W stronę zachodzącego słońca

POSZUKIWACZE

Charakterystyczny dla gatunku motyw poszukiwania rozegrany w spalonej w słońcu Monument Valley. John Wayne jako zgorzkniały antybohater tworzy jedną ze swoich najlepszych ról.

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

John Ford uznawany jest za kodyfikatora westernu – swoimi filmami, realizowanymi już od 1917 roku, tworzył reguły rządzące tym gatunkiem. Wykreował mitologię, która stała się źródłem inspiracji dla licznych filmowców. Ford znał osobiście ludzi związanych z prawdziwym Dzikim Zachodem (w tym słynnego szeryfa Wyatta Earpa), więc korzystając z wiarygodnych źródeł przetwarzał realistyczne obrazy Dzikiego Zachodu w taki sposób, by w miarę przystępnie zaprezentować widzom problemy, z jakimi borykali się wtedy ludzie. Poszukiwacze to zaskakujące kino jak na tego twórcę – tak jakby na przekór wszystkim Ford zrealizował obraz polemiczny wobec westernu klasycznego, którego sam był przecież głównym reprezentantem.

W 1939 roku John Wayne zabłysnął w Dyliżansie tego samego reżysera – zagrał w nim przestępcę, który staje po stronie sprawiedliwości. Czasy się zmieniły, porządni obywatele stali się zgorzkniałymi antybohaterami męczącymi się w dusznej cywilizacji. I ten stan rzeczy odzwierciedla John Ford w Poszukiwaczach – naturalnie przy pomocy ulubionego aktora, Johna Wayne’a. Grany przez niego Ethan Edwards to były konfederacki żołnierz, który po latach uciążliwych bitew musi znów stanąć do walki – tym razem z Indianami z plemienia Komanczów, którzy w brutalny sposób burzą szczęście jego rodziny. Aby odzyskać równowagę i wewnętrzny spokój wyrusza na poszukiwanie bratanicy porwanej przez Komanczów. Ethan jest człowiekiem na wskroś przeżartym nienawiścią do Indian – słońce Teksasu tak go oślepia, że błądzi po omacku na pustkowiu między dziką naturą a cywilizacją.

Charakterystyczna architektura Monument Valley na granicy Arizony i Utah perfekcyjnie buduje atmosferę niepokoju i symbolizuje zagrożenia czające się na bohaterów. Specyficzne czerwone skały, puste niezamieszkane obszary i rozgrzane do czerwoności krajobrazy zwiastują niebezpieczeństwo bardziej wymownie niż indiańskie znaki dymne oraz pokazują człowieka jako istotę kruchą wobec sił natury. Te rozległe pustkowia mówią także o samotności głównego bohatera, który nie ma po swojej stronie nikogo – stracił najbliższą rodzinę, nie ma także domu, w którym mógłby zamieszkać na stałe. Jest typem podróżnika, który większą część życia spędził w siodle i wciąż szuka dla siebie miejsca. Nawet gdy skończyła się wojna secesyjna, nie wrócił od razu do domu, przez kilka lat przemierzał Zachód – tylko Bóg wie w jakim celu. W trakcie poszukiwania bratanicy towarzyszy mu młody Martin Pawley, mający domieszkę krwi indiańskiej – również jest on człowiekiem niezłomnym, gotowym poświęcić wiele lat, by odnaleźć zaginioną kuzynkę, bo tylko doprowadzenie tej sprawy do końca może mu przynieść ulgę i spokój ducha.

Pod względem scenariusza ten film cechuje się prostotą, nie wykraczając poza schematy gatunku, lecz Ethan Edwards jest postacią złożoną i to jego postawa i czyny decydują o tym, że film wyróżnia się na tle wielu innych westernów lat 50. John Wayne otrzymał niełatwe zadanie – miał wzbudzić sympatię i zrozumienie dla bohatera o rasistowskich poglądach, którego przepełnia bezgraniczna nienawiść do Indian. Wayne podołał wyzwaniu – Ethan w jego interpretacji to rozgoryczony i wiarygodny antybohater, który stopniowo traci cierpliwość i nadzieję, a jego wściekłość coraz bardziej się nasila. Dzięki kreacji Duke’a widz nie potępia głównego bohatera, ale stara się zrozumieć, co czuje ten zaprawiony w bojach kawalerzysta. Czy naprawdę chce odnaleźć zaginioną córkę brata, czy może chce tylko zabijać Indian, a porwanie bratanicy jest dla niego pretekstem do wojny?

Film można uznać za zapowiedź antywesternu.

Film można uznać za zapowiedź antywesternu – podgatunku, który na dobre zawojował kina dopiero w latach 60. I co ciekawe, to właśnie Ford stworzył pierwszy prawdziwy antywestern, radykalnie zrywający z mitologią gatunku – tym filmem jest Człowiek, który zabił Liberty Valance’a (1962). Natomiast dwa lata później w Jesieni Czejenów (1964) reżyser uczynił Indian pozytywnymi bohaterami, pokazując ich jako ofiary bezdusznej polityki Stanów Zjednoczonych, która zabraniała czerwonoskórym swobodnie poruszać się po terytorium amerykańskim. To wcale jednak nie oznacza, że Ford zmienił swoje nastawienie do Indian. Po prostu wiedział on, że Indianie Indianom nierówni, bo np. Komancze to wojownicy gotowi zabijać nawet kobiety i dzieci, a Czejenowie to przede wszystkim ofiary ekspansji białych osadników. I filmy Forda nie są prezentacją osobistych poglądów reżysera, lecz ambitną interpretacją amerykańskiej historii.

Ostatnio dodane