Recenzje

POKÓJ SYNA (2001)

Film, który dotyka osobiście.

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

Pustka

Bywa, że raz na długi czas zjawi sie film, który dotyka osobiście. Ze zdumieniem obserwujemy impresje reżysera myśląc, że w tajemniczy sposób przeniknął i wyraził nasze własne uczucia. Patrząc na bohaterów widzimy samych siebie, ich historia jest naszą własną, ich przeżycia znamy od podszewki, mówią dokładnie to, co sami moglibyśmy powiedzieć. I takim filmem jest dla mnie Pokój syna. Długo przyszło nam, polskim widzom, czekać na premierę Pokoju… na naszych ekranach. Nagrodzony w ubiegłym roku Złotą Palmą w Cannes, w Polsce zjawia się dopiero teraz. Niemniej warto było czekać. Nanni Moretti, autor znanego także u nas filmu Idźcie, ofiara skończona (Andate, la messa e’ finita) powraca obrazem pozbawionym zupełnie charakterystycznych dla niego wątków społeczno – politycznych.

Moretti nie próbuje eksperymentować, pokazywać czegoś nowego, analizować uczuć swoich bohaterów.

Tym razem film jest kameralną historią rodzinną. Bohaterem jest wzięty lekarz psychoanalityk, Giovanni (w tej roli sam reżyser). Jego rodzina prowadzi aktywny tryb życia, żona spełnia się zawodowo, córka uprawia koszykówkę, syn też jest zamiłowanym sportowcem. Są szczęśliwi. Jednak na tym szczęściu jest kilka rys. Te rysy są zasygnalizowane na samym początku filmu, kiedy wyraźnie widzimy, że Giovanni, chociaż pozornie jest dobrym ojcem i mężem, ma jednak kłopoty z budowaniem prawdziwie ciepłej i szczerej relacji z żoną i dziećmi. Nie zna przyjaciół swojego syna, nie wie, gdzie mieszkają. W pokoju swojego syna czuje się obco, jakby trafił do innego świata. To raczej „niedzielny” ojciec, skupiający się bardziej na tym, by „zachowywać” się jak tata, niż żeby nim rzeczywiście być. Dobrym przykładem na to jest dzień, gdy ojciec i syn wybierają się na wspólny spacer. Syn chce powiedzieć Giovanniemu prawdę na temat zdarzenia w szkole, ale nie robi tego, bo tata „był taki szczęśliwy”. Między tymi naprawdę przecież kochającymi się ludźmi wciąż istnieje bariera, niepokonany dystans.

W niedzielny poranek Giovanni rezygnuje ze spędzenia czasu z synem, by jechać na pilne wezwanie pacjenta. Andrea wybiera się nurkować z grupą przyjaciół, ulega tragicznemu wypadkowi i ginie. Od tej chwili zaczyna się dramat – studium utraty, poczucia winy i powolnego rozpadu szczęśliwej rodziny. Film prowadzony jest bardzo powoli, narracja jest spokojna, narzuca widzowi wstydliwe stanowisko natrętnego obserwatora. Chwilami pragnie się zamknąć oczy, by odgrodzić się od przejmującego smutku. Moretti nie próbuje eksperymentować, pokazywać czegoś nowego, analizować uczuć swoich bohaterów. Ich zachowania są zupełnie naturalne i przewidywalne. Reżyser rezygnuje z psychologizowania, które zresztą mógłby w tym kontekście okazać się tanie, nie zamierza rozdzierać szat. Patrzymy na spazmatyczny płacz Paoli, żony Giovanniego, widzimy, jak sam Giovanni próbuje się zagłuszać, idąc do hałaśliwego wesołego miasteczka, jak zadręcza się wariacjami na temat „co by było gdyby”, jak symbolicznie pragnie cofnąć czas, w nieskończoność przestawiając płytę w odtwarzaczu kilka sekund wstecz, wreszcie towarzyszymy Irene, córce, kiedy swój ból wyraża bezsilną agresją.

Lecz wszystkie te emocje są w większości ciche, zamknięte we wnętrzu bohaterów, nawet wtedy, gdy płaczą. I właśnie to, że uczucia wrą tuż pod powierzchnią, że możemy je odczuć, a nie patrzeć na nie, jest najbardziej wstrząsające. Jedną z bardziej charakterystycznych pod tym względem scen jest ta, gdy Giovanni krzyczy, że w domu „wszystko jest zepsute”. Tak jakby mówił „moje życie jest nieodwracalnie uszkodzone, nic tego nie naprawi, po co próbować, to nie ma sensu, i tak pozostanie rysa, świadomość szkody, nic tego nie ukryje i nie zmieni”. Ale tych słów nie wypowiada. Mimo tego – słyszymy je. Nieznośny dźwięk przykręcania śrub do trumny, najbardziej ostateczny i bolesny z możliwych dźwięków, wciąż świdruje nam w uszach.

Wypowiedzenie słów „on nie żyje” jest niemal niemożliwe. Znamienne, że te słowa padają w filmie tylko raz. Jak desperacka próba negowania faktów, zatrzymania czasu, utrzymania niewiary w to, co się wydarzyło – dopóki to zdanie nie zostanie wypowiedziane na głos, pozostaje absurdalne złudzenie, że ukochana osoba nie odeszła. Ale to zaklęcie nigdy nie działa, chociaż nie chcemy w to uwierzyć. Non omnis moriar jest tak prawdziwe, jak prawdziwa jest pamięć, chęć, by dać synowi w prezencie płytę z ulubioną muzyką. Ale Giovanni nie wie, jaka była ulubiona muzyka Andrei. I to boli.

Symboliczna ostatnia scena filmu i muzyka jej towarzysząca to sygnał dla widza, by dyskretnie się wycofał. Robi to z lekkim poczuciem wstydu, że patrzył za długo, i z poczuciem, że nie potrafiłby nawet odwrócić wzroku. Być może dlatego, że wejście w czyjś świat postrzegania i przeżywania to jak wejście w intymność cudzego pokoju – można to zrobić na tyle głęboko, na ile druga strona na to pozwoli. Czasami wystarcza jeden dzień. Czasami nie zdarzy się to nigdy.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane