Recenzje

POLICJANTKI Z FBI. Zakurzona kaseta VHS

Sfeminizowana wersja „Akademii policyjnej”, bezpretensjonalna, zabawna i niegłupia.

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

Recenzję dedykuję koledze, którego znam od czasów podstawówki i który namówił mnie do napisania niniejszego tekstu.

W amerykańskim kinie lat osiemdziesiątych dużym wzięciem cieszyły się policyjne duety. Nocny jastrząb (1981), Zabójcza broń (1987), Tango i Cash (1989) to filmy, w których obserwujemy działania pary policjantów. Ale inny VHS-owy klasyk z tamtych lat – Policjantki z FBI – mimo iż wygląda jak feministyczna wersja gatunku, wywodzi się z innego nurtu. Po gigantycznym sukcesie Akademii policyjnej (1984) powstała seria komedii pokazujących w krzywym zwierciadle pracę funkcjonariuszy bądź szkolenie rekrutów do pracy w dochodzeniówce. Przykłady: Akademia ruchu (1985), Rekruci (1986), Obyczajówka (1986). Scenariusz Lena Bluma i Daniela Goldberga o dwóch adeptkach szkoły policyjnej jest kontynuacją tego typu rozrywki. Reżyserią zajął się Daniel Goldberg i to jedyny film, w którym pełnił tę funkcję. Po latach odniósł wielki sukces jako producent serii Kac Vegas.

Policjantki z FBI pozytywnie wyróżniają się na tle innych komedii inspirowanych Akademią policyjną. W tych farsach dominuje niewyszukany, prymitywny humor, ale w filmie Goldberga jest go stosunkowo mało i nie razi w oczy. Zamiast przedstawić całą galerię osobliwych typów, autorzy na przykładzie dwóch zróżnicowanych, prosto scharakteryzowanych postaci kobiecych wyodrębnili motyw współdziałania. Różnice między głównymi bohaterkami stają się ich atutem, sprawiają, że kobiety świetnie się uzupełniają. Jedna dobrze radzi sobie z teorią, druga z praktyką. Jedna cechuje się inteligencją, druga sprawnością fizyczną. Logiczne jest, że jeśli połączą siły, będą stanowić zgrany zespół. Scenariusz jest dość przewidywalny, bo od początku wiadomo, do czego zmierzają autorzy. Wiadomo, kto będzie górą, ale dobrze się to ogląda, na co wpływ mają charyzmatyczne bohaterki, swobodna narracja i sporo bezpretensjonalnych, zabawnych (ale niegłupich) scen.

Teoretycznie zawód policjanta to zawód typowo męski. Faceci są z zasady sprawniejsi, więc teoretycznie bardziej nadają się do pracy w policji. Znamienna jest scena, w której jedna z głównych bohaterek, Janis Zuckerman (Mary Gross) po serii niepowodzeń zamierza się poddać i zakończyć szkolenie. Koleżanka Ellie De Witt (Rebecca De Mornay) próbuje ją przekonać słowami: „Tobie zawsze się wszystko udawało, prawda? Robiłaś tylko to, w czym byłaś dobra… Ja przegrywałam setki razy. To nic takiego. Jak ci się nie uda, musisz ciężej pracować”. Janis jest słaba fizycznie, ale pojętna, Ellie dobrze sobie radzi z bronią, lecz z egzaminem teoretycznym może mieć problem – pomysł jest więc genialny w swej prostocie. Aby go zrealizować, należy obudzić w sobie ducha walki, nie cofać się, tylko iść do przodu z entuzjazmem i zapałem.

W popularnej internetowej bazie filmowej (IMDb) utwór dorobił się średniej ocen 5,3/10, co daje powód, by uważać tę produkcję za przeciętniaka. Jednak gdy przejrzy się recenzje użytkowników umieszczone w tym serwisie, łatwo dostrzec, że na jedenaście opinii tylko jedna jest negatywna. Policjantki z FBI są lubiane głównie przez tych widzów, którzy obejrzeli go w epoce kaset wideo i mają do niego sentyment. Utwór należy do kategorii guilty pleasure, a więc nie każdy odważy się przyznać, że ta produkcja mu się podoba. Bo jest trochę tandetna i przewidywalna, ale bez wątpienia sympatyczna i zabawna. Ellie De Witt i Janis Zuckerman to postacie, do których zawsze miło jest wrócić, bo czas z nimi spędzony wpływa pozytywnie na samopoczucie i poprawę nastroju.

Naiwne, ale rozbrajająco szczere kino, które nieźle się trzyma po upływie prawie trzydziestu lat.

Autorzy scenariusza – Len Blum i Daniel Goldberg – współpracowali między innymi przy komedii Szarże (1981), w której zakpili z wojska i jak sugeruje tytuł, nieco przeszarżowali. Mimo to film wciąż pozostaje świetną komedią, ale zupełnie inną niż omawiana produkcja. Policjantki z FBI to film bardziej stonowany, składniki zostały bowiem bardzo starannie wyważone. Humor jest serwowany w rozsądnych dawkach, w efekcie czego salwy śmiechu nie są tak głośne. Jest brawurowa akcja typu policjanci kontra złodzieje, ale tylko jedna, i w dodatku dziewczyny zostają za tę akcję skrytykowane przez przełożonych. Wprowadza to pewną dozę realizmu, gdyż w zawodzie policjanta nie chodzi o brawurę, tylko o działanie zgodne z przepisami. Wiele osób jest zapewne przekonanych, iż ten fach oferuje sporo rozrywki, lecz autorzy studzą zapał. Słusznie sugerują, że ćwiczenia sprawnościowe i nauka strzelania to nie wszystko. Równie ważna jest robota papierkowa oraz zdolność logicznego myślenia i wyciągania sensownych wniosków.

W angielskim oryginale tytuł brzmi Feds, co oznacza agentów federalnych. Nie wskazuje to na komedię ani sfeminizowaną wersję Akademii policyjnej. Film wchłania się gładko dzięki aktorkom wcielającym się w pierwszoplanowe postacie. Rebecca De Mornay i Mary Gross zostały trafnie dobrane do swoich ról. Pierwsza to intrygująca blondynka, w której wyczuwa się ogromną siłę charakteru, upór i zimną bezwzględność. Druga to chodząca przeciętność, która większość życia spędziła z nosem w książkach, z dala od ludzi. Obie uczą się czegoś od siebie nawzajem. Zwycięstwo osiąga się właśnie w taki sposób, łącząc przeciętność i naukę z uporem i duchem walki. Być może każdy dysponuje czymś, co pozwala mu zdobywać szczyty, ale nie każdy potrafi to z siebie wydobyć. Naiwne, ale rozbrajająco szczere kino, które nieźle się trzyma po upływie prawie trzydziestu lat. Jednakże tylko nieliczne grono odbiorców doceni ten produkt, bo jest to film nierozerwalnie związany z pewną epoką – z epoką kaset wideo oraz ze złotymi latami amerykańskiej komedii.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane