Recenzje

PRZYCZAJONY TYGRYS, UKRYTY SMOK (2002). Recenzja negatywna

Niezłe i posiadające swój urok, ale zdecydowanie przereklamowane kino.

Autor: Rafał Donica
opublikowano

czyli "Nie podcinaj gałęzi na której siedzisz"

Usłyszawszy, że Przyczajony tygrys, ukryty smok otrzymał dziesięć nominacji do Oscara (a Oscar, jak by nie patrzeć, wykładnikiem jakości filmu jako takim jest…) wybrałem się w sobotę (10 marca) do kina z otwartym umysłem, gotowym przyjąć wszystko, co ujrzę na ekranie, włącznie ze scenami „skakano/fruwanymi” o których dużo jeszcze przed obejrzeniem filmu słyszałem.

Poprzez nudne i nijakie dialogi śledzimy losy bezpłciowych bohaterów.

No i zaczęło się. Poprzez nudne i nijakie dialogi śledzimy losy bezpłciowych bohaterów, z których tylko nieliczni potrafią naprawdę przyciągnąć uwagę widza. I tak osią nudnej akcji Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka jest historia miecza o nazwie Zielone przeznaczenie, którego właścicielem jest (a raczej był) Li Mu Bai (etatowy aktor Johna Woo; Chow Yun Fat). Ów miecz, po oddaniu go przez Li Mu Baia w „dobre ręce”, zostaje skradziony. Złodziejem okazuje się młoda dziewczyna, z której Li Mu Bai pragnie uczynić spadkobierczynię swojej wiedzy z dziedziny sztuk walki. Dziewczyna jest jednak na tyle „młoda gniewna”, że woli samotnie przemierzać kraj i (niczym anioł zemsty) walczyć z każdym, kto rzuci jej wyzwanie. Jest jeszcze subtelna, aczkolwiek słabo widoczna na tle wydarzeń, historia miłości Li Mu Baia do Yu Shu Lien (Michelle Yeoh).

Jak widać, fabuła nie jest ani zbyt zawiła, ani zanadto wciągająca. Jest kilka akcentów humorystycznych, mających na celu rozluźnienie dość poważnego klimatu filmu, ale poza nimi i walkami (o których później) z ekranu wieje nudą. Skupmy się teraz na najmocniejszej stronie filmu, tym co tygrysy i smoki (?) lubią najbardziej, czyli wspomnianych scenach walk. Czegoś tak dynamicznego i lekko/delikatnego zarazem jeszcze w kinie nie oglądaliśmy. Wojownicy biegają po dachach niczym koty, spadając zawsze na dwie „łapy”, którymi notabene nawet nie muszą dotykać podłoża, by po nim biec.

O ile jednak widz „kupuje” te wspaniałe akrobacje z początku filmu, to jednak to, co dzieje się później, wywołuje na sali kinowej pogłos śmiechu zażenowania. Jakby widzowie chcieli w ten sposób powiedzieć; „Wybaczcie, ale aż tacy naiwni to my nie jesteśmy”. Bo jak zareagować na scenę, gdzie wojownik nagle „startuje” z ziemi niczym rakieta i wznosi się na wysokość kilku pięter? Nawet można jakoś (?) wyjaśnić bieganie po wodzie, ale sceny walki na czubkach drzew (na marginesie mówiąc, ciekawie zainscenizowane i posiadające nieodparty urok) nazbyt wykorzystują łatwowierność widza.

O ile w Matriksie (wybaczcie, ale NIE da się uniknąć porównań, zwłaszcza że scena walki dwóch pań na arenie żywcem przypomina walkę Neo/Morfeusz) sceny biegania po ścianach były uzasadnione osadzeniem akcji w rzeczywistości wirtualnej, o tyle w Przyczajonym tygrysie, ukrytym smoku ciężko to wszystko zaakceptować, tym bardziej, że twórcy nie pomyśleli o dorobieniu do tego jakiejś ideologii, choćby próby wytłumaczenia tak niezwykłych zdolności bohaterów. Latają praktycznie jak Superman, tylko że on spadł z Kryptona i to tłumaczyło jego nadludzkie możliwości. W Przyczajonym... widz obserwuje, jak wszyscy skaczą, fruwają i po wodzie biegają i musi się z tym fenomenem pogodzić lub nie…

Podsumowując, Przyczajony tygrys, ukryty smok to niezły film, jednak narzuca się tu stwierdzenie: „Wiele hałasu o nic”. I kto wymyślił te dziesięć nominacji do Oscara? Osobiście dałbym tylko dwie nominacje: za „Najbardziej niesamowite sceny akcji”, oraz „Najbardziej niesamowite uczesanie” dla Chow Yun Fata – ale czy takie kategorie istnieją? Starowschodnim zwyczajem za każdego zdobytego przez ten film Oscara będę sobie obcinał jeden palec… w najgorszym wypadku już nigdy nie będę mógł niczego chwytać…

PO OSCARACH

Recenzję pisałem PRZED rozdaniem Oscarów. Dzisiaj jest 3 kwietnia, czyli rozdanie mamy za sobą. Przyczajony tygrys, ukryty smok zdobył 4 statuetki, na szczęście NIE w najważniejszych kategoriach. W sumie nie jestem zły, że zdobył 4 Oscary, jednak nagroda za NAJLEPSZĄ MUZYKĘ to chyba największa pomyłka Akademii od czasów Zakochanego Szekspira! Najciekawiej jednak podczas rozdania skwitował Przyczajonego… Steve Martin, który już wie, czemu nie widział w tym filmie żadnego tygrysa ani smoka – po prostu albo się czaiły, albo ukrywały…

Tekst z archiwum film.org.pl (03.04.2001).

Ostatnio dodane