Recenzje

Powody, dla których GWIEZDNE WOJNY: OSTATNI JEDI nie jest znakomitym filmem

Film, który chce być większy i sprytniejszy, niż naprawdę jest.

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Tekst zawiera spojlery w niemal każdym akapicie!

Seanse kolejnych odsłon Gwiezdnych wojen stały się niemal postmodernistycznym doświadczeniem, w którym jakość filmu przestała być najważniejszym wyznacznikiem oceny. Kolejne części serii podlegają drobiazgowym analizom osób zebranych z grubsza w dwóch klubach: „świętością jest to, co jest w kanonie A” i „świętością jest to, co w kanonie B”. Różnica między kanonami A i B jest tak naprawdę żadna – z miliarda fanów sagi na całym świecie każdy za jedynie słuszne uznaje to, co uznaje. Po przejęciu Lucas Arts przez Disneya stało się jednak jasne, że losy świata po zakończeniu Powrotu Jedi należą tylko i wyłącznie do producentów nowej trylogii, zapoczątkowanej przed dwoma laty Przebudzeniem Mocy.

Nie pozostaje więc nic innego, niż po prostu zgodzić się z absolutnie każdą decyzją podjęta na linii J.J. Abrams – Kathleen Kennedy – Rian Johnson. Wszystkie „potwierdzone” i „na pewno prawdziwe” teorie na temat pochodzenia Rey, tożsamości Snoke’a, roli Luke’a czy nawet powrotu Jar Jara pozostają tylko wytworami fantazji fanów (jakkolwiek ciekawe i interesujące oraz logiczne by nie były). Wszystko, co jest prawdą, jest w Ostatnim Jedi i w niniejszym tekście nie mam zamiaru w jakimkolwiek stopniu podważać decyzji producentów i projektantów uniwersum – chociaż jest to niezwykle trudne zadanie. Bodaj po raz pierwszy w historii wszechświata proporcje są odwrócone: fala powszechnego zachwytu recenzentów miesza się z chłodnym przyjęciem filmu przez fanów. Jednak gdzieś pomiędzy tymi dwiema siłami biegnie sobie pewna teoria, która zakłada, że rację mają po części wszyscy – i nie ma jej nikt. Odbieram Ostatniego Jedi jako nośnik świetnych idei świata Gwiezdnych wojen oraz jako nie do końca udany film.

Bodaj po raz pierwszy raz w historii wszechświata proporcje są odwrócone: fala powszechnego zachwytu recenzentów miesza się z chłodnym przyjęciem filmu przez fanów.

1. Za długie, niepotrzebne wątki

150 minut seansu zapowiada mnóstwo wydarzeń, ale od razu można napisać: te gratisowe pół godziny można by spokojnie wyciąć bez straty dla historii. Zacznijmy od postaci Finna, na którego Johnson wydaje się kompletnie nie mieć pomysłu. Ciekawa w koncepcji postać dezertera z Nowego Porządku zostaje – wzorem Hana Solo – zamrożona w finale epizodu VII, by przebudzić się (ekhm…) w pierwszym akcie Ostatniego Jedi i zostać wysłana na przymusową misję znalezienia jakiegoś tajemniczego MacGuffina. Dołącza do niego młoda, zauroczona nim rebeliantka i razem spędzają kilkanaście minut na kiepskich dialogach i wymuszonych pościgach w galaktycznym kasynie, z dala od wojny. Podczas tych scen wymieniają uwagi na temat sensu brania udziału w przepychankach między rebelią a Nowym Porządkiem, ale wszystko wraca do normy, kiedy Finn uświadamia sobie, że „right thing to do” to jednak wrócić i walczyć, więc wraca – i walczy. Sceny w kosmicznym kasynie należą do zdecydowanie najsłabszych w całym filmie. Nakręcone bez pomysłu, zmontowane bez spójności, napisane na siłę. Jeśli brakowało pomysłu na Finna, to czemuż nie pozwolić mu przeleżeć w śpiączce całą tę cześć, aby pozwolić mu wrócić mu – w jakimś świetnym zwrocie akcji – w epizodzie IX? Ach, tak, kontrakt Johna Boyegi… skąd to znamy? Z Powrotu Jedi, w którym postać Hana Solo nie ma praktycznie żadnego znaczenia, ale wraca, bo Harrison Ford ostatecznie dał się namówić na występ.

2. Postacie, które nic nie wnoszą

Równie mocno zastanawia mnie sens umieszczania postaci admirał Holdo w kontekście scenariusza. Pojawiła się na krótko, by w końcu poświęcić się, kierując pilotowany przez siebie statek wprost w głównego niszczyciela Nowego Porządku. I tu jestem rozdarty – obiecałem nie podważać decyzji twórców odnośnie do postaci, ale nie mogę pojąć, dlaczego księżniczka Leia, i tak świadoma końca swej roli w nowej rebelii, pozwoliła Holdo pozostać na statku i umrzeć? Czy przed paroma chwilami Leia cudownie nie „odżyła” w przestrzeni kosmicznej i nie… przyfrunęła do swojej bazy? Może mogłaby to powtórzyć? Czy nie mógłby tego zrobić admirał Ackbar – otrzymując tym samym bohaterską scenę śmierci, na którą bez wątpienia zasługiwał? Cały sens Holdo – i cała rola Laury Dern – wydają się być wymuszone polityką równouprawnienia kobiecych ról i stanowisk. Dokładnie tak samo jest z Beniciem del Toro, który służy w historii jedynie w oczywistej roli zdrajcy – wzorem Lando Calrissiana.

3. Merchandising ponad opowieść

Pozostając w temacie rzeczy niepotrzebnych, nie można nie wspomnieć o zabawnych stworkach – porgach, które, mimo całego swojego uroku, są jedynie „przeszkadzaczem” i bezsensownym dodatkiem. Nawet nieszczęsne Ewoki z Powrotu Jedi miały przecież sensowne uzasadnienie dramaturgiczne. Z porgami wiąże się też scena kolacji Chewbacci, która wnosi do fabuły… tak, nic do niej nie wnosi. Podobnie jakakolwiek scena z R2D2 czy C3PO. Wiadomo, to miło, że są – ostatecznie, cała ta saga kręci się wokół nich… ale równie dobrze mogłyby być rekwizytami stojącymi gdzieś na drugim planie. Zresztą, te trzy postacie, znane z poprzednich odsłon, są chyba kluczowe do opisania kolejnego problemu filmu: otóż Ostatni Jedi za bardzo skupia się na byciu kontynuacją starych części i zapowiedzią IX epizodu, na byciu łącznikiem i częścią z góry ustalonej, drobiazgowo zaplanowanej strategii korporacyjno-artystycznej (w tej kolejności) niż na byciu spójnym, zamkniętym filmem.

Ostatnio dodane