Recenzje

PEŁNIA ŻYCIA. Laurka ku chwale miłości

"Pełnia życia" to film umiarkowanych przymiotników: ładny, poprawny, wyważony.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

Pełnia życia to film umiarkowanych przymiotników: ładny, poprawny, wyważony. Historia Robina Cavendisha, brytyjskiego handlarza herbatą zaatakowanego przez polio, to idealny temat na gładki debiut – najwyraźniej z takiego właśnie założenia wyszedł Andy Serkis. Aktor, który do historii kina przeszedł dzięki technologii motion capture (to on „stoi” za Gollumem z Władcy pierścieni i Caesarem z nowej trylogii Planety małp), na początek swojej reżyserskiej przygody wybrał film, który wzrusza, choć nie porusza.

Robin Cavendish (Andrew Garfield) był młodym, silnym mężczyzną, któremu w życiu wychodziło niemal wszystko – po służbie wojskowej założył z przyjacielem firmę zajmującą się handlem herbatą, dzięki czemu podróżował do egzotycznych zakątków globu, a usidlenie młodej damy, która wpadła mu w oko, zajęło mu jakieś kilka minut. Po ślubie z Diane (budująca na sukcesie The Crown Claire Foy) Cavendish po raz kolejny zamierzał wyjechać w interesach, tym razem do Kenii. Wbrew ówczesnym zwyczajom nowożeńcy postanowili, że do Nairobi wybiorą się wspólnie i spędzą tam kilkanaście miesięcy. Na afrykańskiej ziemi Diane zaszła w ciążę, a państwo Cavendishowie powoli przymierzali się do powrotu do Wielkiej Brytanii. Wtedy Robina zaatakowała choroba – przenoszące się drogą kropelkową polio sparaliżowało 28-letniego wówczas mężczyznę od szyi w dół, uniemożliwiając mu nie tylko poruszanie się, ale i oddychanie. Z tego właśnie powodu Cavendish stał się „responautą”, jak nazywa się pacjentów oddychających tylko dzięki wsparciu mechanicznego respiratora. Choć dawano mu tylko kilka miesięcy życia, Robin nie dał się chorobie i przeżył z nią ponad 30 lat, nie tracąc niemal ani jednej ważnej chwili z życia swojej rodziny.

Nie mogąc wziąć na ręce czy przytulić potomka, nie będąc w stanie odwzajemnić ciepła kochającej żonie, Cavendish coraz mocniej zapadał się w sobie.

To, że Cavendishowi udało się przeżyć tak długo, to tylko jedna strona medalu. Druga to jego pragnienie śmierci, towarzyszące mu od momentu usłyszenia diagnozy. Przykuty do szpitalnego łóżka w przededniu narodzin swojego pierworodnego syna, Robin popadł w stan, przy którym depresja wydaje się ledwie łagodną chandrą. Nie mogąc wziąć na ręce czy przytulić potomka, nie będąc w stanie odwzajemnić ciepła kochającej żonie, Cavendish coraz mocniej zapadał się w sobie, by wreszcie wyszeptać ledwie słyszalnym głosem: pozwólcie mi umrzeć. Chciał odejść, gdyż nie było żadnej nadziei na wyzdrowienie, ani nawet na zauważalną poprawę jego stanu zdrowia. Wizja lekarzy była okrutna: Robin umrze za kilka miesięcy i nigdy nie zobaczy, jak dorasta jego syn. Chcąc oszczędzić sobie i innym cierpienia, Cavendish prosił o odłączenie aparatury. Nie było to jednak możliwe z dwóch powodów: pierwszym były szpitalne przepisy, drugim – Diane Cavendish, która nie chciała słuchać żadnych argumentów męża. Poświęciła się w całości opiece nad nim, nie użalając się jednak nad chorym, lecz robiąc wszystko, by ten czuł się pełnoprawnym członkiem rodziny i środowiska.

Bardzo przyjemnie patrzy się na małe triumfy Robina: gdy wbrew zakazom dyrektora szpitala udaje się przewieźć go do domu albo wtedy, gdy zaprzyjaźniony profesor-inżynier konstruuje – według projektu Cavendisha – wózek z akumulatorem pozwalającym na przemieszczanie się „responautów” wraz z niezbędnym do ich przeżycia respiratorem. Mimo swojego stanu i dzięki wysiłkom najbliższych Robin na powrót zyskuje chęć do życia, a także do walki o prawa dla wszystkich przykutych do łóżek pacjentów na całym świecie. Pełnia życia ukazuje bohatera, który nie ugiął się pod ciężarem choroby, choć był tego bliski – nie ulega wątpliwości, że prawdziwie pierwszoplanową bohaterką jest tutaj Diane, której Claire Foy nadaje niezwykłą siłę i szlachetność. Film Serkisa, który można określić jako wypadkową Teorii wszystkiego (2014) Jamesa Marsha i W stronę morza (2004) Alejandro Amenábara, jest krzepiącą i inspirującą historią, ale do bólu uproszczoną. Mimo blisko dwugodzinnego metrażu nie znaleziono tu miejsca na uwiarygodnienie postaci poprzez pozwolenie im – zwłaszcza Diane – na chwile słabości. Pełnia życia została skrojona tak, by opowiadać o wielkości swych bohaterów, nie zaś o tym, że oni także byli zwykłymi śmiertelnikami. I choć nikt nie śmiałby po seansie z filmem Serkisa podważać siły i odwagi państwa Cavendish, chyba każdy z nas wolałby obejrzeć biografię nieco bliższą życiu niż pochwalnej laurce, ale ostateczny ton filmu zawdzięczamy zapewne producentowi Jonathanowi Cavendishowi, synowi Robina.

Pełnia życia to idealny film na zimę – ciepło i pozytywna energia płynące z niemal każdego ujęcia będą w stanie ogrzać widzów w nawet najzimniejsze wieczory. W debiucie Andy’ego Serkisa brakuje jednak czegoś, co odróżniałoby tę bardzo poprawną biografią od setek podobnych jej dzieł. Być może jednak taktyka debiutanta okazała się słuszna – nakręcił nienaganny warsztatowo film z dobrze poprowadzoną obsadą i pięknymi zdjęciami, potwierdzając, że tajniki reżyserii nie są mu obce. Na wizjonerstwo przyjdzie jeszcze czas.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane