Osmenta z „Szóstego zmysłu”.

W „1000 lat po Ziemi” reżyser w końcu przypomina sobie, czym jest rytm opowieści. Choć uwielbiam atmosferę w „Zdarzeniu”, uważam je za zbyt apatyczne w stosunku do historii, jaką opowiada. Z „Ostatnim władcą wiatru” jest znacznie gorzej, bo błąd tkwi już w scenariuszu, który w 100-minutowym filmie chce pomieścić wydarzenia z rozbitego na 22 odcinki sezonu serialu leżącego u podstaw filmu. W konsekwencji Shyamalan gnał jak na złamanie karku, aby kluczowe sceny znalazły swoje miejsce w fabule, pozostawiając swoich bohaterów samym sobie. Nowy obraz nie porywa szybką akcją, lecz nie można nazwać go nudnym. Jego niespieszne tempo dobrze współgra zarówno z wędrówką Kitaia przez nieprzyjazną Ziemię, jak i kształtującymi się relacjami między nim a Cypherem. Przy okazji reżyser nie waha się kilkukrotnie wystraszyć widza, przeważnie drastycznymi widokami rozszarpanych ciał małp oraz wbitych na drzewa ludzi.

Warto zauważyć, że nie jest to autorski projekt Shyamalana. Poza reżyserią poprawił pod siebie scenariusz Gary’ego Whitty, lecz „1000 lat po Ziemi” to przede wszystkim dziecko Willa Smitha, według jego pomysłu, wyprodukowane (wraz z żoną) i zagrane (razem z synem). Historia jest prosta i przewidywalna, walory rozrywkowe często wątpliwe, ale aktorstwo Smitha – tak młodszego, jak i starszego – solidne. Charakter pisma twórcy „Osady” jest jednak rozpoznawalny, a i sama fabuła odpowiada jego zainteresowaniom i temperamentowi. Poprzednio ganiono go za śmieszne teksty i słabą reżyserię, zwłaszcza w kontekście wysokobudżetowego kina. Pewnie wielu nadal nie wierzy w Shyamalana, ale „1000 lat po Ziemi” to dowód, że jeszcze nieraz może nas on zaskoczyć. Pozytywnie.

Ostatnio dodane