Recenzje

PIANISTA (2002)

Krok milowy w filmie wojennym naszych czasów.

Autor: Rafał Grynasz
opublikowano

Wirtuoz

Bardzo wyczekiwałem Pianisty. Głównym powodem mych zapatrywań i nadziei pokładanych w tym obrazie był Roman Polański, reżyser, którego niezaprzeczalny talent mogę rozważać jedynie w kategoriach mistrzostwa. Wizja wielkiego kina, osadzonego w jakże intrygującym temacie, co ważne podpartym czystym realizmem i wiarygodnością relacji Szpilmana, napawała mnie uzasadnionym optymizmem. Mistrz zdążył już mnie zachwycić gamą swojej twórczości, bogatej i ujmującej. Pragnę tu przytoczyć przykład chociażby Chinatown, fenomenalnie skonstruowanego kryminału, czy też przerażającego Dziecka Rosemary, esencji kina grozy, filmu, który stał się swoistego rodzaju kanonem swojego gatunku. Tak więc od strony reżyserskiej mogłem spodziewać się naprawdę wyżyn.

Piękno obrazu, sceny, które na długo zapadną w moją pamięć, także realia oddane z najwyższym pietyzmem, jak i niezwykli bohaterowie, to wyznaczniki talentu Polańskiego. Ten osobliwy reżyser na każdym kroku szachuje widza niepowtarzalnym klimatem, jego filmy są pełne niepokoju, grozy i stopniowo budowanego napięcia, bohaterowie zaś to zazwyczaj jednostki zagubione i osaczone, pchane przez następstwa wydarzeń, miotające się w matni świata tak wyśmienicie przez Mistrza skonstruowanego. Polański nie ukrywał, że Pianista to dla niego film bardzo osobisty. Sam napiętnowany w młodości koszmarem wojny, teraz przelał w historię po części samego siebie. Co za tym idzie, reżyser tworzył nie tylko w oparciu o wspomnienia Szpilmana, ale także opatrzył Pianistę swoimi własnymi przeżyciami, autentycznymi i szczerymi, jako świadek i ofiara tamtych czasów.

Polański zdawał się być właściwym człowiekiem, zdolnym do wielkich czynów, którego twórczość przemawiała za jego mistrzostwem i który mógł zmierzyć się z tak trudnym tematem, mając za oręż swoje osobiste gorzkie doświadczenia, jak i udokumentowane wspomnienia Szpilmana; który wreszcie tchnieniem swojego geniuszu wyniósłby film do rangi dzieła. Miałem nadzieje, że nasz reżyser wzniesie się na szczyty swoich możliwości, że powróci do korzeni, czyli formy, której zasmakowałem chociażby we wspomnianym Chinatown. Faktem jest bowiem, że w ostatnich jego filmach nie dostrzegłem geniuszu. Przebarwione Gorzkie gody i poprawny, ale z kretesem poległy w konfrontacji z Dzieckiem Rosemary film Dziewiąte wrota świadczyły o zmierzchu świetności reżysera. Pianista wlał we mnie nadzieję w odrodzenie Mistrza, przybył głosząc renesans twórczości. Oczekiwałem więc dzieła.

Szpilman to bohater sparaliżowany okrucieństwem wojny.

Kiedy pierwsze wybuchy niszczące Warszawę przerwały nokturn grany przez Szpilmana, pianista jeszcze nie wiedział, że w tej samej chwili przerwały również jego dotychczasowe życie. Z dnia na dzień całkowicie traci swoją autonomię, odebrane mu zostają wszelkie prawa, ludzka godność, wreszcie wolność. On, jak i cały naród żydowski, traci swoje życie, ludzie zostają osaczeni i wtrąceni do „bunkru zagłady”, czyli getta. Tam też dopełnia się tragiczny los Żydów, pianista doświadcza całego bestialstwa ciemiężyciela, ludzie są upokarzani, zagładzani, wreszcie zabijani. Obozy zagłady są ostatnim etapem umęczenia narodu trawionego bezlitosną wojną. Szpilman wyłania się z dymu wybuchów i zgliszcz miasta jako przedstawiciel żydowskiej męki. Cudem ucieka przed kosturem śmierci, uprzednio jednak poznaje smak wojny, rodzi się w nim strach, niemoc i wielki ból. Jego losem zaczyna kierować przypadek, piekło getta jest tylko pierwszym z doświadczeń wojennego koszmaru. Kiedy zbiega do okupowanej Warszawy, jego życie ogranicza się do permanentnego ukrywania się. Zostaje osaczony i zaszczuty, przez otaczający go świat, który teraz zredukował się jedynie do czterech ścian i okna z widokiem na getto.

Szpilman to bohater sparaliżowany okrucieństwem wojny, przemierza płonącą zniszczeniem i płaczącą śmiercią Warszawę w poszukiwaniu jedzenia i schronienia, pozostając obojętnym na takie odruchy jak chęć zemsty czy też przeciwstawienia się. Zdaje się być bierny wobec następujących wydarzeń, pragnie jedynie żyć. Kiedy w pamiętnej scenie pianista spotyka niemieckiego oficera, ten zmusza go do najgłębszej refleksji, wyznania swoich przeżyć, swojego uczucia i stosunku do piekła wojny. Wyraża to jednak „słowami muzyki”, fortepianowym utworem, tak przejmującym, tak pięknym i tragicznym zarazem, że oddał nim całe przesłanie obrazu, jak i postawę bohatera wobec wojny, lepiej niż jakiekolwiek słowa. To chyba najbardziej poruszający moment Pianisty, Szpilman wlewa w swój utwór wielkie uczucie, całą swoją niedolę, cały krzyk przeciwko złu, cierpienie, nostalgię, w tej jednej sekwencji Szpilman zawiera cały swoją tułaczkę i tragizm losu. Oficer Hosenfeld daje mu szansę, ocala jego życie. Wraz z wkroczeniem wojsk radzieckich Szpilman zostaje uratowany przez polski oddział. Znów zasiada przed fortepianem i kończy przerwany przed laty wybuchami nokturn. To, co kiedyś zostało zgładzone, przezwyciężyło nieprzychylności losu i powróciło, aby nieść nową nadzieję.

Obraz przeniósł mnie w ten tragiczny okres historii Polski. Znalazłem się w okupowanej Warszawie, całkowicie bezbronny i zależny od miażdżącej siły wroga. Podążając za osaczonym Szpilmanem doznałem całego koszmaru wojny, uświadomiłem sobie to wielkie zło, hańbiące ludzkość, brutalną prawdę o najeźdźcy i jego ofiarach. Film Polańskiego jest niewątpliwie szczerym świadectwem tamtych czasów. W odniesieniu do innych filmów wojennych, Pianista wyróżnia się niespotykaną prostotą przekazu, bez zbędnego subiektywizmu jednostki i stron walczących, pozostaje jedynie zimna i do bólu prawdziwa wizja okupowanej Warszawy, wizja tragicznej wojny, która zdaje się być głównym bohaterem filmu. Polański nie dzieli żołnierzy na bohaterów i anty-bohaterów, nie rozgranicza ludzi na skrajnie złych i niewinnych godnych najwyższego poparcia, jednym słowem nie opowiada się po żadnej ze stron, dając tym samym świadectwo wizji obiektywnej. Zarówno wśród bezlitosnych i bestialskich Niemców znajdziemy ludzi z „sercem”, jak i wśród Żydów ludzi współpracujących z agresorem. Zwróćmy uwagę na to, iż to właśnie niemiecki oficer ratuje Szpilmana od niechybnej śmierci, podczas gdy Polka robi nagonkę na „Żyda”, kiedy zorientuje się, że ten mieszka w jej kamienicy.

Sytuacje świadczące o człowieczeństwie jak i bestialstwie wszystkich przedstawionych stron znajdujemy w Pianiście na każdym kroku. Bo faktem jest, iż reżyser ukazał nam ludzi, nie tylko masę złą i niewinną ofiarę. Za to też najbardziej dziękuje Polańskiemu, że nie spaczył mi poglądu na ogół wojny, na ludzi, aktorów tego wielkiego dramatu. Że nie ograniczył się do krótkowzrocznego podziału na bohaterskich i dobrych oraz na złych i godnych najwyższej pogardy. Jeżeli więc myślicie, że Pianista to film wojenny pokroju Byliśmy żołnierzami czy Szeregowca Ryana, to mylicie się na wszystkich frontach. Oczywiście porównanie to jest niegodne, pragnę jednak wykazać, iż obraz Mistrza nie jest ani bezmyślną eksterminacją zwaśnionych stron, kiedy to garstka bohaterskich patriotów w glorii chwały rozbija plutony złych szwabów i brzydkich żółtków, ani też subiektywnie spaczoną laurką wyśnionych herosów tamtych czasów, którzy po wojennym piekle powrócą do domku na wzgórzu i pomachają radośnie flagą w gwiazdki i prążki, roniąc patriotyczna łzę. O nie! Tego się w Pianiście nie dopatrzycie, gdyż to jest film nieszablonowy, to całkowicie inne spojrzenie na wojnę, spojrzenie realne i uczciwe, spojrzenie, w którym należy upatrywać wielkości tego obrazu.

Polański zrezygnował z filmu o bohaterach, przedkładając nad to subiektywny pogląd na zaistniałe wydarzenia i brutalnej rzeczywistości widzianej oczyma obserwatora. Obserwatora, bo tylko tak mogę określić rolę Szpilman w filmie. Sama postać nie posiada cech właściwych bohaterom tegoż gatunku. Szpilman nie jest bohaterski, nie wykazuje prawie żadnej inicjatywy czy aktywności w aktach przeciwstawienia się. Nie uczestniczy w buncie getta ani w powstaniu warszawskim. Jednym słowem jest zaprzeczeniem dynamicznego wzorca bohatera wojennego. Nie możemy jednak nastawiać się na to, iż każdy w okresie wojennym rzucał się na niemiecki oddział z trzema nabojami w komorze, jak „amerykański” kanon kina wojennego nakazuje. I tu Polański oszczędził nam banału, nie naciągał też swojego bohatera do rangi walecznego wojaka, za pomocą czego uatrakcyjniłby niewątpliwie ogół historii. Nie zrobił tego z prostej przyczyny, bo to nie jest film o gloryfikacji pokrzywdzonych i walczących, to film o przetrwaniu. Wojna wywiera na Szpilmanie swoje srogie piętno, wzbudza strach, bezbronność, niemoc. Obraz ukazuje nam osaczoną jednostkę, którą pcha do przodu jedynie ostrze losu i chęć przetrwania, nie brawura i pistolet w ręku.

Niezwykle silnym atutem Szpilmana jest jego talent, bohater jest znanym pianistą. Właściwie tylko to uratuje go przed obozem zagłady, później pozwoli przetrwać w okupowanej Warszawie, wreszcie „słowami muzyki” przemówi do niemieckiego oficera, który okaże mu miłosierdzie. Szpilman jest więc bohaterem biernym, jak już wspomniałem, jest obserwatorem zaistniałych wydarzeń, świadectwem tragizmu i koszmaru getta, potem niedoli Żyda, wreszcie wojny. Słyszałem wiele krytycznych uwag pod adresem Brody’ego, iż nie podołał powierzonej mu roli. Nie sądzę jednak, aby to on ponosił głównie „winę” za ukazanego bohatera. Owszem, dało się zauważyć pewne braki w warsztacie młodego aktora, ale generalnie Szpilman właśnie taki miał być, bierny, cichy, osaczony, płynący z nurtem wojny, nie zaś pod prąd. To dla mnie pewnego rodzaju novum w filmie wojennym, postać niema, nie oddychająca powietrzem wojny, jedynie walcząca o przetrwanie. Nie uważam jednak tego za wadę filmu, mam bowiem przeczucie, a raczej świadomość, iż to nie Szpilman był głównym bohaterem Pianisty, był on raczej kimś na podobieństwo sprawozdawcy, naszymi oczyma na polu tamtych wydarzeń, naszymi wrażeniami i naszym strachem.

Polański wylansował na główną osobę dramatu samą wojnę.

Polański wylansował na główną osobę dramatu samą wojnę, zrobił to wespół z Allanem Starskim, który z niebywałą dbałością i realizmem oddał realia Warszawy tamtych czasów, z Wojciechem Kilarem, który podsycił ciężki, trącący katastrofizmem klimat swoją falującą niczym wzburzone morze muzyką, wreszcie z Brodym, który nie dopuścił do swojego bohatera subiektywnego odbioru wojny, pozostawiając w nim jedynie to, co najcenniejsze, ból, cierpienie, strach i niemoc, jednym słowem wojnę. Dzięki tym elementom powstał obraz monumentalny i jedyny w swoim rodzaju, obiektywny obraz wojny, w którym nie ma miejsca ani na miłość, ani na nadzieję, gdzie nie wszystko jest tylko czarne albo białe, gdzie znajdziemy ludzi zarówno miłosiernych, opowiadających się po złej stronie, jak i dawnych przyjaciół, którzy przyjęli swastykę, zapominając o swoim narodzie, gdzie tragizm i koszmar wojennej zawieruchy ukazano w bezlitosnym realizmie, ludzi zaś w świetle uczciwym i „ludzkim”.

Oczekiwałem więc dzieła i otrzymałem je. Nie jest to jednak film na miarę wcześniejszych dokonań reżysera. Nie mówię, że jest słabszy, jedynie inny. W Pianiście nie odnajduję bowiem bohaterów tak barwnych i intrygujących jak w jego innych obrazach. Odnajduję jednak wojnę w najczystszej postaci. Wojnę przedstawioną w sposób uczciwy i obiektywny i to jest największy atut Pianisty. To także dla mnie, jako Polaka, film bardzo osobisty. Jest bowiem świadectwem owych tragicznych dla naszego kraju czasów. To wgląd w naszą historię, także hołd oddany naszym bezimiennym bohaterom, prawda, która może być podstawą dla naszego patriotyzmu.

Tym bardziej uważam Pianistę za film niezmiernie ważny w dobie powolnego zatracania narodowych wartości, ucieczki od polskiej historii, obojętności wobec tragedii, która rozegrała się niespełna sześćdziesiąt lat temu. Wreszcie to krok milowy w filmie wojennym naszych czasów, które straciło na wiarygodności i głównym przesłaniu na rzecz wszechobecnej komercji. Jeżeli ktoś zapyta mnie, czy uważam Pianistę za dzieło, z pełną świadomością odpowiem mu: tak. Choć z perspektywy wcześniejszych dzieł Mistrza nie mogę powiedzieć, że jest filmem od nich lepszym, ale na pewno głębszym, bardziej osobistym i ważniejszym dla mnie jako widza.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane