Recenzje

POCAŁUNEK WAMPIRA. Sztuczne wampirze zęby i lamentacje japiszona

Nicolas Cage jako gatunkowy blender - horror, komedia i dramat wydarte z trzewi aktora, który bawił i poruszał.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Nicolas Cage, znany światu jako generator dziwnych min i cierpiętnik kina akcji, miał kiedyś warunki i odwagę, żeby zagrać absolutnie wszystko, i to tak, że ciarki szły po plecach. To właśnie on pokazał ludziom, czym jest dzikość serca. To on udowodnił, że chlanie na umór wypada przekonująco nie tylko w Polsce czy Rosji. Ten sam Cage potrafił zluzować i wypalić energetyczną rolą-petardą, szalejąc z wdziękiem u braci Coen (Arizona junior). To było jednak dawno temu. Od pewnego czasu (granicę może stanowić kapitalny akcyjniak Twierdza, na planie którego ewidentnie załapał bakcyla namiętności do wysokobudżetowej rozpierduchy) zapętlił się. Jak? Wciąż gra siebie – Nicolasa Cage’a próbującego wmówić widzowi, że wymachiwanie pistoletem i zaciskanie zębów traktuje serio. Jego filmy stały się przeciętne (60 sekund), przeszarżowane (Con Air) lub niestrawne (Kult). Te dobre zdarzają się coraz rzadziej.

Cage niekiedy próbuje jeszcze ambitniejszego repertuaru (Adaptacja, Joe), ale chyba utracił już kredyt zaufania u poważniejszego widza. A przecież swego czasu elektryzował, rzucał czar i rozsadzał wszelkie szufladki. Nawet teraz, pomimo wielu akcyjniaków na koncie, nie uważa się go za aktora z tej samej linii, co Mel Gibson czy Bruce Willis – nie potrafił lub nie chciał stać się typowym twardzielem. Nawet jeśli zbliżał się do tej granicy, to i tak jego Cage’yzm (coś nieuchwytnego; jakiś miks przesady, zniechęcenia czy komizmu w zalewie z nieco przechodzonej, ale wciąż działającej charyzmy) zabierał go w nieco inne rejony. Mógł pozostać aktorem osobnym, grającym w repertuarze ciekawym i różnorodnym, ale albo fatalnie dobiera role, albo wyprztykał się z chęci podejmowania wyzwań. Niektórzy wciąż wierzą, że wróci w wielkim stylu, inni już tylko oglądają memy, w których aktor – z fryzurą starej pudernicy i twarzą pełną napięcia – wygłasza najdurniejsze kwestie świata. Dziś o filmie, w którym Cage gra do wtóru jakichś dzikich skrzypiec swojej duszy, dając nam kawał pysznej zabawy i jedną ze swoich najlepszych ról. Poza tym jest to ciekawy trop dla wszystkich tych, którzy sądzą, że nasz bohater jest – zgodnie z pewną internetową plotką, podrasowaną przekonującymi zdjęciami – wampirem. Nie pochwalamy pogoni za sensacją, niemniej napomkniemy też o pewnym fakcie: tak, to na planie tego filmu aktor zjadł karalucha.

Nowy Jork. Peter Loew, japiszon pracujący dla agencji wydawniczej, odnosi liczne sukcesy zawodowe, ale prywatnie jest nieusatysfakcjonowany. Szuka miłości, a znajduje tylko seks. Próbuje psychoterapii, ale ta nie daje recepty na życiową pustkę. Loew przeżywa dziwny splot wydarzeń: najpierw walczy w swym domu z nietoperzem, a wkrótce potem zostaje ukąszony w szyję przez piękną kobietę. Od tej pory zaczyna podejrzewać, że stał się wampirem. To katalizuje jego przemianę – nadęty, egocentryczny buc, jakich nie brakuje w stolicach sukcesu tego świata, przepoczwarza się w rasowego maniaka. Sypia pod kanapą, unika krzyży i nosi ciemne okulary. Wkłada także sztuczne wampirze zęby. Jego „przemiana” napełnia go zarówno przerażeniem, jak i poczuciem mocy. Chamski, nadpobudliwy i pozbawiony jakichkolwiek zahamowań, postanawia uprzykrzyć życie swojej sekretarki Alvy.

Pocałunek wampira stanowi portret świra. Loew to modelowy produkt swoich czasów – kapryśny, trawiony frustracją i  niezadowoleniem. Pod nienaganną zaczeską i świetnie skrojonym garniturem kryją się mrok i zagubienie. Mężczyzna – przynajmniej zawodowo – prze do przodu, bo tak go nauczono, ale nie ma kontaktu ze swoimi uczuciami; te szarpią nim jak szmacianą lalką. Szaleństwo, które zainfekuje jego mózg, zdaje się więc naturalną koleją rzeczy w tym wypadku, niemniej przyjmie formy niespodziewanie kwieciste. Domniemany wampiryzm stawia Petera poza nawiasem społecznym, pozwala na odrzucenie wszelkich zasad etycznych i przejście w tryb wyśrubowanego dziwactwa, za którym stoi agresja i mizantropia. Sztuczne zęby budzą tu grozę. Nie boimy się jednak wampira, lecz świra, który je wkłada. Loew naprawdę wierzy, że stał się wampirem, i właśnie ten fakt czyni go postacią budzącą niepokój. Oto Patrick Bateman mobbingu. Nie gania za nikim z piłą mechaniczną; zabija jedynie gołębie, ale jego potrzeba, by wgnieść w ziemię Alvę, czyni z niego pracodawcze monstrum.

Jego relacja z sekretarką stanowi wizytówkę czystego sadyzmu. Loev kocha agresję słowną i poczucie osaczenia. Możliwość wpędzania dziewczyny w rozpacz zdaje się nadawać jego życiu sens, aktywować w nim pokłady dzikiej energii. Trzeba wyraźnie podkreślić, że Pocałunek wampira ma za tło nowojorskie ulice, biura i kluby. Jest na wskroś współczesny (no, względnie; pamiętajmy, że to pozycja sprzed trzech dekad) i tak niegotycki, jak może być wielkomiejski film z lat 80. Kontrast pomiędzy klasycznym wizerunkiem krwiopijcy – mrocznego outsidera sprzed wieków, skrytego w strzelistym zamczysku – a japiszonem popadającym w obłęd na tle żółtych taksówek aktywuje silny pierwiastek komiczny filmu. Kapitalna jest scena, w której przerażony bohater, skulony jak Nosferatu, biegnie przez ulice miasta, krzycząc z przerażeniem, że jest wampirem. Równie komicznie wyglądają jego utarczki z lustrami, światłem dziennym czy napadami torsji.

Kontrast pomiędzy klasycznym wizerunkiem krwiopijcy a japiszonem popadającym w obłęd aktywuje silny pierwiastek komiczny filmu.

Cage szaleje w tej roli. Szarżuje. Jest efekciarski i narwany jak pies Pluto. Grubą kreską rysuje postać prawie wampira, odartego z romantycznej i arystokratycznej otoczki, za to toczonego jakże ludzkim i współczesnym egotyzmem. Jego kreacja to ciągnik, stanowiący napęd dla całego projektu. Skrzy się energią i wrzyna w świadomość widza. Oto przykład, że czasami więcej znaczy więcej. I że musisz w sobie nosić chaos, żeby urodzić tańczącą gwiazdę. Cage tworzy postać niemożliwie przerysowaną, a jednocześnie wielowymiarową.

Loew jest zarazem zwykłym bydlakiem i budzącą litość kreaturą, którą wewnętrzny zamęt pchnął w odmęty szaleństwa. Genialnie oddane erupcje wściekłości, dzikie zdolności mimiczne, niedostępne zwykłemu śmiertelnikowi; głos, który potrafi być zarówno władczy, jak i komicznie lękliwy – to wszystko solidne atrybuty tej roli. Co istotne, pomimo groteskowego rodowodu Cage’owski pseudo wampir jest postacią tragiczną. Śmiejemy się z niego, ale też współczujemy mu. W tej kawalkadzie dziwnych min kryje się mrok. Jakaś perwersja. A także prawdziwy strach przed szaleństwem. Obraz pozwolił stworzyć portret bydlaka, nie próbując go bronić, ale dając wybrzmieć wszystkim odcieniom poplątania.

Film jest niejednorodny gatunkowo. Elementy humorystyczne są wszechobecne, zwłaszcza w drugiej połowie filmu, ale ani na chwilę nie przestajemy sobie zadawać pytania, czy bohater ma jakąś szansę, żeby zawrócić z tej podróży do jądra ciemności. Oto więc wyborna czarna komedia, której bohater – niczym Travis w Taksówkarzu – pozwolił, by wielkie miasto aktywowało najmroczniejsze pokłady jego osobowości. Śmiechu nie zabraknie; niepokój pozostanie. Obraz jest zrobiony całkiem solidnie, ale bez większych fajerwerków. Zdjęcia i muzyka są przeciętne. Drugi plan niczym się nie wyróżnia. Wyjątkiem jest tu Maria Conchita Alonso w roli nieszczęsnej Alvy. Kobieta bez efekciarstwa i zupełnie serio tworzy postać zwykłej dziewczyny, która próbuje jakoś przetrwać w pracy z szefem maniakiem za plecami. Poza tym Pocałunek wampira to produkcja dość skromna, mająca prawo kojarzyć się z filmami telewizyjnymi. W tychże właśnie specjalizuje się reżyser obrazu Robert Bierman. Ale, ale… Pamiętajcie, że tutaj, mając do dyspozycji Cage’a, który uprawia rodeo na grzbiecie dobrego smaku i robi miny, jakich mógłby mu pozazdrościć Jim Carrey (prywatnie jego przyjaciel), kreuje on pozycję zabawną i pełną mocy.

Film zaliczył solidną klapę i dziś służy za poligon doświadczalny na YouTubie – wyszczerzony Cage ze swoimi wyłupiastymi oczami męczący biedną Alvę jest bohaterem wielu krótkich klipów, dzięki którym świat utwierdza się w przekonaniu, że aktor jest papieżem szaleństwa i szeroko rozumianej przesady. Obraz Biermana wpisał się także w nurt  tytułów o wampirach domniemanych. Razem z Martinem George’a A. Romero (o nastolatku, który myśli, że jest krwiopijcą) i Cieniem wampira (o aktorze zatrudnionym do roli krwiopijcy, ponieważ… zdaje się nim być) stanowi część kapitalnej triady obrazów pełnych życia i emocjonujących, a dziwnie zapomnianych. Jako część zestawu czy pojedynczy tytuł, Pocałunek wampira zasługuje na uwagę. Wgryźcie się w niego, a poczujecie, czym jest aktorskie mięso. Skosztujcie i niech wam cieknie po brodach.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane