VHS

PRZYGODY BUCKAROO BANZAI. Przez ósmy wymiar do… Smoleńska?

Kowboj-samuraj z zacięciem do neurochirurgii i rock'n'rolla - takich bohaterów dzisiaj potrzebujemy i takich dostaliśmy już ponad trzydzieści lat temu.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

W tyglu popkultury

Po premierze Player One coraz więcej osób zaczęło poszukiwać w mediach społecznościowych odpowiedzi na pytanie, kim u diabła jest Buckaroo Banzai? W nowym przeboju Spielberga główny bohater na chwilę przywdziewa niezbyt oryginalny strój tej zapomnianej postaci, ale obok tych wszystkich batmanów, stalowych gigantów i innych mechagodzilli zdaje się być reliktem przeszłości znanym tylko najbardziej wnikliwym nerdom. Przywróćmy więc Buckaroo Banzai do życia, bo w dobie mody na lata 80. powinien być wielbionym przez tłumy trendseterem.

Buckaroo Banzai, syn Amerykanki i Japończyka, rozpoczął życie tak, jak przeznaczone było mu żyć… pędząc w kilku kierunkach naraz. Był świetnym neurochirurgiem, ale był też niespokojnym duchem i wkrótce medycyna przestała mu wystarczać. Wędrował po całym świecie, studiując sztuki walki i fizykę cząstek elementarnych, zbierając zespół ekscentrycznych przyjaciół – rockmanów i zarazem naukowców, Rycerzy Hong Kongu. Jego odrzutowy samochód jest gotowy do ataku na barierę pomiędzy wymiarami, a Buckaroo Banzai stoi przed najtrudniejszą w swoim życiu próbą… A tymczasem kosmici ze swojego statku wysoko nad Ziemią nerwowo obserwują każdy ruch Buckaroo Banzai i jego ludzi.

Barwność Przygód Buckaroo Banzai jest wolna od dzisiejszej mody na nawiązania, to idea zbudowana od zera, czysta i być może dlatego dzisiaj otoczona kultem.

Wybaczcie, że cytuję narrację z początku filmu w całości, ale niczego lepszego nie da się o nim napisać. Na start połączenie dwóch światów o najbarwniejszych zdobyczach popkultury, amerykańskiego i japońskiego (na co zresztą również w Player One położono duży nacisk); zaraz później neurochirurgia, sztuki walki, fizyka i zespół rockowy, a dalej jeszcze odrzutowy samochód i kosmici… O czym więcej można by marzyć? Przy Buckaroo nawet Arystoteles wygląda na człowieka o wąskich horyzontach. Konsekwencją tej ogromnej, rozbudzającej zmysły i nadzieje obietnicy jest jednak stopniowe przechodzenie w kompromis. Owszem, dziwaczna wizja W.D. Richtera (który niewiele więcej wyreżyserował, ale tworzył lub współtworzył znakomite scenariusze do Inwazji łowców ciał z 1978 roku, Drakuli z 1979 roku i przede wszystkim do Wielkiej draki w chińskiej dzielnicy) potrafi oczarować osobliwymi pomysłami, ale nie ma ich aż tak dużo, jak można by się spodziewać po wstępie, a widz przyzwyczajony do dynamiki współczesnego kina może mieć trudności z przystosowaniem się do ślamazarnego tempa tej datowanej na 1984 rok produkcji.

Raz jeszcze posłużę się porównaniem do Player One, ponieważ w obydwu filmach prosta fabuła jest pretekstem do celebracji feerycznego, przerysowanego, pełnego dziwactw i kolorowych dodatków świata fikcji. Różnica jakościowa – w zakresie technicznym – jest kolosalna, w końcu jeden film kosztował siedemnaście milionów dolarów, a drugi sto siedemdziesiąt pięć, więc nie da się tego zakamuflować na ekranie, niemniej Richterowi udało się osiągnąć coś, na czym Spielberg mógł jedynie bazować – stworzyć całkowicie autorską wizję. Wspaniale jest zobaczyć Goro z Mortal Kombat rozdzieranego od środka przez maleńkiego ksenomorfa albo King Konga miażdżącego motocykl Kanedy z Akiry, ale barwność Przygód Buckaroo Banzai jest wolna od dzisiejszej mody na nawiązania, to idea zbudowana od zera, czysta i być może dlatego dzisiaj otoczona kultem (choć niekoniecznie w Polsce).

Ostatnio dodane