Recenzje

PRZEKLEŃSTWA NIEWINNOŚCI (1999)

Jeden z tych filmów, które bardziej się czuje, niż rozumie.

Autor: Łukasz Anioł
opublikowano

"Ból tam, gdzie nikogo nie ma..."

Idzie wrzesień, pora samobójców… Już od dawna jesień zazwyczaj kojarzy się z tymi negatywnymi, smutnymi, gnębiącymi, „dołującymi” myślami. Osamotnienie, poczucie braku sensu, coraz większa szarość życia, depresja. Co roku widzę to na ulicach, widzę na twarzach ludzi, jak obumierają, jak zamykają się w sobie. Problem dotyczy głównie młodzieży, w której narasta miarowo bunt, zniesmaczenie, a wręcz obrzydzenie do otaczającego świata, chęć „wyrwania” się stąd… Gdy swój kres mają wakacje, a rusza szkoła, potwierdzenia szukać daleko nie trzeba. Pierwsza lepsza gazeta, program w telewizji, gdzie trąbi się o ich problemach, zagubieniu, kłopotach. Uciekając w tanią sensacje lub statystykę, temat „podawany” jest w dwóch wersjach: dramatycznej i naukowo-poradnikowej, którym daleko do zrozumienia i przybliżenia tego zjawiska, a jeszcze dalej do udzielenia pomocy.

W opozycji do tej „szopki”, stoi film niezwykle ciepły, klimatyczny, traktujący z wielkim spokojem i zrozumieniem tak delikatny temat, jakim jest samobójstwo. Virgin Suicides (Przekleństwa niewinności), debiut Sofii Coppoli z 1999 roku, to film zaskakujący, mówiąc banalnie. Jest to adaptacja książki Jeffreya Eugenidesa (o tym samym tytule), przedstawiającą losy państwa Lisbon, a w szczególności ich pięciu córek, które wspólnie kończą żywot masowym samobójstwem. Historia ta w pełni umożliwia pokazanie, jak jednocześnie ściera się kilka płaszczyzn emocjonalnych: radość, chęć życia, jego celebracja – bunt, opór – rezygnacja, poddanie się, na drodze do tego ostatniego kroku. Jesteśmy zwykłymi świadkami, jak kolejne dni, kolejne słowa, najdrobniejsze decyzje wpływają na i kształtują dojrzewających ludzi. Banał – ktoś powie, acz warto kilka minut poświęcić, by sobie przypomnieć własne lata młodości, własne błędy, własne decyzje. Jak to było z nami, a jak mogło się skończyć? Warto, po to, by teraz móc znaleźć nitkę zrozumienia i tolerancji dla tych, co szukają, co błądzą, co potrzebują pomocy. Tak też czyni Sofia Coppola, starając się być jak najbardziej szczerą i wiarygodną w tym, co chce pokazać, co chce powiedzieć.

Film niezwykle ciepły, klimatyczny.

Lata 70., Michigan. Pięć uroczych sióstr: Cecilia (13 lat), Lux (14 lat), Bonnie (15 lat), Mary (16 lat) i Therese (17 lat) jest „punktem centralnym” dla osiedla, na którym mieszkają (bynajmniej dla części męskiej). W tym momencie poznajemy narratorów (chłopaków zafascynowanych nimi), którzy będą prowadzić nas przez całą tę historię, jakbyśmy należeli do ich grupy. Centralnym punktem życia dziewczyn jest dom, a to za sprawą rodziców (a raczej strażników), którzy starając się kontrolować ich życie, wychowując w totalnym rygorze, dyscyplinie i wierze, izolują je od świata, wypuszczając jedynie do szkoły. Pierwszą oznaką zachwiania tego systemu jest podcięcie sobie żył przez najmłodszą spośród nich – Cecilie. Wstrząs, szok – niczego nie zmieniają, do matki i ojca nic nie dociera, w domu spokój, zaś jedynie na osiedlu huczy od plotek i domysłów. Druga próba, udana, kiedy rzuca się z balkonu na ogrodzenie, wywołuje jedynie ciszę, znacznie zwiększając dystans pomiędzy rodzicami a córkami. Nikt w domu nie próbuje rozmawiać, wyjaśnić, cokolwiek. Jedynie ksiądz, który ich odwiedza, ale bez skutku.

Wakacje dobiegają końca, dziewczyny idą do szkoły. W ich zachowaniu jednak nie widać żadnych zmian – jak dowiadujemy się od narratora. Przełomowym momentem będzie bal szkolny, na który Trip Fontaine (szkolny playboy) wraz z kolegami będzie chciał zaprosić Lux z resztą sióstr. Krucjata, jaką podejmuje za pośrednictwem ich ojca (nauczyciela matematyki), odnosi sukces, gdyż matka ugina się (jakimś cudem) i puszcza córki na bal. Czując (kto wie, czy nie po raz pierwszy w życiu) smak wolności, Lux po zabawie szkolnej spędza z Tripem upojną noc, nie wracając do domu. Sankcje karne okazują się aż nazbyt srogie i okrutne – matka zamyka je wszystkie w domu, nie pozwalając już nawet chodzić do szkoły! Jedynym kontaktem ze światem są prenumerowane pisma i „głuche rozmowy” z chłopakami z osiedla (narratorami). „Areszt domowy” w końcu się kończy, kiedy wszystkie cztery zabijają się, mimo iż do ostatniej chwili były uśmiechnięte, zadowolone…

Kluczem tej opowieści jest sama koncepcja, stylistyka, w ramach której starała się Coppola przedstawić tak trudny temat. Unikając wszelakich konkretów, precyzowania, snuje opowieść o dziewczynach oczami zauroczonego nastolatka. Cały praktycznie film to monolog, spowiedź na temat wczesnej młodości, kiedy bez reszty pochłaniały ich siostry Lisbon, każdy sekret, każda ciekawostka o nich, kiedy tworzyli ich portrety na pograniczu snu i jawy, na podstawie własnych wyobrażeń, nie mogąc osobiście ich poznać. Przeżywali każdą stronę znalezionego pamiętnika Cecilii, kiedy czytali o wyprawie sióstr na jezioro, o tym, jak Lux wybiła sobie przedni ząb lub jak wypisywała imiona chłopaków na swojej bieliźnie, bądź też barwne i długie opisy drzew, którymi zachwycała się Cecilia. Zestawiając takie wspomnienia z ich samobójstwem, tworzy się groteskowy portret, który doskonale wpisuje się w poetykę okresu dojrzewania. Ukazuje abstrakcyjne myślenie, balans pomiędzy skrajnościami, w poglądach, ocenianiu innych, odbieraniu świata, brak konkretnych planów, chwiejność.

Z drugiej strony ogromną wrażliwość i otwartość, empatię; bogactwo uczuć i emocji, momentami mocno nadwyrężonych. Stan rozdwojenia, kiedy dusza i serca biorą górę nad umysłem; kiedy ważniejsze jest to, co czujesz, niźli to, co mówią i nakazują inni. Odczuwamy i zauważamy swego rodzaju młodzieńczą fascynację – jaką wytworzyła Coppola – w podejściu do samobójstwa, traktując je raczej jako magiczną zagadkę zniknięcia sióstr Lisbon, ucieczki gdzieś daleko stąd, wyrwania się z więzów, spełnienia marzeń – jak można się dowiedzieć z opowieści chłopaków, którzy mimo iż powtarzają je już kolejny raz, niby bajkę, zawsze używają ciepłych, miłych słów. Nie ciekawi ich, czemu to zrobiły, dlaczego, przez kogo? – to nieistotne, nie ma znaczenia. Odeszły, nie ma ich, więcej ich nie zobaczą, nie poczują. Tak nagle, nikt się tego nie spodziewał…

Zawsze jednak ktoś się znajdzie, komu takie wytłumaczenie (jeśli w ogóle takowe można znaleźć), taka odpowiedź nie wystarczy i będzie drążył bezmyślnie dalej, pytając nieustannie: czemu? To powszechne, jak i najgłupsze, zachowanie w takich okolicznościach, gdyż do niczego nie prowadzi, a jedynie rozdrapuje (bo to jedyne słuszne określenie) ranę i ból. I co najlepsze – lekarze też zdają się o tym nie wiedzieć! W przypadku sióstr Lisbon możemy jedynie wyrokować, iż wina leży po stronie zbyt surowych rodziców, którzy izolując córki od przyjaciół, od świata, od normalnego życia, zamykając w klatce – sprzeciwiając się prawom natury, jej potrzebom, sami sprowokowali tę sytuację. Jednak to tylko domysły, te najbardziej oczywiste, zewnętrzne, pozorne – jak usiłuje nam przekazać Coppola w jednej ze scen, wyjawiając nie tyle prawdę, ile wspólną dla wszystkich prób (bez względu na rezultat) zasadę. Kiedy Cecilia po nieudanym otwarciu żył leży w szpitalu, przychodzi do niej lekarz i pyta: „Co ty wyrabiasz kochanie? Ty przecież nic jeszcze nie wiesz o tym, że życie może być złe”, na co ona odpowiada: „Nigdy pan nie był 13-letnią dziewczyną”!

Z jednej strony banalnie proste, ucinające jakiekolwiek następne pytania, domysły – w ogóle rozmowę. Zaś z drugiej strony głębokie i poruszające, najlepiej uświadamiające skomplikowaną, do tej pory niezrozumiałą istotę samobójstwa, stan, w jakim się człowiek znajduje, myśląc o nim, dręcząc się, aż wreszcie stawia ostatni swój krok, tragiczny. Proste i przejrzyste, iż nikt, nigdy (spoza grona osób, które próbowały) nie będzie w stanie zrozumieć, jak to jest… Jeden z tych filmów, które bardziej się czuje, niż rozumie.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane