Omen - artykuł o filmie | FILM.ORG.PL

Omen








Edward Kelley
21.04.2013


Wytwórnia: 20th Century Fox

Reżyseria: Richard Donner

Scenariusz: David Seltzer

Muzyka: Jerry Goldsmith

Zdjęcia: Gilbert Taylor

Obsada: Gregory Peck, Lee Remick, David Warner, Hervey Stephens, Patrick Troughton

 [Z archiwum KMF]

Wizerunek Odwiecznego Przeciwnika ludzkości przedstawianego jako postać niemal komiksowa, z rogami i ogonem, od czasów Średniowiecza mocno się zdezaktualizował. Dziś ludzką wyobraźnią zawładnęły demony rodem z otaczającej nas rzeczywistości: wojny, zabójstwa, choroby cywilizacyjne, polityka. W dobie kilkusetkanałowej telewizji, Internetu i rzeczywistości wirtualnej zdajemy się zapominać o fundamentach, na jakich opiera się nasz świat.

A jednak wciąż w większości z nas tkwi głęboko zakorzeniona świadomość istnienia „drugiej strony”, nieokreślonej, ale w przedziwny sposób odczuwalnej, nie zmysłami, ale intuicją. Ta sprzeczność między życiowym pragmatyzmem i ukrywaną przed nami samymi obawą przed nieznanym jest doskonale wygrywana przez wszelkiej maści współczesnych szalbierzy: telewizyjnych ewangelistów, uzdrawiaczy, sekty i … twórców filmowych.

„Omen”, jako dzieło filmowe, jest właśnie takim doskonałym w formie szalbierstwem. Żeruje na podświadomych obawach, wykorzystuje nawiązania do powszechnie znanych wątków religijnych, igra archetypicznymi lękami. „Omen” jest przedstawicielem zapoczątkowanego „Dzieckiem Rosemary” gatunku filmowego wyrastającego z tradycji powieści gotyckiej, pełnej ciemnych mocy i zjawisk nadprzyrodzonych. Co jest jednak jego zasadniczym atutem w porównaniu do swoich gotyckich przodków, to nie tylko osadzenie akcji w znanych nam realiach, ale przede wszystkim zręczna manipulacja uczuciami widza. Z pozoru prosty, pozostawia niepokojąco wiele miejsca na interpretacyjne harce zdolne wywołać miły każdemu wielbicielowi horroru dreszczyk emocji. Odwieczny rozdział między złem i dobrem nie jest bowiem w nim wcale tak oczywisty.

Szóstej godziny, szóstego dnia, szóstego miesiąca w Rzymie przychodzi na świat chłopiec – Damien. Tego samego dnia tuż po narodzinach umiera syn amerykańskiego ambasadora we Włoszech – Roberta Thorna (Gregory Peck). Thorn w obawie o swoją żonę (Lee Remick) nieświadomą śmierci dziecka, wyraża zgodę na nieformalną adopcję Damiena, który od tej pory będzie wychowywany w luksusach godnych arystokraty. Po kilku latach seria wypadków doprowadza do rodzinnej tragedii, a w jej następstwie do zwrócenia się ojczyma przeciw przybranemu synowi. Wszystko wskazuje na to, że Damien to wcielony Antychryst. Przyglądając się jednak z bliska opowiadanej historii dojdziemy do wniosku, że szalona krucjata Roberta Thorna przeciw własnemu dziecku nosi znamiona obłędu.

Richard Donner, reżyser filmu, co istotne, nie nadużywa tutaj ani jednoznacznej symboliki, ani tym bardziej nie epatuje trudnymi do wyjaśnienia zjawiskami. Powoduje to wrażenie, że zdarzenia, których jesteśmy świadkami wcale nie muszą być wynikiem oddziaływania nadnaturalnych mocy. Może to jedynie pogłębiająca się psychoza obciążonego obowiązkami dyplomaty? Kto w takim razie tak naprawdę jest tym złym? „Omen” schlebia naszym wyobrażeniom, wizji Przeciwnika odrodzonego – ucieleśnionego, zwodzi nas. Chcielibyśmy, żeby było to takie proste, chcielibyśmy myśleć, że jeżeli kiedyś Antychryst „zaszczyci” nas swoją obecnością, przyjmie dobrze nam znaną – fizyczną postać. Przyzwyczajeni do postrzegania zmysłowego przyjmujemy bowiem założenie, że jeżeli coś ma kształt, który znamy, z którym stykamy się co dzień, tym łatwiej sobie z tym poradzimy. Ludzka tkanka powoduje, że pokonanie Przeciwnika zdaje się dla nas osiągalne. Ale w końcu, jak pisze Leonard Wolf we wstępie do „Draculi” Brama Stokera, „… piekło zaczyna się i kończy w duszy jednostki”. „A nie jej ciele”, chciałoby się dodać.

David Seltzer – scenarzysta „Omenu” – po mistrzowsku wykorzystał kilka bardzo nośnych i sugestywnych cytatów z Apokalipsy Świętego Jana, które poruszają czułe struny wyobraźni widza i nadają widowisku pozory wiarygodności. Seltzer wydaje się również niepozbawiony lekko ironizującego poczucia humoru. Domniemanemu Antychrystowi pozwala urodzić się w Rzymie – stolicy katolickiego świata, każe mu dorastać w Londynie – stolicy anglikanizmu, symbolicznie odseparowując go od papistowskich wpływów. Na koniec zamierza go uśmiercić rękami przybranego ojca wspomaganego przez zamieszkałego w Ziemi Świętej mnicha Bugenhagena. Również to imię wydaje się nieprzypadkowe, bo Johann Bugenhagen był żyjącym w XVI wieku totumfackim Marcina Lutra, który walnie przyczynił się do rozpropagowania Reformacji na terenie ówczesnych Niemiec i Skandynawii. Cały ten wątek wygląda jak jedna wielka religijna aluzja, choć w natłoku emocji, jakie przynosi oglądanie tego obrazu, ta drobna kwestia może umknąć uwagi widza.

Ktoś kiedyś powiedział, że prawdziwą rolą Przeciwnika jest zacieranie wątłej granicy miedzy tym, co czarne i białe, złe i dobre, pewne i niepewne. Jego zadaniem jest spowodować, żebyśmy zgubili drogę, stali się bezbronni brnąc w gąszcz znaczeń, których nie jesteśmy w stanie pojąć. „Omen”, posługując się chrześcijańską mitologią, grając na obawach widza, potęgując wrażenia przy pomocy doskonałej muzyki (pierwszorzędna partytura Jerry’ego Goldsmitha), wprowadza element wcale nie tak częsty we współczesnym kinie – autentyczny strach.

 

Kiedy bowiem zastawiali na mnie sidła – na mnie, który nad narodami mam władzę, który knułem
spiski i walczyłem na setki lat przed przyjściem tych ludzi na świat – jam się podkopał pod ich twierdzę…

Bram Stoker, „Dracula”

 

Kelley - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Łukasz Stawikowski

    i to wszystko? nie za długi ten „artykuł”?

    • h

      wystarczy.

  • Jaro

    Mam mieszane odczucia co do tego filmu, trudno oprzeć mi się wrażeniu, że mógł być straszniejszy. Przeszkadzała mi trochę nieco natrętna propaganda katolicka, że się tak wyrażę (głównie chodzi mi tu o kiepską scenę, w której Damien wpada w konwulsje, zbliżając się do kościoła – porównajmy to sobie z tym, co w kościele robił szatan w wykonaniu Ala Pacino). SPOILER ALERT! Niektórzy bohaterowie ginęli w głupi i niezbyt straszny sposób (ten ksiądz i dziennikarz). W zasadzie kiedy ta baba rzuciła się z pazurami na Roberta, to… jakby cały nastrój poszedł w p… Niemniej jednak kilka scenek było bardzo udanych, np. ta na cmentarzu. Ogólnie warto sprawdzić, ale po takim kulcie sam spodziewałem się czegoś więcej.

    • Cassel

      Sceny śmierci w „Omenie” (te trzy najbardziej efektowne) są świetne i długo by szukać innego filmu, w którym robiłyby tak piorunujące wrażenie. Rewelacyjnie nakręcona jest zwłaszcza ta druga, a dokładniej wszystko, co ją poprzedza: nagła pogodowa apokalipsa. Groza w czystej postaci, którą zapamiętałem z młodych lat i która wciąż robi wrażenie. Szatan tu jest…

      • Jaro

        OK, ale zasadniczo gdybym ja zobaczył lecący prosto na mnie ostry szpikulec, to raczej nie stałbym przez 5 sekund w miejscu, wznosząc rączki do góry i krzycząc „ŁAAAAA!”. ;D

        • Cassel

          Ja bym stał. Nigdy jeszcze na mnie coś takiego nie leciało, więc podejrzewam, że bym stał. :)

  • SilverAG

    Zagadka: Co powstanie, jeśli z filmów z serii Omen usuniemy postać Damiena i całą otoczkę o Antychryście? „Oszukać przeznaczenie” :-)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Straszny film 5

Następny tekst

Matka Królów zrekonstruowana cyfrowo



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE