Recenzje

PATRICK MELROSE. Recenzja pierwszego odcinka serialu z Benedictem Cumberbatchem

Arystokratyczne pochodzenie, narkotyki, pieniądze, romanse, obsesje i depresje – żyć, nie umierać?

Autor: Karolina Dzieniszewska
opublikowano

Z pamiętniczka bogatego arystokraty, ćpuna i nihilisty (w jednej osobie)

Patrick Melrose to człowiek w stanie wiecznego upadku fizycznego i moralnego, alter ego twórcy powieści o tym samym tytule, Edwarda St Aubyna. Unurzany w bogactwie, nałogach, pogardzie, ironii, własnej traumie oraz wręcz kosmicznym poczuciu bezsensu życia – wprost idealny (anty)bohater dla Benedicta Cumberbatcha. Czy to jednak wystarczy, aby zrobić z tego dobrą mini-serię?

Najogólniej rzecz ujmując, decyzja o tym, że Showtime zaadaptuje powieść Aubyna mogła zadowolić dwa typy odbiorców – miłośników literackiego pierwowzoru i fanów Benedicta Cumberbatcha. Ponoć jeszcze kilka lat temu aktor zapytany o to, jaką rolę chciałby zagrać najbardziej, powiedział, iż właśnie Patricka Melrose. Czy to prawda czy jedynie PR-owa plotka, jest bez znaczenia. W Polsce powieść pojawiła się ledwie przed chwilą i można się na nią natknąć pod szyldem „obyczajowe i romanse”, co jest koszmarnym i krzywdzącym niedopatrzeniem. W międzyczasie książka zdążyła zdobyć światową renomę jako dzieło demaskatorskie, do bólu szczere i obnażające życie brytyjskiej arystokracji, przerażająco autobiograficzne.

Angielska klasa, powaga, wyczucie stylu i maniery uginają się pod ciężarem hipokryzji i obłudy, a Patrick kontynuuje swoją odyseję ku samoupodleniu.

Co prawda w literaturze istnieje długa tradycja podnoszenia ręki na własną klasę społeczną, ale Edward St Aubyn robi to z prawdziwie sadomasochistyczną pasją, nie odpuszczając nikomu – zwłaszcza samemu sobie i własnej rodzinie. Angielska klasa, powaga, wyczucie stylu i maniery uginają się pod ciężarem hipokryzji i obłudy, a Patrick kontynuuje swoją odyseję ku samoupodleniu.

Twórcy prawdopodobnie rozkochali się w możliwościach, jakie daje godzinny narkotykowy trip po Nowym Jorku. Patrick przyjeżdża do wielkiego miasta pełnego świateł i obrzydliwie pastelowych, niepasujących do siebie kolorów lat 80., by odebrać prochy niedawno zmarłego ojca. Melrose ma w sobie swadę i nonszalancję bogatego gówniarza, któremu wszystko można, bez względu na koszty i konsekwencje. Jego sinusoidalny odlot obserwuje się jednak chyba bez zrozumienia istoty rzeczy.

Trzeba natomiast przyznać, że praktycznie każdym gestem bohater rozwiesza nad głową widza sieć odniesień i wątpliwości, w gruncie rzeczy kwestionujących obłąkańczy festiwal destrukcji, jaki urządza sobie Melrose. Cały Nowy Jork przesiąknięty jest obecnością (znienawidzonego?) ojca, jakimś poczuciem krzywdy i koszmarem z dzieciństwa… chociaż wszystko to pozostaje w domyśle. Bohater wygłasza obraźliwe tyrady pod adresem rodzica, nie potrafiąc szczerze nad nim zapłakać; wszystko wokoło ma jakiś domniemany czas przeszły – teraźniejszość bohatera miesza się z powidokami tego, co było, a obce głosy w głowie prowadzą nieprzerwaną dyskusję. Sam Patrick jest mistrzem niekończącej się, nihilistycznej paplaniny, skierowanej do siebie i całego świata zarazem – scena samotnego obiadu w restauracji to po prostu schizofreniczne mistrzostwo!

Benedict Cumberbatch prezentuje cały swój aktorski potencjał i jest to zaprawdę iście widowiskowy popis. Każdy, kto słyszał bądź widział chociaż jedno nagranie, w którym Cumberbatch naśladuje głosy, może  tylko sobie wyobrazić, czego się spodziewać… Powoli znikają fizyczne bariery budowania postaci, bowiem Patrick jest zachłanny na świat – na narkotyki, które zażywa bez opamiętania, na prywatne obsesje, przelotne romanse wydające się miłościami na całe życie, a przede wszystkim na własną rozchwianą i nieobliczalną osobowość.

Jednak zgrzyt następuje na niższym, głębszym poziomie. W tym Patricku nie ma tego mroku, który otaczał postać wykreowaną przez Edwarda St Aubyna. Miał on w sobie jakiś uporczywy fatalizm, wewnętrzną próżnię bądź jądro ciemności, które prędzej czy później zasysało wszystko, co dobre. Mógłby w jednym rzędzie stać z Gregorym House’em, otumanionym przez ból, własny intelekt, sarkazm i cynizm, BoJackiem Horsemanem ciągle zapatrzonym w (wyimaginowane) lepsze czasy i znajdującym sto wymówek dla każdego, nawet najmniejszego grzechu, czy wreszcie z Charlesem Bukowskim, który z upadku w nałóg zrobił styl życia i kwintesencję twórczości. Być może Patrick „made by Showtime”* jeszcze nabierze ogłady, jeszcze zapadnie się w bagno, trwające przez pięć części**.

Myślę, że Patricka Melrose będzie się oglądać z tą samą perwersyjną przyjemnością, z jaką ogląda się wszystkie filmy o bohaterach ze złamanym życiorysem, spełniającym punkt po punkcie kolejne przykazania z kanonu złych uczynków. Jednocześnie podróż po tym świecie, w którym praktycznie nie istnieje cenzura pieniądza, stanie się bliższa wycieczce do lunaparku zbytków i rozpust, oglądanemu z dziecięcym zauroczeniem tym, co przeciętnie niedostępne, a zarazem patologicznie wykrzywione.

* serial dostępny jest na HBO

**w Polsce książkę wydano w dwóch częściach

Ostatnio dodane