Recenzje

OSACZONY (2005)

Słaby film ze słabym Willisem.

Autor: Michał Jakubowski
opublikowano

Bruce w tarapatach

Czy Bruce Willis jest dobrym aktorem? Wielu podaje to w wątpliwość. To na pewno gwiazdor, co do tego wszyscy muszą być zgodni. Wypromowany przede wszystkim sukcesem Szklanej pułapki, zyskał popularność oraz sympatię sporej grupy widzów, do której notabene sam się zaliczam. Listę filmów, w których wystąpił, zna z grubsza każdy, kto interesuje się kinem, nie ma więc sensu specjalnie się w tę kwestię zagłębiać. Jest jednak dość istotna i także raczej bezsprzeczna sprawa, o jakiej można wspomnieć – Willis to aktor posiadający stosunkowo kiepski nos, jeśli chodzi o czytanie scenariuszy i wybór ciekawych, dobrych ról. W jego dorobku filmowym, oprócz kilku głośnych hitów amerykańskiej kinematografii, uświadczymy niemałą liczbę artystycznych niewypałów, filmowych gniotów, tworów niejednokrotnie zrównanych z ziemią przez krytykę. Odchodząc już jednak od tego pobieżnego analizowania kariery gwiazdy (to materiał na zupełnie inną pracę), a uprzedzając nieco rozwój wydarzeń niniejszej recenzji, powiem już teraz, że Osaczony, najnowszy film z udziałem Bruce’a Willisa, to kolejna pozycja, która potwierdza tezę o kiepskiej kondycji scenariuszowego węchu aktora.

Z czymś podobnym mieliśmy do czynienia co najmniej kilkukrotnie.

Podczas oglądania początku filmu w naszych głowach rodzi się przeczucie, że z czymś podobnym mieliśmy do czynienia co najmniej kilkukrotnie. Otóż podczas prowadzonej przez doświadczonego negocjatora Jeffa Talleya (Willis) operacji dochodzi do tragedii, giną ludzie. Jeff porzuca pracę w Los Angeles, przenosi się do małego miasteczka Bristo Camino, gdzie przyjmuje posadę szefa policji. Zły los jednak go nie opuszcza. Trójka nastolatków wdziera się bowiem do posiadłości pewnego bogacza, biorąc go oraz jego dwójkę dzieci za zakładników. Sprawą tą zajmie się oczywiście nikt inny, jak zniesławiony wypadkiem z przeszłości Talley. I w tym to właśnie momencie widz mógłby sobie pomyśleć – aha, stek klisz, widziałem takie rzeczy nie raz i mniej więcej mogę sobie w myślach dopisać, jak to wszystko potoczy się i skończy.

Scenarzysta jednak, prawdopodobnie świadom faktu, że ów widz mógłby sobie w taki a nie inny sposób pomyśleć, postanowił być od niego sprytniejszy i wprowadził do fabuły elementy w istotny sposób ją komplikujące, gmatwające jej przewidywalną i schematyczną (jak by się wydawało) konstrukcję. I tak oblężona posiadłość okazuje się być supernowoczesną fortecą, jeden z oblegających stopniowo odkrywa przed partnerami swą prawdziwą, mroczną i przerażającą osobowość, zaś rodzina Jeffa Talleya zostaje uprowadzona przez enigmatyczną szajkę, która samemu Jeffowi nakazuje, by ten przedostał się do okupowanego domostwa i wydobył stamtąd pewną płytę dvd. Co jak co – myślał pewnie w duchu scenarzysta – ale widz na powielanie klisz narzekać nie będzie.

Czym innym jest jednak teoretyczny spryt scenarzysty, a czym innym faktyczny talent reżysera. Florent Emilio Siri (będę szczery – nazwisko to słyszę po raz pierwszy i mam nadzieję, że również po raz ostatni) nie potrafił niestety przełożyć tego obfitego w niespodzianki scenariusza na celuloidową taśmę w taki sposób, aby całość można było bezproblemowo przełknąć. Reżyser nie dość, że nie sprostał napakowanej wydarzeniami historii, to jeszcze popisał się takim brakiem wyczucia i nieumiejętnością budowania odpowiedniej dramaturgii, że w efekcie otrzymujemy twór o poziomie momentami właściwie żenującym. Wspomnijmy jeszcze o miernym nakreśleniu postaci i przeciętnym zaledwie aktorstwie. Talley na przykład co rusz jest dręczony wspomnieniami z przeszłości – trzeba więc zatrzymać ujęcie na zrozpaczonym Willisie, po czym w dość banalny sposób symbolicznie rozjaśnić kadr; zbir Mars z kolei przejawia objawy szaleństwa – kamera więc przygląda się natarczywie jego wykrzywionej w dziwny grymas twarzy, itp., itd.

Nie twierdzę, że każda postać powinna być rysowana w sposób złożony i subtelny, ale w Osaczonym rys charakterologiczny bohaterów jest tendencyjny i do tego stopnia uproszczony, że chwilami ręka mimowolnie łapie za głowę. Aktorzy grają bez specjalnego zaangażowania; nie jest to może gra fatalna, ale też nie da się specjalnie kogokolwiek pochwalić. Całość dodatkowo pogrąża kompletnie niedopasowana do obrazu muzyka, która klimatem bardziej nadawałyby się powiedzmy do Burtonowskiego Batmana niż sensacji o negocjatorze, porywaczach i zakładnikach. Na obronę powiedzieć mogę tylko, iż film posiada całkiem niezłe tempo, akcja toczy się wartko i być może nie byłoby miejsca na nudę, gdyby nie to, że cała ta rozrywka przyjemności właściwie nie sprawia.

Cóż więc, podsumowując, otrzymujemy? Ano dostajemy scenariusz ze sporą liczbą zaskoczeń, z którym jednak nie poradził sobie reżyser, a historia w efekcie sprawia wrażenie naciąganej i przekombinowanej. Dostajemy paru bohaterów, z których być może dałoby się wycisnąć coś interesującego, gdyby nie nieumiejętne ich pokazanie (zwłaszcza w przypadku wypranego z negocjatorskiej charyzmy, nieprzekonującego głównego bohatera, któremu nijak nie potrafiłem w jego zmaganiach kibicować). Dostajemy średnio wciągającą intrygę, kiczowatą końcówkę i Bruce’a Willisa w raczej słabej kreacji. Dlaczego Willis zdecydował się wystąpić w tej produkcji, którą bezproblemowo możemy dodać do jego kolekcji filmów udanych inaczej? Na to pytanie odpowiedź zna chyba tylko on sam.

Tekst z archiwum film.org.pl (13.07.2005).

Ostatnio dodane