Recenzje

PAKT KRWI. Prawdziwy test dla fanów Cage’a

Po tym seansie straciłem już niemal wszystkie przemawiające za Nicolasem argumenty, których dotąd kurczowo się trzymałem.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

To głupie, ale czuję się w pewien sposób odpowiedzialny za Nicolasa Cage’a. Wszak kilka lat temu popełniłem potężny tekst o jego filmografii, a piewcą jego talentu byłem, odkąd mogę spamiętać. I właśnie to poczucie obowiązku, ta wewnętrzna potrzeba stawania w obronie wyborów jednego z moich ulubionych aktorów sprawiła, że postanowiłem obejrzeć Pakt krwi Stevena C. Millera, człowieka znanego z reżyserowania kina sensacyjnego drugiej kategorii. Po tym seansie straciłem już niemal wszystkie przemawiające za Nicolasem argumenty, których dotąd kurczowo się trzymałem.

Mawiałem: „Szaleństwo w jego aktorstwie jest zamierzone i adekwatne, wnosi do filmu niezbędną dawkę nieprzewidywalności”, lecz po kolejnych absurdalnych projektach i rolach Cage’a sam zaczynałem wątpić w tę chwiejną argumentację. I jeżeli wśród was także są widzowie, którzy mieli dla Nicolasa zwiększoną dawkę cierpliwości i wyrozumiałości, Pakt krwi może skutecznie osłabić ich wiarę. W tej szalenie niespójnej produkcji, oscylującej gdzieś pomiędzy sztampowym thrillerem a kampowym eksperymentem, Cage jest tym jednym niepasującym elementem – niczym jaskrawa plama na względnie czystej tkaninie albo rysa na płycie, uniemożliwiająca odsłuchanie ulubionego utworu. Oglądanie Paktu krwi to doświadczenie zgoła schizofreniczne – gdy kilka scen z rzędu nosi znamiona normalności i oswajamy się z cokolwiek przeciętną konwencją thrillera, Miller serwuje nam absurdalną sekwencję walki albo zapluty monolog Cage’a, który w groteskowej peruce, najgorzej doklejonym nosem w historii kina i obciachowym wąsem, kreuje postać najbardziej niedorzecznego gangstera, jakiego widzieliście.

Historia przedstawiona w Pakcie krwi w wielu elementach przypomina film, od którego, zdaje się, polscy tłumacze zaczerpnęli tytuł, Więzy krwi (2013) Guillaume’a Caneta. W filmie Millera także mamy do czynienia z braćmi, z których jeden prowadzi uczciwe i udane życie, drugi zaś ma za sobą konflikty z prawem i odsiadkę. JP (Adrian Grenier), młodszy z braci, prowadzi firmę budowlaną i żyje jak przysłowiowy pączek w maśle, zaś starszy Mikey (chyba najlepszy w tym słabym zespole aktorskim Johnathon Schaech) jest pogubiony we własnej codzienności i nie potrafi zająć się nastoletnią córką. Szukając szybkiego zarobku i poprawy sytuacji życiowej, Mikey kontaktuje się z byłym współpracownikiem, ekscentrycznym gangsterem Eddiem Kingiem (karykaturalny Cage), przez którego szybko ponownie wplątuje się w kłopoty. JP bez zastanowienia rusza bratu na pomoc, szybko zmieniając się z potulnego męża z przedmieść w prawdziwego zabijakę. Takie rzeczy tylko u Millera.

Jeśli jesteście fanami Nicolasa Cage’a, zapewne i tak obejrzycie Pakt krwi.

Od faceta odpowiedzialnego za takie hity kina sensacyjnego jak Ocalenie (2015) czy Maruderzy (2016) raczej nie należało spodziewać się rewolucyjnego podejścia do gatunku. Mając do dyspozycji ograniczone środki i średniej jakości zespół aktorski (nawet mimo udziału Johna Cusacka), zrobił tyle, ile mógł – stworzył film, od którego co prawda nie trzeba uciekać, lecz który jest nierówny, fabularnie wtórny i formalnie niezrozumiały. O ile jeszcze brutalnie realistyczną przemoc można uzasadnić gatunkowymi ramami, o tyle niemal kompulsywne korzystanie z bullet time należy uznać za kiczowate i całkowicie niepotrzebne. Chcąc zwiększyć efektowność Paktu krwi, Miller zwiększył jedynie jego groteskowość, robiąc swojemu filmowi sporą krzywdę. Zamiast poprawnej produkcji z pogranicza thrillera i kina akcji otrzymujemy zlepek klisz i dziwnych aktorsko-formalnych eksperymentów, które bardziej śmieszą, niż imponują.

Jeśli jesteście fanami Nicolasa Cage’a, zapewne i tak obejrzycie Pakt krwi, dlatego nic, co napisałem lub napiszę, nie zniechęci was do seansu. Wszystkich pozostałych pozostaje mi jedynie ostrzec – najmocniejszymi elementami filmu Millera są wiarygodna przemoc i dobre udźwiękowienie scen walki, a to raczej nie jest to, co definiuje przyzwoite kino akcji.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane