Recenzje

PAN I WŁADCA: NA KRAŃCU ŚWIATA. Weir w drodze do konkluzji

Po raz pierwszy Peter Weir tak jasno pokazuje, że słabość nie jest winą.

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

Ten okręt jest Anglią

Budował swoją wizję konsekwentnie i z uporem. Od starcia z Absolutem i bezwzględną selekcją w Pikniku pod Wiszącą Skałą, poprzez tezę, że niezniszczalność może stać się mocą paradoksalnie destrukcyjną, gdyż nie towarzyszy jej równowaga (Bez lęku); poszukiwanie dróg wyzwolenia umysłu, przełamania barier i bólu, jaki niesie ze sobą przeciwstawienie własnej indywidualności światu (Stowarzyszenie umarłych poetów) aż do buntu człowieka wobec absolutnej kontroli (Truman Show). Bohaterowie Weira są zawsze zmanipulowani, i chociaż skłania ich do upartego poszukiwania własnej siły, ta siła zawsze jest odbiciem czegoś silniejszego i wyższego, rodzi się w starciu z korzeniami pierwotnego stworzenia.

Ostateczna władza nie będzie nam dana – możemy jedynie dążyć do jej źródła, kalecząc się boleśnie i osiągając pozory spełnienia, jedyne dostępne dla postrzegania naszych ułomnych oczu. Z upodobaniem poszukiwał algorytmu równowagi, fascynowała go kreatywna siła najmniejszego elementu w funkcjonowaniu całości, przeciwwaga, jaką tworzą dla siebie zjawiska, cnoty i ułomności ludzkie, przekonania i dążenia, porażki i zwycięstwa. Nigdy nie udzielał odpowiedzi do końca. A jednak swoim pełnym rozmachu, ekspresyjnym obrazem Pan i władca – na krańcu świata Peter Weir zdaje się dochodzić do konkluzji w swojej niestrudzonej walce o wyjaśnienie zagadki znaczenia ludzkiego życia na tle wieczności i porządku stworzenia. I chociaż podąża przez terytoria, które, zdawałoby się, tak dokładnie zbadał i zinterpretował, ta konkluzja okazuje się zaskakująca – wykorzystując te same motywy reżyser naświetla ich znaczenie zupełnie inaczej.

Rzecz dzieje się w czasie, gdy Napoleon Bonaparte prowadzi swoją konkwistę na arenie międzynarodowej i sam dźwięk jego nazwiska kojarzy się z siłą i grozą. Załoga okrętu HMS Surprise, pod dowództwem kapitana Jacka Aubreya, zostaje zaatakowana przez francuską fregatę Acheron u wybrzeży Ameryki Południowej. Nie zważając na fakt, iż przeciwnik dysponuje znaczną przewagą, kapitan Aubrey decyduje się podjąć pogoń i zwyciężyć za wszelką cenę. Kapitan, zwany przez załogę „Lucky Jack” to stary wyjadacz, zasłużony wilk morski, który służył pod komendą samego admirała Nelsona. Wierzy we władzę („człowiek potrzebuje władzy” mówi), w obowiązek – i w siebie. Obdarzony niebywałą charyzmą (jest tylko jedna scena, kiedy podnosi głos, wydając rozkaz), otoczony szacunkiem należnym „pierwszemu po Bogu”, zaufaniem bez zastrzeżeń. Jego przyjaciel i towarzysz, doktor Stephen Maturin, to chirurg z powołania, znakomity specjalista, a także z zamiłowania przyrodnik, zafascynowany najmniejszym nawet cudem życia.

Patrząc na delikatność, z jaką ujmuje w rękę mikroskopijnego owada, na jego subtelną, wrażliwą twarz intelektualisty, nikt nie mógłby przypuszczać, jak wielką siłą ducha i odwagą obdarzony jest ten człowiek. To wojownik, ale wojownik asceta – walka nie jest jego powołaniem, ale koniecznością, przed którą nigdy się nie cofa, gdy zachodzi taka potrzeba. Jednocześnie doktor jest głosem uczucia, który towarzyszy Aubreyowi, wizualizacją jego człowieczeństwa, hamulcem na drodze do tyranii. Razem tworzą harmonijny duet, motyw tak często wykorzystywany przez Weira. Jednak tym razem jest inaczej – nie ma poszukiwania jedności i scalenia. Nie tak jak w przypadku Marion Quade i Mirandy, kiedy równowaga oznaczała unicestwienie i rozpłynięcie w Absolucie. Nie tak jak w przypadku Neila Perry’ego i Todda Andersona, kiedy błędy jednego wyprowadziły drugiego na ścieżkę zrozumienia, do przejęcia schedy. Nie jest to symboliczny mur Gallipoli. Kapitan Jack Aubrey i doktor Maturin pozostają dwiema odrębnymi jednostkami, ich muzyczny duet, skrzypce i wiolonczela, to przykład, że indywidualności mogą się uzupełniać w harmonii bez przekraczania granic swojej fizyczności. Po raz pierwszy Weir prezentuje wniosek, że doskonałość jest względna, i jako taka – jest osiągalna.

Tak „przejęcie schedy”, jak i osiągnięcie jedności znajduje swoją manifestację w osobie małego lorda Blakeneya. Młodziutki żeglarz podczas pierwszego starcia z fregatą Acheron traci rękę. Jednak kalectwo nie zabija w nim ducha walki. Ma w sobie pasję obserwatorską i zamiłowanie przyrodnicze doktora Maturina, w połączeniu z głębokim, wrodzonym poczuciem moralności (jako jedyny stanie po stronie „przeklętego” drugiego oficera). W warunkach najbardziej sprzyjających degeneracji, cynizmowi i zwątpieniu odnajduje klucz do rozwoju i zwycięstwa.

Nawet przegrany i słaby zasługuje na wybaczenie.

Nie dokonała tego mała Sarah z Pikniku, zaledwie zaakcentował tę możliwość Todd Anderson, panika zatrzymała wpół drogi Trumana Burbanka. Lord Blakeney to zwycięska suma wszystkich tych prób. Również formuła „wybaczyć buntownikowi” tajemniczo przechodzi w formułę „prośby o wybaczenie przegranego”.

Twardy Weir, konsekwentny Weir, który akceptował regułę selekcji jako drogę do doskonałości, teraz sugeruje, że słabość nie jest winą. Nieszczęsny drugi oficer Mowett wybiera śmierć jako drogę ucieczki i jednocześnie karę za tchórzostwo. Przeklęty, „Jonasz”, źródło nieszczęść – czuje się winny i prześladowany. Jednak czy rzeczywiście zabija się dlatego, że nie mógł znieść szeptów za plecami i wzgardliwych uśmiechów? Czy rzeczywiście to siła tłumu wykluczyła słabszego osobnika ze stada? Czy może właśnie taki wybór jest jedyną siłą, jaka pozostała Mowettowi, jego jedyną możliwością spełnienia swojej roli oficera? Podczas ceremonii pogrzebowej kapitan Aubrey prosi zmarłego o wybaczenie. „Wszyscy jesteśmy stworzeniami boskimi” mówi. „Nie zawsze możemy stać się takimi, jakimi byśmy chcieli”. Słabość nie jest winą! Miłosierdzie Boga obejmie wszystkich. Kimkolwiek by nie byli. Kolejna nietypowa sugestia – nie wyszliśmy z obojętnego moralnie doskonałego Absolutu. Jesteśmy dziełem miłości. Jesteśmy godni wybaczenia – i zdolni do wybaczania.

I tak dochodzimy do konkluzji, że władza absolutna potrzebuje jednak wyznacznika. Cywilizacja skazała nas na wojnę – wspomnijmy postrzelenie lekarza, który próbuje przyjrzeć się nowemu gatunkowi ptaka – ale nawet jeśli walka jest naszym powołaniem, nawet jeżeli pierwotny instynkt nakazuje nam nie ustawać w walce będącej drogą do rozwoju, to reguły gry wcale nie są ustalone. Pan i władca mógł poświęcić życie swojego przyjaciela i przeć do przodu w pogoni za przeciwnikiem. Miał do tego pełne prawo, bo jego słowo znaczyło wszystko. Ugina się jednak i idzie za głosem serca. Nie oznacza to, że się poddał. Będzie walczył wciąż od nowa… od nowa… i od nowa. Do oazy spokoju dotrze zawsze jedynie pozornie, na krótko. Jednak jeśli nie pozwoli, by znalazło się coś, co ogranicza jego władzę – stanie się niegodny, by ją sprawować. Paradoks, prawda? Władca absolutny staje się nim tylko wówczas, jeśli jest ograniczony. Nad wszystkim panuje reguła miłości. Jeśli jej nie ma, będzie co najwyżej tyranem. Na własnym polu? Obojętne. Każdy element ma swoje odbicie w całości. Ten okręt jest Anglią. Reguła władzy i reguła miłości muszą się uzupełniać, na krańcu świata czy gdziekolwiek – wtedy nawet walka, mimo ponoszonych ofiar, będzie harmonią, niezaprzeczalnym prawem bytu. Piękno istnienia, przekazuje Weir, kryje się dokładnie tam, gdzie jego trud – w niedoskonałości. I może właśnie w tym należy szukać nieskończonej i niepojętej mądrości Najwyższego.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane