Recenzje

PIĘTNO (2003)

Prawdziwy i niezmiernie aktualny film z doborową obsadą.

Autor: Jacek Kozłowski
opublikowano

Człowiek - nie brzmi dumnie???

Pisząc o filmie Piętno nie sposób nie zacząć od tego, że już dawno w polskich kinach nie było obrazu, który zapowiadałby się aż tak ciekawie, żeby nie użyć słowa „apetycznie”. Po pierwsze: w rolach głównych Anthony Hopkins i Nicole Kidman, a więc dwie naprawdę wielkie osobistości współczesnego kina. Aktorzy nietuzinkowi, posiadający własny styl, znakomity warsztat aktorski, a przede wszystkim nazwisko gwarantujące pewien poziom filmu jako całości. Po drugie: za kamerą zasiadł Robert Benton, reżyser zakurzonej już nieco Sprawy Kramerów. Wszystkie powyższe czynniki plus wygrzebany przez dystrybutora i umieszczony na plakatach cytat, zaczerpnięty z dziennika USA Today, stwierdzający, iż Piętno utrzymane jest w klimacie „niepokojąco erotycznym”, sprawiają, że do kina iść po prostu wypada. Zabiegi marketingowe okazały się więc co najmniej skuteczne. Jak to jednak z każdą reklamą bywa, prędzej czy później przychodzi czas na jej weryfikację…

Nie romans ma w tym filmie intrygować.

Głównym (aczkolwiek nie najważniejszym) wątkiem scenariusza jest tutaj średnio intrygujący romans. Bo też nie romans ma w tym filmie intrygować. Widzimy więc starszego, owdowiałego profesora, wykładającego literaturę klasyczną, oraz pochodzącą z dobrego domu, rezolutną dziewczynę. On – wyrzucony z uczelni za rzekomo rasistowskie przekonania. Ona – zmuszona do ucieczki, osaczona kobieta po przejściach. On – nad wyraz spokojny. Ona – aż nazbyt ognista. Oboje „naznaczeni”. Odrzuceni przez społeczeństwo. I to właśnie ich jedyna wspólna cecha. Jeśli ktoś oczekiwałby wspaniałej historii o przyciąganiu się przeciwieństw lub też poematu traktującego o granicach poświęcenia w imię miłości, to odsyłam na przykład do obrazów Almodóvara. W tym filmie bowiem – istotnie – romansu jest co niemiara, stanowi on jednak tylko tło. Jest pewnym „środowiskiem życia” bohaterów. „Środowiskiem”, gdzie ożywają nagle zupełnie inne problemy.

Kontrowersyjny romans młodej sprzątaczki i starszego profesora jest jedynie katalizatorem, mającym pomóc najpierw Philipowi Rothowi – autorowi książkowego pierwowzoru, a później Robertowi Bentonowi – reżyserowi filmu, w wiarygodnym postawieniu pewnej społecznej diagnozy. Rzekomej miłości dwojga bohaterów w filmie bowiem nie widzimy. Obserwujemy tylko gesty. Obserwujemy wzajemną fascynację. Obserwujemy wreszcie seks. Mimo to pomiędzy Hopkinsem a Kidman nic „nie iskrzy”. To postacie nieco statyczne, do pewnego momentu wręcz zamknięte w sobie. Nie jest to więc też, jak się można domyślać, szczególnie dobry materiał na jakieś wybitne kreacje aktorskie. Hopkins gra jak zwykle, czyli dosyć oszczędnie (co oczywiście jest jego zaletą). Kidman po raz kolejny zmienia się nie do poznania. I mimo że wypada w swej roli dość wiarygodnie, tym razem jednak nie opanowuje swoją kreacją całego ekranu, jak to miało miejsce w kilku poprzednich filmach. Jest to nie tyle wina Kidman, co raczej scenariusza. Scenariusza stawiającego bardziej na pracę zespołową, niż będącego polem do popisu dla jednego aktora.

Zupełnie obok fabuły istnieje w tym filmie jeszcze jeden, szczególnie ciekawy wątek. Ilekroć na ekranie pojawia się radio, telewizor bądź inne medium, zawsze słyszymy w tle komentarze dotyczące „afery rozporkowej” z niejakim Billem Clintonem w roli głównej. Akcja filmu toczy się bowiem w momencie, gdy szczegóły prezydenckich ekscesów dopiero co przedostały się do mediów. Jasne było już wtedy, że za szanowanym dotychczas przywódcą USA ciągnąć się będzie przez długie, długie lata etykietka „prezydenta napaleńca”. W ciągu jednego dnia przestały liczyć się zasługi Clintona na polu polityki. W ciągu jednego dnia zszargane zostało jego dobre imię. W ciągu jednego dnia przekleństwem prezydenta stała się tania, zaplamiona sukienka. Słowem – jakkolwiek infantylnie by to nie brzmiało – Bill Clinton został naznaczony piętnem.

Tak to już chyba jest, że ludzie nie chcą pamiętać „człowieka”. Społeczeństwo woli pamiętać cechę. Wydarzenie. Społeczeństwo kocha gesty, łatwe prawdy, dobrze przyswajalne fakty. I tak Niemen zawsze będzie tym enigmatycznym wokalistą śpiewającym o „dziwnym świecie”, a nie artystą, wiecznym poszukiwaczem i eksperymentatorem. Jan Paweł II zostanie w świadomości milionów rodaków bardziej Polakiem, „dobrym wujkiem”, niż szerzycielem trudnych i niewygodnych idei. Przykłady można mnożyć. I smutne jest to, że ludzie nie zapamiętają nas za to, jakimi byliśmy, a raczej za to, jakimi zdawaliśmy się być. Smutne jest, że za kilkadziesiąt lat mówić będzie już tylko nasze „piętno”, a nie MY – w najbardziej realnym i prawdziwym sensie tego słowa.

A wykorzystując już do granic możliwości powyższą teorię – odwołując się do samej definicji człowieka – można wysnuć ciekawy wniosek, że pewne indywidualne piętno jest obecne w każdym z nas. Być może gdzieś w najciemniejszym zakamarku ludzkiej duszy kryje się coś, czym po prostu dzielić się nie chcemy. A jednocześnie coś, co zawiera pewną bolesną prawdę o nas samych. Piętno człowieka, wrodzona skaza lub rys charakterologiczny – jak kto woli. Żyjemy z naszym piętnem, pielęgnujemy je i chronimy przed światem. Być może jest ono bardzo konkretne, a być może sami nie umiemy go zdefiniować. Być może tak jak profesor Coleman Silk nienawidzimy swojej skazy? Być może od niej uciekamy? Albo wręcz przeciwnie, niczym filmowa Faunia uparcie do niej wracamy? Być może życie nie pozwala nam o niej zapomnieć… Być może gdyby nie piętno, nie byłoby w ogóle „naszego życia”? A co jeżeli po prostu „człowieczeństwo” w sensie najbardziej ogólnym dotknięte jest taką właśnie skazą? Jeśli od samego początku jesteśmy po prostu złem zainfekowani? Przed nami walka. Walka człowieka z człowiekiem. Zresztą, jak od pierwszej sceny daje nam do zrozumienia Robert Benton, jest to walka z góry przegrana. Bo z samym sobą wygrać się nie da.

Nieprzystający swą formą do reguł Hollywood.

I wreszcie, ostatni już problem poruszany przez reżysera. Zresztą ukazany jakby trochę niezgrabnie. Potraktowany po macoszemu. Benton pyta widza: czy warto poświęcać się dla idei? Czy warto umierać za cudze przekonania? Czy trzeba walczyć za coś, w co się nie wierzy? Czy czysto ludzkie wymysły, takie jak rasa, narodowość, ojczyzna, rodzina… cokolwiek, czy to wszystko warte jest poświęceń? Czy nie lepiej rozwijać się wewnętrznie? W samotności… We własnym egoizmie… Film nie daje odpowiedzi na te pytania. Za to przybiera dosyć niebezpieczny, moralizatorski ton. W finale dowiadujemy się bowiem o tym, jak kruche jest budowanie życia na kłamstwie. A co jeśli przy tym nie kłamiemy? A co jeśli po prostu zwyczajnie układamy nasze życie bez rodziny, ojczyzny, bez miłości? Czy wiara w te ideały jest naszym obowiązkiem? Trudne i kontrowersyjne to pytania. Pewnie dlatego twórcy filmu postanowili do nich nie podchodzić. A przynajmniej nie za blisko…

Czy Piętno to film udany? Trudno powiedzieć. Na pewno jest on nieco „inny”, nieprzystający swą formą do reguł Hollywood. Uciekający od skandalizowania. Pełen nieśpiesznej narracji. Skłaniający do refleksji. A przede wszystkim niezmiernie aktualny. Pokazujący pewną prawdę. Może i nie wprost, ale z drugiej strony nie wszystko da się powiedzieć wprost…

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane